Jej nowy splot był znacznie bardziej pomysłowy. Jego zadaniem nie było zniszczenie przedmiotów w szkatułce – Cadsuane nie była pewna, czy w ogóle da się je zniszczyć. Zamiast tego podwiązane dla zapewnienia niewidzialności sploty wyzwalały pajęczynę strumieni Powietrza, która unieruchamiała każdego, kto próbował otworzyć szkatułkę. Kolejny splot wytwarzał donośny dźwięk, naśladujący głos setki trąb, a równocześnie w powietrzu błyskały na alarm miriady świateł. Sploty pomyślane były tak, żeby reagować nie tylko wtedy, gdy ktoś otworzy szkatułkę, lecz również w chwili, gdy ją dotknie lub bodaj muśnie najdelikatniejszym strumieniem Jedynej Mocy.
Cadsuane otworzyła wieko. Powzięte przez nią skrajne środki ostrożności były konieczne ze względu na zawartość szkatułki. Mieściła ona dwa przedmioty, które mogły stanowić ogromne zagrożenie.
Sorilea podeszła bliżej i przyjrzała się zawartości. W szkatułce znajdowała się statuetka brodatego mężczyzny o mądrym obliczu, który w uniesionej dłoni trzymał kulę; statuetka miała może stopę wysokości. Drugim przedmiotem była czarna metaliczna obroża połączona z dwiema bransoletami – a’dam dla mężczyzny. Dzięki temu ter’angrealowi kobieta mogła zmienić przenoszącego mężczyznę w swojego niewolnika, w pełni kontrolując jego zdolność czerpania Jedynej Mocy. A być może i całość jego psychiki. Nie wiedziały tego na pewno, ponieważ nie przeprowadziły żadnych prób z obrożą. Al’Thor surowo tego zakazał.
Z ust Sorilei wydobył się cichy syk. Nawet nie spojrzała na statuetkę, całą jej uwagę przykuwała obroża z bransoletami.
– Tak – powiedziała Cadsuane. Osobiście uważała, że przedmioty są całkowicie obojętne moralnie, niemniej w tym przypadku słowo „zły” samo cisnęło się na usta. – Nynaeve al’Meara twierdzi, że wie, co to jest i jak działa. Choć nie potrafiłam wydobyć z dziewczyny, skąd zna się na takich rzeczach, upiera się, że wykonano tylko jedno męskie a’dam i że zadbała o to, aby ciśnięte zostało w głębię oceanu. Przyznała wszakże, że osobiście nie była świadkiem samego wydarzenia. Powinniśmy jednak domniemywać, że Seanchanie zdołali sporządzić kopię.
– Nadzwyczaj niepokojący przedmiot – oznajmiła Sorilea. – Gdyby jedna z Opętanych Cieniem lub choćby któraś Seanchanka zdołały założyć mu go na szyję…
– Światłości broń… – szepnęła Bair.
– I al’Thor chce zawrzeć rozejm z ludźmi, którzy mieli w swym posiadaniu ten przedmiot? – Sorilea pokręciła głową. – Za samo skonstruowanie tej potworności należy się waśń krwi. Słyszałam, że istnieją też inne. Co z nimi?
– Przechowujemy je gdzie indziej – odrzekła Cadsuane, zamykając wieko szkatułki. – Razem z kobiecymi a’dam, które wpadły w nasze ręce. Kilka moich towarzyszek… mówię tu o Aes Sedai, które zrezygnowały już z aktywnego udziału w sprawach świata… bada je w poszukiwaniu ewentualnych mankamentów. – W posiadaniu tamtych znajdował się aktualnie również Callandor. Cadsuane pozbyła się go z najwyższą niechęcią, nie miała jednak wątpliwości, że w mieczu ukryto tajemnice, które będzie można wydobyć na jaw.
– Trzymam to u siebie, ponieważ jestem pewna, że w końcu znajdę jakiś sposób, aby go przetestować na mężczyźnie – wyznała. – Jak inaczej odkryć jego wady? Niemniej al’Thor absolutnie nie zgadza się na nałożenie obroży któremuś z jego Asha’manów. Nawet na moment.
Bair wyraźnie nie w smak były jej słowa.
– To jak badać sprawność włóczni, wbijając ją w żywe ciało.
Lecz Sorilea potakująco kiwała głową. Ona rozumiała. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiła Cadsuane po tym, gdy w jej ręce trafiło kobiece a’dam, było założenie go na szyję. Potem próbowała się uwolnić. Oczywiście wszystko przebiegało w ściśle kontrolowanych warunkach i w eksperymencie uczestniczyły kobiety, którym ufała na tyle, aby wiedzieć, że ją wyswobodzą. I w końcu tak zrobiły. Cadsuane nie znalazła sposobu zdjęcia obroży z szyi.
Kiedy się wiedziało, co wróg planuje, należało szukać wszelkich możliwych dróg przeciwdziałania jego przedsięwzięciom. Nawet jeśli oznaczało to dobrowolne założenie obroży na szyję. AI’Thor nie potrafił tego pojąć. Kiedy go naciskała, mruczał coś o „tej przeklętej skrzyni” i biciu.
– Musimy coś zrobić z tym mężczyzną – orzekła Sorilea, patrząc Cadsuane prosto w oczy. – Z każdym kolejnym dniem jest z nim coraz gorzej.
– To prawda – potwierdziła Cadsuane. – Jest zdumiewająco oporny na nauki, jakimi go traktuję.
– Zastanówmy się więc razem – zaproponowała Sorilea, siadając na stołku. – Musimy ułożyć wspólny plan działania. Dla dobra nas wszystkich.
– Dla dobra wszystkich ludzi – zgodziła się Cadsuane. – A al’Thora w pierwszym rzędzie.
15.
Miejsce, od którego można zacząć.
Rand obudził się na podłodze. Usiadł, nasłuchując odległych odgłosów płynącej wody. Strumień płynący obok budynku dworu? Nie… coś tu się nie zgadzało. Ściany i podłoga nie były z drewna, lecz z kamienia. I choć na ścianach i suficie nie było żadnych lamp ani świec, przestrzeń korytarza zalewało delikatne światło.
Wstał i wygładził swój czerwony kaftan, osobliwie spokojny. Rozpoznawał to miejsce, rezonowało znajomym echem w głęboko pogrzebanych wspomnieniach. Jakim sposobem się tu znalazł? Pamięć o wydarzeniach ostatnich dni i lat zacierała się w głowie, umykała niczym rozwiewające się pasma mgły…
„Nie” – pomyślał odruchowo. A wspomnienia posłuchały, w obliczu siły jego woli wracając na przeznaczone im miejsca. Przed chwilą przebywał w wiejskim dworze w Arad Doman, czekając na raport Rhuarca, który miał mu donieść o akcji porwania pierwszych kilku członków rady kupieckiej. Min siedziała obok niego w pokoju, który dzielili, zagłębiona w wygodnym, obitym zielony materiałem fotelu i czytała czyjąś biografię, bodajże pod tytułem Wszystkie zamki.
Pamiętał, że poczuł ogarniające go przemożne zmęczenie, co mu się ostatnio dość często zdarzało. Postanowił się na chwilę położyć. A więc zasnął. Może trafił do Świata Snów? Choć bywał w nim już kilkukrotnie, niewiele zapamiętał konkretów. A Egwene i wędrujące po snach Aielów wypowiadały się na jego temat nadzwyczaj ogólnikowo.
Niemniej to miejsce jakoś nie kojarzyło się z marzeniami sennymi, z drugiej strony, wydawało się dziwnie znajome. Spojrzał w głąb korytarza – był tak długi, że jego kraniec spowijały cienie. W regularnych odstępach w ścianach korytarza znajdowały się drzwi – deski, z których zostały zrobione, były zeschłe i popękane.
„Tak” – pomyślał, chwytając niejasne wspomnienie. „Byłem już tutaj, lecz jakże dawno temu”.
Na chybił trafił pchnął jedne z drzwi – skądś wiedział, że nie ma znaczenia, które wybierze. Za drzwiami znajdowało się niewielkie pomieszczenie. Ścianę na wprost stanowiła kolumnada spięta łukami z szarego kamienia, która otwierała się na niewielki dziedziniec i niebo wypełnione płonącymi czerwienią chmurami. Chmury kłębiły się i kotłowały niczym bąble w garnku z wrzącą wodą. I jakkolwiek ich wygląd byłby nienaturalny, jednoznacznie przywodziły na myśl szalejącą burzę.
Kiedy przyjrzał się im uważniej, dostrzegł, że każda nowo ukształtowana chmura przybiera postać wykrzywionego udręką oblicza z ustami rozwartymi w bezgłośnym krzyku. W miarę jak chmura pęczniała, nadymając się od wewnątrz, rysy twarzy zniekształcały się, szczęki żuły rozpaczliwie, policzki puchły, oczy wybałuszały. Gdy wreszcie chmura się rozdzielała, na jej powierzchni pojawiały się nowe wrzeszczące i pęczniejące twarze. Widok był zniewalający i przerażający zarazem.