Выбрать главу

Gdy otworzył drzwi szopy, poczuł na twarzy nagłe uderzenie wiatru, które przygięło czubki rosnących wokół drzew i zatrzęsło deskami ścian. Szopa nie była rzecz jasna dziełem Ogirów. Nikt chyba nie mógłby o to podejrzewać równie żałosnej konstrukcji. Stedding zostało opuszczone bardzo dawno temu. Żołnierze obozowali między drzewami. Warunki nieszczególnie sprzyjały stacjonowaniu wojsk, niemniej, jak się nie ma, co się lubi… Stedding stwarzał pozycję zbyt dogodną, żeby go nie wziąć pod uwagę. Ktoś inny zapewne pomyślałby o schronieniu się za murami któregoś z miast, lecz tylko tu, wśród tych drzew, Moc okazywała się bezużyteczna. A odebranie przeciwnikowi przewagi stwarzanej przez damane było więcej warte niż najwyższe mury obronne. „Musimy tu zostać” – pomyślał Ituralde, przyglądając się, jak jego ludzie kopią rów i wznoszą palisadę. Zimne dreszcze przechodziły go na samą myśl o ścinaniu drzew w stedding. W swoim czasie poznał osobiście kilku Ogirów i wyniósł z tych spotkań jak najlepsze wspomnienia. W tych sękatych dębach prawdopodobnie zachowały się jeszcze resztki siły, którą tętniło to miejsce, gdy żyli w nim pierwotni mieszkańcy. Ścinanie ich było zbrodnią. Ale czasami trzeba robić to, co konieczne. Odwrót może dać mu trochę czasu, ale nie było żadnych gwarancji. Miał jeszcze kilka dni, nim Seanchanie go zaatakują. Jeżeli okopie się dostatecznie głęboko, być może zdoła odeprzeć pierwszy szturm i narzucić im walkę w okrążeniu. W stedding zapewne nie będą sobie poczynać tak śmiało, a teren leśny będzie sprzyjał znacznie mniejszym siłom Ituralde.

Nienawidził, kiedy przypierano go do muru. Zapewne właśnie dlatego tak długo zwlekał z podjęciem ostatecznej decyzji, mimo iż w głębi ducha wiedział od początku, że tu się zatrzyma. Że Seanchanie w końcu go dopadli.

Ruszył wzdłuż szeregów, kiwając głową pracującym żołnierzom, dodając im ducha swoim widokiem. Zostało mu czterdzieści tysięcy, co samo w sobie było cudem, jeśli wziąć pod uwagę siłę, z którą przyszło im się zmierzyć. Już dawno powinni zdezerterować. Ale na własne oczy widzieli, jak wygrywa jedno niemożliwe do wygrania starcie po drugim, przy coraz większym aplauzie dodając kolejne kule do wirujących w powietrzu. Uznali go za niezwyciężonego. Nie rozumieli, że kolejne kule nie tylko przedstawienie czynią bardziej efektownym.

Że bardziej spektakularny staje się też nieuchronny koniec. Lecz kiedy szedł z Rajabim wzdłuż obozowych fortyfikacji, myśli te oczywiście zachowywał dla siebie. Przy palisadzie prace postępowały nadzwyczajnie szybko, żołnierze osadzali grube pnie drzew w świeżo wykopanych rowach. Po zakończonej inspekcji Ituralde nie miał innego wyjścia, jak z zadowoleniem pokiwać głową.

– Zostajemy, Rajabi. Przekaż słowo.

– Niektórzy mówią, że okopanie się tutaj to pewna śmierć – odparł tamten.

– Mylą się – uciął Ituralde.

– Ale…

– Na tym świecie nie ma nic pewnego, Rajabi – wyjaśnił Ituralde. – Niech łucznicy urządzą stanowiska strzeleckie na drzewach rosnących w obrębie palisady, mogą spełniać funkcję baszt. Na zewnątrz urządzimy im pole śmierci. Zetnijcie tyle drzew wokół palisady, ile tylko dacie radę, a z pni zróbcie wewnętrzne barykady, które posłużą jako druga linia obrony. Damy im odpór. Być może mylę się odnośnie do Tarabonian i jednak przyjdą nam z pomocą. A może król ma gdzieś ukrytą armię, którą pośle nam na ratunek. Krew i popioły, może uda nam się zwyciężyć bez pomocy. Wszyscy widzieliście, jak bardzo w walce polegają na damane. Wyjdziemy z tego cało.

Rajabi wyprostował się, jakby mu ktoś właśnie zdjął z barków wielki ciężar, wyraźnie odzyskał rezon. Ituralde wiedział, że to były słowa, których tamten odeń oczekiwał. Jak wszyscy pozostali, Rajabi wierzył w Małego Wilka. Nie mieściło im się w głowach, że mógłby przegrać.

Ituralde wiedział lepiej. Lecz jeśli już trzeba umierać, należy umierać z honorem. Młody Ituralde często marzył o wojnach, o chwale bitewnych pól. Stary Ituralde wiedział, że nie ma czegoś takiego jak chwała bitewnych pól. Ale honor był.

– Mój lordzie Ituralde! – dobiegł jego uszu głos łącznika, który truchtem zmierzał ku niemu wewnętrzną stroną nieukończonej palisady. Chłopak był na tyle młody, że być może Seanchanie darują mu życie. Gdyby Ituralde miał pewność, że stanie się inaczej, zapewne odesłałby jego i jemu podobnych.

– Tak? – zapytał Ituralde, odwracając się. Przy jego boku, niczym niewielka góra, stał Rajabi.

– Człowiek – wydyszał chłopak. – Zwiadowcy złapali go już na terenie stedding.

– Chce się do nas przytączyć? – kontynuował swe dociekania Ituralde. Armie rzadko narzekały na brak rekruta. Zawsze byli tacy, których kusił zwodniczy miraż chwały albo przynajmniej perspektywa stałych posiłków.

– Nie, mój panie – odparł chłopak, wciąż ciężko dysząc. – Powiedział, że przyszedł się zobaczyć z tobą.

– Seanchanin? – warknął Rajabi.

Chłopak pokręcił głową.

– Nie. Ale dobrze ubrany.

A więc posłaniec od jakiegoś lorda. Domani, może tarabońskiego renegata. Kimkolwiek był, z pewnością jego obecność nie mogła pogorszyć istniejącej sytuacji.

– I jest sam?

– Tak, panie. Dzielny człowiek.

– Wobec tego dawaj go tutaj – rozkazał Ituralde.

– Gdzie zechcesz go przyjąć, mój panie?

– Co takiego? – zdenerwował się Ituralde. – Myślisz, że jestem jakimś pretensjonalnym kupcem, który właśnie wybudował sobie pałac? Pole, na którym stoimy, będzie całkiem odpowiednie. Idź, przyprowadź go, ale nie spiesz się z powrotem. I każ go odpowiednio pilnować.

Chłopak skinął głową i pobiegł wypełnić rozkazy. Ituralde gestem przywołał paru żołnierzy, a potem wysłał ich na poszukiwanie Wakedy oraz pozostałych oficerów. Shimron już nie żył, spalony na węgiel ognistą kulą damane. Niepowetowana strata. Wart kilku tych, którzy pozostali.

Większość wezwanych oficerów pojawiła się, zanim nadszedł obcy. Chudy Ankaer. Jednooki Wakeda, który, gdyby nie kalectwo, mógłby uchodzić za naprawdę przystojnego mężczyznę. Krępy Melarned. Młody Lidrin, który mimo śmierci ojca wciąż trwał przy boku Ituralde.

– Co ja słyszę? – zapytał Wakeda, jeszcze w marszu założył ramiona na piersiach. – Zostajemy w tej śmiertelnej pułapce? Rodelu, nie mamy dość wojska, żeby tu sobie organizować wojnę obronną. Okrążą nas i nigdy się nie wydostaniemy.

– Masz rację – spokojnie stwierdził Ituralde.

Wakeda odwrócił się, powiódł spojrzeniem po pozostałych, potem znowu spojrzał na Ituralde; widać było, że prosta, szczera odpowiedź rozładowała nieco jego irytację.

– Cóż… no tak, więc przestaliśmy uciekać? – Był już znacznie mniej narwany niż jeszcze przed kilkoma miesiącami, kiedy Ituralde zaczynał swą kampanię.

– Nie będę malował wam świata w różowych barwach – wyjaśnił Ituralde, patrząc na każdego ze swych oficerów po kolei. – Sytuacja jest kiepska. Gdybyśmy jednak kontynuowali odwrót, mogłoby to się skończyć znacznie gorzej. Prawdopodobnie nie znaleźlibyśmy żadnej dziury, w której dałoby się schować. Tutejsze drzewa dają nam przewagę taktyczną, do czasu ich ataku zdążymy się solidnie okopać. Damane będą bezużyteczne w stedding i to już jest coś, dla czego warto zostać. Będziemy tu walczyć.

Ankaer pokiwał głową, wyraźnie zdając sobie sprawę z powagi sytuacji.

– Musimy zaufać naszemu dowódcy, Wakedo. Jak dotąd nigdy nas nie zawiódł.

Wakeda przytaknął.

– Masz rację.

Cholerni głupcy. Cztery miesiące temu połowa z nich chętnie zabiłaby go na miejscu za to, że dochował lojalności królowi. Teraz wierzyli, że dokona niemożliwego. Szkoda, już sobie wyobrażał, że zrobi z nich zdeklarowanych alsalamowskich rojalistów.