– Rozumiem. Lecz jeśli faktycznie w Wieży dzieje się coś groźnego, muszę o tym wiedzieć. Nie dlatego, że chcę, ale dlatego, że to mój obowiązek.
Meidani nie zareagowała na te słowa. Poprowadziła Egwene krętym korytarzem, narzekając pod nosem, że nie wzięła ze sobą swego Strażnika. Z jej słów wynikało, że aktualnie był w mieście, załatwiając jakieś sprawy. Korytarz wił się jak sploty samego Wielkiego Węża. Egwene już zaczynała się niecierpliwić, gdy Meidani zatrzymała się obok zamkniętych drzwi. Niczym się nie różniły od dziesiątek innych drzwi do jakichś zapomnianych magazynów, które w regularnych odstępach znajdowały się w ścianach. Meidani niepewnie uniosła rękę, a potem żwawo zapukała.
Drzwi otworzyły się właściwie od razu. Pojawiła się w nich twarz Strażnika o przenikliwym wejrzeniu, potarganych włosach i kwadratowej szczęce. Zmierzył Meidani wzrokiem, potem spojrzał na Egwene, jego twarz pociemniała, a ramię drgnęło, jakby ostatnim wysiłkiem woli powstrzymał się przed sięgnięciem po miecz.
– To zapewne będzie Meidani – dobiegł je z głębi pomieszczenia kobiecy głos – przyszła mi zrelacjonować spotkanie z dziewczyną. Adsalan?
Strażnik odstąpił na bok, odsłaniając wnętrze niewielkiego pomieszczenia, w którym krzesła zastępowały jakieś skrzynki. Siedziały na nich cztery kobiety, Aes Sedai. A co najdziwniejsze, każda należała do innych Ajah! Podczas swego pobytu w Wieży, Egwene ani razu nie widziała, aby kobiety z czterech różnych Ajah bodaj szły razem po korytarzu, a co dopiero się naradzały. Żadna z zebranych nie należała do Czerwonych, ponadto wszystkie były Zasiadającymi Komnaty.
Stateczna kobieta w białych szatach obrzeżonych srebrną lamówką to była Seaine. Zasiadająca Komnaty z ramienia Białych Ajah miała czarne gęste włosy i brwi oraz wodniste niebieskie oczy, które teraz mierzyły Egwene beznamiętnym spojrzeniem. Siedząca obok kobieta Zasiadała w Komnacie w imieniu Żółtych, miała na imię Doesine. Wysoka i smukła jak na Cairhieniankę, w zdobnej różowej sukni ze złotymi haftami. We włosy wplotła szafiry, identyczny kamień zwisał z łańcuszka na czole.
Obok Doesine siedziała Szara siostra. Yukiri była jedną z najniższych kobiet, jakie Egwene w życiu spotkała, ale wiedziała, że ta potrafi tak się znaleźć w otoczeniu, iż zawsze zdaje się panować nad sytuacją, nawet gdy otaczają ją znacznie od niej wyższe siostry. Ostatnią ze zgromadzonych była Saerin, Altaranka, Zasiadająca w Komnacie w imieniu Brązowych. Jak to zwykle u Brązowych, miała na sobie pozbawioną zdobień suknię w nieokreślonym, ciemnym kolorze. Oliwkową skórę lewego policzka znaczyła blizna. Egwene właściwie nic o niej nie wiedziała. Lecz ze wszystkich sióstr obecnych w pomieszczeniu to ona wydawała się najmniej zaskoczona jej widokiem.
– Co uczyniłaś? – zwróciła się wstrząśnięta Seaine do Meidani.
– Adsalanie, wprowadź je do środka – poleciła Doesine, wstając i gwałtownie gestykulując. – Jeżeli ktoś się tu zaplącze i zobaczy tę al’Vere…
Skarcona Meidani skuliła się – tak, zaiste, trzeba będzie nad nią bardzo popracować, zanim odzyska pewność siebie przystającą Aes Sedai. Egwene weszła do wnętrza, zanim brutalny Strażnik zdążył ją wciągnąć siłą. Meidani poszła jej śladem, a Adsalan z hukiem zatrzasnął za nimi drzwi. W pomieszczeniu paliły się dwie lampy, nie dające dostatecznej ilości światła, co tylko podkreślało konspiracyjny charakter spotkania czterech kobiet.
Niemniej Zasiadające zajmowały swoje skrzynki niczym trony. Nie czekając na zaproszenie, Egwene dołączyła do nich.
– Nikt ci nie pozwolił usiąść, dziewczyno – stwierdziła chłodno Saerin. – Meidani, wytłumacz mi, proszę, jak mogło dojść do tego skandalu? Twoja przysięga miała czemuś takiemu zapobiec!
– Przysięga? – zapytała Egwene. – Jaka przysięga?
– Ucisz się, dziewczyno – warknęła Yukiri i smagnęła Egwene przez plecy strumieniem Powietrza. Uderzenie było tak słabe w porównaniu z codzienną chłostą, że Egwene omal się nie roześmiała.
– Nie złamałam przysięgi! – pospiesznie tłumaczyła Meidani, stając obok Egwene. – Zakazałyście komukolwiek wspominać o tych spotkaniach. Zastosowałam się do zakazu… nic jej nie powiedziałam. Pokazałam jej. – Mimo wszystko w tej kobiecie tliła się jeszcze iskra buntu. Dobrze.
Egwene nie miała pojęcia, co działo się w tym pomieszczeniu, jednak zebranie czterech Zasiadających Komnaty dawało jej wyjątkową sposobność. Nawet nie marzyła o szansie porozmawiania z tyloma naraz, a skoro one uznały, że gra jest warta świeczki, być może obce były im podziały niszczące Wieżę.
A może sens tego spotkania był bardziej mroczny? Przysięgi, o których Egwene usłyszała po raz pierwszy, spotkania w miejscu oddalonym od wyższych pięter, Strażnik przy drzwiach… może te kobiety nie należały do czterech różnych Ajah, lecz do jednych? Może nieświadomie wkroczyła do gniazda Czarnych?
Z sercem bijącym coraz szybciej Egwene surowo zakazała sobie wyciągania pochopnych wniosków. Jeżeli to były Czarne, wówczas i tak już po niej. Jeżeli nie, miała pracę do wykonania.
– To dość niespodziany obrót sprawy – powiedziała nieco bardziej już opanowana Seaine. – Będziemy musiały przedsięwziąć dodatkowe środki ostrożności i bardziej pieczołowicie przygotowywać twoje kolejne rozkazy, Meidani.
Yukiri skinęła głową.
– Nie sądziłam, że okażesz się tak dziecinna, aby z zemsty nas zdradzić. Powinnyśmy jednak zdawać sobie sprawę, że ty, podobnie jak reszta z nas, masz dostateczne doświadczenie, aby naginać przysięgi do własnych celów.
„Chwileczkę” – pomyślała Egwene. „To brzmi jak…”.
– Zaiste – powiedziała Yukiri. – Myślę, że za to naruszenie porządku należy się pokuta. Ale co mamy zrobić z dziewczyną, którą nam tu przyprowadziła? Nie przysięgała na Różdżkę, więc nie…
– Kazałyście jej złożyć czwartą przysięgę? – przerwała Egwene. – Co wy, na Światłość, sobie właściwie wyobrażacie?
Yukiri zerknęła na nią, a Egwene poczuła na plecach kolejne smagnięcie Powietrza.
– Nikt nie pozwolił ci zabrać głosu.
– Amyrlin nie potrzebuje pozwolenia, żeby przemówić – odrzekła Egwene, patrząc na tamtą z góry. – Co wyście jej zrobiły, Yukiri? Zdradziłyście wszystko, czym jesteśmy! Przysiąg nie można używać jako narzędzia dla tworzenia podziałów między nami. Czy cała Wieża zwariowała za przykładem Elaidy?
– To nie jest żadne wariactwo – weszła im w słowo Saerin. Brązowa siostra kręciła głową, roztaczając wokół siebie atmosferę takiego zdecydowania, jakiego Egwene nigdy by się nie spodziewała u kobiety z jej Ajah. – Wszystko to zostało podyktowane koniecznością. A Meidani nie można było zaufać po tym, jak sprzymierzyła się z buntowniczkami.
– Nie myśl sobie, że nie wiemy o twoich związkach z tym gronem, Egwene al’Vere – oznajmiła Yukiri. Wyniosła Szara siostra wprost dławiła się z gniewu. – Gdybyśmy miały w tej sprawie cokolwiek do powiedzenia, nie mogłabyś liczyć na tak łagodne traktowanie, jakiego zaznajesz od Elaidy.
Egwene lekceważąco machnęła dłonią.
– Ujarzmij mnie, skaż na śmierć albo pobij, Yukiri, a ponurej sytuacji Wieży nie zmieni to nawet na jotę. l winę za to ponoszą nie te, które tak łatwo określacie mianem buntowniczek. Potajemne spotkania w piwnicach, nieprawomocne przysięgi aplikowane siostrom… to są zbrodnie równie ciężkie jak wypowiedzenie posłuszeństwa Elaidzie.
– Nie będziesz nas pouczać – oznajmiła Seaine nieco już łagodniejszym tonem. Od początku zresztą zachowywała się bardziej nieśmiało od pozostałych. – Czasami trzeba podejmować trudne decyzje. Uznałyśmy, że nie możemy dopuścić, aby wśród Aes Sedai zalęgli się Sprzymierzeńcy Ciemności, podjęłyśmy więc środki mające na celu ich identyfikację. Każda z nas dowiodła Meidani, że nie jesteśmy przyjaciółkami Cienia, a więc ze złożonej przez nią przysięgi żadna szkoda wyniknąć nie mogła. Mamy tu do czynienia z aktem całkiem uzasadnionym, gwarantującym zgodną współpracę dla osiągnięcia wspólnego celu.