Выбрать главу

Meidani podążyła za Egwene, oglądając się przez ramię, jakby spodziewając się, że któraś z kobiet jeszcze coś powie. Strażnik tylko zamknął za nimi drzwi.

– Nie potrafię pojąć, jak ci się udało – powiedziała Szara siostra. – Powinny cię powiesić za nogi i sprawić, że zawyjesz!

– Na to są zbyt mądre – odparła Egwene. – W końcu w tej przeklętej Wieży one jedne… może poza Silvianą… mają na karku coś, co można nazwać głową.

– Silviana?– zdziwiła się Meidani. – Czy przypadkiem to nie ona bije cię codziennie?

– Kilka razy dziennie – sprecyzowała Egwene. – Jest bardzo obowiązkowa, nie wspominając już, że sumienna. Gdyby było więcej takich jak ona, Wieża nie znalazłaby się w tym pożałowania godnym stanie.

Meidani przyjrzała się uważnie Egwene, na jej obliczu zastygł nieodgadniony wyraz.

– Naprawdę jesteś Amyrlin – powiedziała w końcu.

Dziwna uwaga. Czyż nie przysięgła niedawno, że uznaje autorytet Egwene?

– Chodźmy – rzekła Egwene, przyspieszając kroku. – Musimy wrócić, zanim Czerwone nabiorą podejrzeń.

13.

Propozycja i wyjazd.

Gawyn stał z obnażonym mieczem naprzeciwko dwóch Strażników. Przez szczeliny w ścianach stodoły wpadały do wnętrza ukośne promienie światła, skrzyły się w nich drobiny kurzu i słomy wzbite w powietrze podczas walki. Dał kilka kroków do tyłu, ostrożnie stawiając stopy na klepisku poznaczonym słonecznymi plamami. W środku było ciepło. Strużki potu spływały po jego skroniach, lecz miecz pewnie spoczywał w dłoni, gdy spoglądał na zbliżających się Strażników.

Ten bliżej niego to był Sleete, zwinny, długoręki, o grubo ciosanych rysach twarzy. Gra światła i cienia nadawała jego obliczu wygląd nieukończonej rzeźby, jaką można spotkać w warsztacie artysty – cienie zalegające pod oczyma, rozcięty na dwoje podbródek, nos złamany i nigdy nie Uzdrowiony. Do tego długie czarne włosy i bokobrody.

Hattori nie posiadała się z radości, gdy jej zaginiony Strażnik w końcu dotarł do Dorlan – stracili ze sobą kontakt w czasie bitwy pod Studniami Dumai – a opowieści, jakie ze sobą przyniósł, godne były występu barda czy minstrela. W bitwie Sleete odniósł poważną ranę i kilka godzin leżał bez przytomności, nim udało mu się pochwycić wodze swego konia i wgramolić na siodło. Wierzchowiec niósł go posłusznie przez wiele godzin, aż wreszcie dotarli do jakiejś wioski. Wieśniacy początkowo mieli ochotę sprzedać Sleete’a miejscowym bandytom – wcześniej odwiedził ich ich herszt, obiecując bezpieczeństwo w nagrodę za każdego ocalałego z pola bitwy. Za Sleete’em ujęła się jednak córka burmistrza, przekonując ziomków, iż bandyci muszą być Sprzymierzeńcami Ciemności, skoro ścigają rannych Strażników. W końcu wieśniacy zgodzili się z jej argumentacją, a dziewczyna pielęgnowała Sleete’a, póki nie doszedł do siebie.

Gdy tylko stan zdrowia mu na to pozwolił, Sleete musiał chyłkiem wymknąć się z wioski, ponieważ jego opiekunka najwyraźniej zapałała doń uczuciem. Krążące wśród Młodych plotki głosiły, że za pospieszną rejteradą Sleete’a stał fakt, iż odwzajemniał uczucia dziewczyny. Większość Strażników miała dość rozumu, żeby nie wiązać się z nikim. Sleete opuścił wioskę nocą, kiedy dziewczyna i jej rodzina pogrążone były we śnie – jednak przed powrotem do swej Aes Sedai postanowił jeszcze odwdzięczyć się mieszkańcom za okazane miłosierdzie i wytropił bandytów, uwalniając okolicę od tej plagi.

Tego rodzaju wydarzenia stanowiły kościec opowieści i legend – przynajmniej wśród zwykłych ludzi. W życiu Strażników historia Sleete’a była właściwie chlebem powszednim. Do takich ludzi jak on legendy ciągnęły niczym muchy do ludzi z gminu. Po prawdzie, to Sleete nie miał wielkiej ochoty dzielić się swoją historią, opowiedział ją w końcu chyba tylko po to, żeby uwolnić się od natrętnych pytań Młodych. I opowiedział ją w taki sposób, jakby jego ocalenie nie było niczym szczególnym, niczym, czym można by się szczycić. W końcu był Strażnikiem. Wykaraskać się z niewiarygodnych opresji, pokonać bez przytomności nieznane tereny, z nie do końca zaleczonymi ranami wyrżnąć bandę opryszków – takimi rzeczami zajmował się człowiek, kiedy był Strażnikiem.

Dlatego też Gawyn szanował Strażników. Nawet tych, których zabił. Zwłaszcza tych, których zabił. Żeby być zdolnym do takiego poświęcenia, do takiej gotowości, trzeba było być niezwykłym człowiekiem. Ta ich pokora. Aes Sedai manipulowały światem, cała chwała przypadała potworom z rodzaju al’Thora, a tymczasem ludzie tacy jak Sleete po cichu, dzień za dniem, wykonywali robotę bohaterów. Bez sławy i chwały., Jeżeli o nich pamiętano, to tylko w związku z Aes Sedai, którym służyli. Albo wspomnienia o nich przechowywała pamięć innych Strażników. Nie zapominało się swoich.

Sleete tymczasem zaatakował, miecz pomknął naprzód w prostym pchnięciu wyprowadzonym z największą szybkością. Żmija Oblizująca się Językiem, śmiała forma, której skuteczność dodatkowo zwiększał fakt, że Sleete walczył w parze z chudym, niskim mężczyzną, który zachodził Gawyna od jego lewej strony. Marlesh był jedynym oprócz Sleete’a Strażnikiem w Dorlan – a historia jego podróży na to miejsce nie miała w sobie nawet cienia dramatyzmu historii tamtego. Marlesh opuścił pole bitwy pod Studniami Dumai wraz z pierwotną grupą jedenastu Aes Sedai, a potem trzymał się ich przez resztę czasu. Teraz jego Vasha Sedai, śliczna młodziutka Domani z Zielonych Ajah, przyglądała się leniwie walce, stojąc w rogu stodoły.

Żmiję Oblizującą się Językiem Gawyn zripostował Kocim Tańcem na Murze, jednym ruchem formy odbijając ostrze miecza przeciwnika i wyprowadzając cios na nogi. Cios, który zresztą nie miał dojść celu, ponieważ stanowił tylko element formy obronnej, dzięki której Gawyn nie tracił nawet na moment z oka obu oponentów. Marlesh spróbował Pieszczoty Pantery, lecz Gawyn w jednej chwili przeszedł do Zwijania Powietrza, odbijając starannie klingę tamtego i czekając na kolejny atak Sleete’a, który z nich dwóch był groźniejszy. Sleete tymczasem zmienił pozycję – odsunął klingę nieco w bok, a sam oparł się plecami o potężną stertę siana na tyle dusznej stodoły.

Gawyn zaatakował Kotem na Gorącym Piasku, z którego próbował płynnie przejść do Kolibra Całującego Różę. Koliber nie był formą szczególnie przydatną w takim ataku, jaki sobie zamyślił, ponieważ rzadko przynosił powodzenie wobec broniącego się przeciwnika, niemniej Marlesha wyraźnie zmęczyła już jałowość własnych ataków. Zaczynał się niecierpliwić i Gawyn postanowił to wykorzystać.

Sleete znowu na niego ruszył. Gawyn wykonał mieczem zasłonę, czekając na atakujących w tandemie Strażników. W jednej chwili od zasłony przeszedł w formę zwaną Kwieciem Jabłoni na Wietrze. Klinga błysnęła trzykrotnie, a nieco ogłupiały Marlesh musiał się cofnąć. Zaklął i rzucił się naprzód, jednak Gawyn tymczasem zdołał skończyć formę i przejść płynnie do Strzepywania Rosy z Gałęzi. Ruszył naprzód, szybko robiąc mieczem – każdy z przeciwników otrzymał po trzy ciosy. Marlesh cofnął się rozpaczliwie i przewrócił, ponieważ zbyt szybko i nierozważnie zdecydował się na atak. Sleete, po tym jak jego klinga dwukrotnie została odbita, zamarł z czubkiem miecza Gawyna przy szyi.