Kamień obsunął się w jej palcach, jakoś zdołała go utrzymać, ale omal się nie potknęła, nadwyrężając zmęczone mięśnie. Kilku żołnierzy Bashere akurat przechodziło obok, Aviendha zobaczyła uśmiechy na ich twarzach i się zarumieniła. Choć zapewne nie mieli pojęcia, za co odbywa karę, i tak hańbą było, że musi to robić na ich oczach.
Co Elayne myślałaby o tej sytuacji? Mądre gniewało to, że Aviendha „nie uczy się dostatecznie szybko”. A przecież żadnych nauk jej nie udzielały. Tylko zadawały pytania. Pytania dotyczące tego, co myśli o ich sytuacji, pytania o Randa al’Thora, o to, jak Rhuarc poradził sobie podczas spotkania z Car’a’carnem.
Aviendha nie potrafiła się opędzić od podejrzeń, że wszystkie te pytania składały się na jakiś egzamin. Nie miała pojęcia, czy udziela właściwych odpowiedzi. A jeśli odpowiedzi były złe, to jak powinny one brzmieć?
Mądre nie uważały, że jest miękka. Co jeszcze zostawało? Co by powiedziała Elayne? Aviendha nagle pożałowała, że nie ma pod ręką swoich włóczni – mogłaby coś lub kogoś dźgnąć. Zaatakować, sprawdzić się w walce, pozbyć gniewu.
„Nie” – pomyślała z całym zdecydowaniem, na jakie było ją stać. „Nauczę się rozwiązywać te sprawy na sposób Mądrych. Odzyskam swój honor!”.
Dotarła do dworu i odłożyła kamień na stos. Otarła pot z czoła. Umiejętność ignorowania upału i chłodu, której nauczyła się od Elayne, była na nic, kiedy sama zmuszała ciało do ogromnego wysiłku.
– Adrin? -wartownik przy drzwiach zwrócił się do kolegi. – Światłości, nie wyglądasz dobrze. Poważnie.
Aviendha zerknęła w kierunku wejścia do dworu. Strażnik, który wcześniej uskarżał się na upał, stał bezwładnie oparty o drzwi, dłoń przyciskał do czoła. Naprawdę wyglądał źle. Aviendha objęła saidara. Nie była szczególnie wprawiona w Uzdrawianiu, ale być może uda jej się…
Tamten znienacka złapał się za skronie, zaczął drapać skórę. Oczy uciekły mu w tył głowy, spod paznokci trysnęła krew. Tylko że to nie była krew, a jakaś ciemna, smołowata substancja. Nawet z pewnej odległości Aviendha czuła promieniujące od niego gorąco.
Drugi wartownik patrzył ze zgrozą, jak jego przyjaciel wydrapuje sobie w głowie pręgi czarnego ognia. Spod palców wyciekała czarna smoła, wrząc i sycząc. Moment później zapalił się na nim mundur, a skóra zaczęła się marszczyć od żaru.
Mężczyzna nie wydał przy tym z siebie żadnego dźwięku. Aviendha otrząsnęła się z szoku, w jednej chwili utkała prosty splot Powietrza i za jego pomocą odciągnęła drugiego wartownika w bezpieczne miejsce. Tamten pierwszy zdążył tymczasem zamienić się w pulsującą masę czarnej smoły, z której tu i ówdzie sterczały poczerniałe kości. Czaszki nie było widać. Żar był tak wielki, że Aviendha musiała się cofnąć, zabierając uratowanego wartownika ze sobą.
– Za… zaatakowano nas! – wyszeptał tamten. – Moc!
– Nie – uciszyła go Aviendha – to coś znacznie gorszego. Biegnij po pomoc!
Tamten był chyba zbyt wstrząśnięty, żeby drgnąć, więc popchnęła go lekko i jakoś poszedł. Bezkształtna bryła smoły na szczęście nie rozlewała się bardziej, choć zdążyła się już od niej zająć ogniem framuga drzwi dworu. Zanim ktokolwiek z przebywających wewnątrz zorientuje się, co się dzieje, cały budynek będzie już stał w płomieniach.
Aviendha splotła Powietrze i Wodę, zamierzając ugasić pożar. Po chwili zorientowała się, że w pobliżu ognia jej sploty więdną, nie sięgając celu. Wątek i osnowa dalej trzymały, jednak ogień jakimś sposobem nie chciał się im poddać.
Cofnęła się o kolejny krok przed strasznym rozpalonym żywiołem. Na jej czoło wystąpiły krople potu, musiała unieść dłoń, żeby osłonić twarz przed żarem. Ledwie potrafiła dostrzec pośród płomieni czarną maź, która tymczasem zaczęła się jarzyć czerwienią i bielą rozpalonych węgli. Wkrótce czerń zniknęła, zostały tylko jaśniejsze barwy. Ogień tymczasem ogarnął fronton budynku. Aviendha usłyszała pierwsze krzyki dobiegające ze środka.
Otrząsnęła się, parsknęła i splotła Ziemię oraz Powietrze, przy pomocy których wyrwała z gruntu wokół siebie wielkie fragmenty podłoża. Cisnęła nimi w ogień, chcąc w ten sposób zdusić pożar.
Choć same sploty Mocy nie potrafiły ostudzić żaru, mogła ich użyć, by zaatakować wzbierający żywioł czymś innym. Bryły ziemi porośniętej trawą syczały i trzaskały, nędzne źdźbła w jednej chwili zamieniały się w popiół. Aviendha nie ustawała w swych staraniach, pocąc się obficie z wysiłku i od żaru niewiarygodnej temperatury.
W oddali usłyszała krzyki ludzi – może był wśród nich i uratowany wartownik – wołających o wiadra z wodą.
Wiadra? Oczywiście! Na Ziemi Trzech Sfer woda była dobrem zbyt cennym, by marnować ją do gaszenia pożarów. Wykorzystywano do tego celu tylko ziemię i piasek. Ale tutaj z pewnością używano wody. Aviendha dała kilka kroków do tyłu, szukając wzrokiem wijącej się obok dworu rzeki. Ledwie zdołała dostrzec powierzchnię wody, po której szalały czerwono-pomarańczowe odbicia płomieni. Płonął już cały front budynku! Wyczuła, że wewnątrz ktoś przenosi – Aes Sedai albo Mądre. Pozostawało mieć nadzieję, że wydostaną się tylnym wyjściem. Płomienie wdarły się już do hallu, a wiedziała, że w przylegających do niego pomieszczeniach nie ma żadnych innych drzwi.
Splotła masywną kolumnę Powietrza i Wody, przy pomocy której zassała z rzeki słup cieczy i kazała mu ruszyć w swoją stronę. Chwiał się w powietrzu niczym stwór ze sztandaru Randa – w końcu jednak szklisty wężowy smok zderzył się z płomieniami. Nastąpiła eksplozja syczącej wodnej pary, która spowiła ją od stóp do głów.
Zrobiło się strasznie gorąco, fala pary parzyła skórę, ale Aviendha nie cofnęła się nawet na krok. Zaczerpnęła kolejną masę wody i cisnęła grubym słupem w bezkształtną smolistą masę, którą ledwie potrafiła dojrzeć w tym chaosie.
Było potwornie gorąco! Aviendha chwiejnie cofnęła się o kilka kroków, zgrzytając zębami i nie ustając w pracy. Zanim jednak zdążyła coś jeszcze zrobić, kolejny słup wody powstał z rzeki i eksplodował w kontakcie z ogniem. Koryto rzeki było już niemal puste. Aviendha zamrugała. Tę drugą kolumnę prowadziły sploty, których nie była w stanie dostrzec, zobaczyła tylko postać w oknie piętra dworu, z wyciągniętą dłonią i twarzą zastygłą w głębokim skupieniu. Naeff, jeden z Asha’manów Randa. Powiadano, że szczególnie dobrze radzi sobie z Powietrzem.
Płomienie zgasły i tylko od smolistej masy wciąż bił intensywny żar. Pobliski fragment frontowej ściany wraz z drzwiami zamienił się w poczerniałą, ziejącą dziurę. Aviendha wciąż czerpała resztki wody z rzeki i lała ją na zwęgloną masę, choć skrajne zmęczenie dawało się już jej we znaki. Dotarła niemal do granic swych możliwości.
Wkrótce smoła przestała syczeć. Aviendha po raz ostatni polała ją strumieniem wody, a właściwie cieniutką strużką, po czym rozpuściła sploty. Ziemia wokół niej zmieniła się w grząskie, sczerniałe pobojowisko, rozsiewające wokół woń mokrego popiołu. W kałużach wody pływały kawałki zwęglonego drewna, w dziurach po wyrwanej przez nią ziemi potworzyły się sadzawki. Postąpiła kilka niepewnych kroków naprzód, wpatrując się w masę smoły, w którą zmieniło się ciało nieszczęsnego żołnierza. Lśniła wilgocią, czarna i szklista jak obsydian. Wzięła do ręki osmalony kawałek drewna oderwany od ściany impetem wodnego słupa i szturchnęła czarną masę. Okazała się twarda, nie ustępowała pod naciskiem.
– Żebyś sczezł! – krzyknął czyjś głos. Aviendha spojrzała w górę. Przez ziejącą w ścianie dziurę na resztki ganku wyszedł Rand al’Thor. Spojrzał w niebo, wzniósł dłoń zaciśniętą w pięść. – Przecież to mnie chciałeś dopaść! Zaraz będziesz miał swoją wojnę!