– W porządku – rzekł w końcu, a potem wskazał na kilka miejsc w otaczających ich umocnieniach. – Oto, co zrobimy, żeby ograniczyć liczbę naszych słabych punktów…
Urwał na widok grupki ludzi idących ku nim przez polanę. Łącznikowi towarzyszyła drużyna żołnierzy eskortujących mężczyznę w czerwieni i złocie.
Coś w postaci nowo przybyłego przykuło uwagę Ituralde. Być może to był wzrost, mężczyzna był wysoki niczym Aiel, włosy też miał równie jasne. Ale żaden Aiel nie założyłby czerwonego kaftana z jaskrawym złotym haftem. Przy boku idącego kołysał się miecz, a z jego kroku Ituralde łatwo wywnioskował, że tamten wie, jak się nim posługiwać. Szedł pewnie, bez śladu wahania, jakby towarzyszących mu żołnierzy uważał za swoją gwardię honorową. A więc szlachcic, nadto nawykły do posłuchu. Dlaczego pojawił się tu osobiście, zamiast posłać gońca?
Młody lord zatrzymał się w niewielkiej odległości od Ituralde i jego oficerów, przyjrzał się każdemu z nich po kolei, w końcu zatrzymał wzrok na Komendancie.
– Rodel Ituralde? – zapytał.
Co to za akcent? Andorański?
– Tak – ostrożnie odparł Ituralde.
Młodzieniec pokiwał głową.
– Bashere opisał mi ciebie dość wiernie. Ze stanu przygotowań wnioskuję, że zamierzasz się tu okopać. Naprawdę sądzisz, że uda ci się obronić przed seanchańską armią? Mają nad tobą wielokrotną przewagę liczebną, a twoi tarabońscy sprzymierzeńcy jakoś nie zdradzają ochoty na… dołączenie do twej wojny obronnej.
Był bystry. Kimkolwiek był.
– Nie mam w zwyczaju omawiania strategii z obcymi. – Przez cały czas Ituralde przyglądał się młodemu lordowi. Sprawiał wrażenie energicznego i w dobrej formie: szczupły, twardy, choć oczywiście nie sposób stwierdzić, co kryło się pod kaftanem. Gestykulował wyłącznie prawą ręką, a po bliższym przyjrzeniu się Ituralde stwierdził, że brakuje mu lewej dłoni. Na obu nadgarstkach miał dziwne czerwono-złote tatuaże.
I te oczy. Te oczy widziały śmierć niezliczoną ilość razy. A więc nie młody lord. Raczej młody generał. Ituralde poczuł, jak jego oczy się zwężają.
– Kim jesteś?
Tamten spojrzał mu prosto w oczy.
– Jestem Rand al’Thor, Smok Odrodzony. A ty jesteś mi potrzebny. Razem ze swoją armią.
Z kręgu otaczających go oficerów dobiegło kilka przekleństw, Ituralde skarcił ich surowym wzrokiem. Wakeda najwyraźniej nie potrafił uwierzyć. Rajabi był kompletnie zbity z tropu, młody Lidrin pełen otwartego lekceważenia.
Ituralde z powrotem przeniósł wzrok na nowo przybyłego. Smok Odrodzony? Taki młodzik? Niemniej nie można było tego wykluczyć. Większość plotek była zgodna, że Smok Odrodzony jest młodym mężczyzną o rudych włosach. Z drugiej strony, plotki twierdziły także, że ma dziesięć stóp wzrostu, a jego oczy w półmroku świecą własnym blaskiem. Poza tym były jeszcze opowieści o tym, jak pojawił się na niebie nad Falme. Krew i popioły! Ituralde nie miał pojęcia, czy w ogóle wierzy w to, że Smok się odrodził!
– Nie mam czasu na dyskusje – oznajmił obcy, jego twarz pozostawała nieodgadniona. Wydawał się… starszy niż te lata, na które wyglądał. Zachowywał się, jakby w ogóle go nie obchodziło, że ma wokół siebie uzbrojonych żołnierzy. Po prawdzie, to fakt, że przyszedł sam… co z pozoru mogło się wydawać aktem skrajnej lekkomyślności… skłonił Ituralde do myślenia. Tylko ktoś taki jak Smok Odrodzony może wejść w pojedynkę do warownego obozu i oczekiwać, że jego rozkazy zostaną wysłuchane.
Żeby sczezł, Ituralde był skłonny uwierzyć mu choćby tylko z tego powodu. Albo ten człowiek był tym, za kogo się podawał, albo był kompletnym szaleńcem.
– Jeżeli zechcecie opuścić teren stedding, pokażę wam, że potrafię przenosić – oznajmił obcy. – To będzie już jakiś dowód. Dajcie mi trochę czasu, a sprowadzę tu dziesięć tysięcy Aielów i kilka Aes Sedai, a wszyscy oni zaświadczą, że jestem tym, kim jestem. Plotki głosiły, że Aielowie walczyli pod sztandarem Smoka Odrodzonego. Wokół Ituralde rozległo się kilka nerwowych pokasływań, jego oficerowie niepewnie popatrywali po sobie. Wielu spośród jego ludzi wywodziło się z szeregów zaprzysiężonych Smokowi. Za pomocą właściwych słów ten Rand al’Thor – czy kimkolwiek był – mógłby zwrócić połowę obozu Ituralde przeciwko ich obecnemu generałowi.
– Zakładając nawet, że ci wierzę – powiedział Ituralde, ostrożnie dobierając słowa – dalej nie rozumiem, czemu miałoby to mieć jakiekolwiek znaczenie. Toczę tu wojnę. A ty zapewne masz swoje sprawy, o które powinieneś zadbać.
– Ty jesteś moją sprawą – powiedział al’Thor, a spojrzenie jego oczu znienacka stało się twarde. Ituralde poczuł się, jakby ktoś wiercił mu dziury w czaszce, przetrząsając jego myśli w poszukiwaniu czegoś, co można wykorzystać. – Musisz zawrzeć pokój z Seanchanami. Z tej wojny nikt nie ma żadnych korzyści. Potem będę chciał, żebyś ruszył na Ziemie Graniczne. Nie mam dość ludzi, żeby strzec Ugoru, a Pogranicznicy najwyraźniej znaleźli sobie jakieś inne cele…
– Mam swoje rozkazy – oznajmił Ituralde, kręcąc głową. Chwila. Przecież nawet gdyby nie miał żadnych rozkazów, i tak nie zrobiłby tego, o co prosił ten chłopak. Tylko… te oczy. Alsalam miał takie oczy, w czasach, kiedy obaj byli młodzi. Oczy wymuszające posłuch.
– Te twoje rozkazy… – zaczął al’Thor, urwał, po chwili kontynuował: – To rozkazy króla? To stąd ta szaleńcza kampania przeciwko Seanchanom?
Ituralde skinął głową.
– Trochę o tobie słyszałem, Rodelu Ituralde – mówił dalej al’Thor. – Ludzie, którym ufam i których szanuję, szanują ciebie i twierdzą, że jesteś godny zaufania. A ty zamiast uciekać i kryć się, okopujesz się tutaj i przygotowujesz do stoczenia bitwy, która skończy się śmiercią was wszystkich. I wszystko to przez lojalność względem swego władcy. Pochwalam takie postępowanie. Ale nadszedł czas, żeby zostawić tę wojnę i stoczyć bitwę, która nie będzie tylko bezsensownym aktem oporu. Bitwę, której znaczenie odbije się echem przez pokolenia. Chodź ze mną, a ja dam ci tron Arad Doman.
Ituralde wyprostował się gwałtownie, znienacka czujny.
– Najpierw chwalisz moją lojalność, a potem oczekujesz, że zdetronizuję własnego króla!
– Twój król nie żyje – uciął al’Thor. -To znaczy może i żyje, ale zamiast mózgu ma stopiony wosk. Z każdym dniem mam coraz większą pewność, że Graendal trzyma go w swej mocy. W chaosie, który zapanował na tych ziemiach, znać jej rękę. Jakkolwiek brzmią jego rozkazy, najpewniej pochodzą od niej. Choć na razie jeszcze nie wiem, dlaczego jej zależy, abyś walczył z Seanchanami do ostatniego żołnierza.
Ituralde parsknął z rozdrażnieniem:
– Mówisz o jednej z Przeklętych, jakbyś niedawno gościł ją na obiedzie.
Al’Thor znów spojrzał mu głęboko w oczy.
– Znam każde z nich… ich twarze, gesty, sposób mówienia i działania… jakby towarzyszyły mi od tysiąca lat. Czasami wspomnienia o nich są żywsze niż wspomnienia z mego własnego dzieciństwa. Jestem Smokiem Odrodzonym.
Ituralde zamrugał.
„Żebym sczezł” – pomyślał. „Wierzę mu. Krwawe popioły!”. – Zobaczmy więc… ten twój dowód.
Natychmiast podniosły się głosy protestu, najgłośniejszy z nich był Lidrin, który twierdził, że cała sprawa jest zbyt niebezpieczna. Pozostali byli wstrząśnięci. Oto był człowiek, któremu zaprzysięgli lojalność, nie spotkawszy go nigdy twarzą w twarz. Poza tym al’Thor był jak… niepohamowana siła zagarniająca Ituralde, naginająca go do swej woli. Cóż, dobrze, najpierw zobaczmy ten dowód.