Poza dziedzińcem nie było już gruntu, tylko te potworne chmury.
Coś go powstrzymywało, żeby nie patrzeć w lewą stronę. Kątem oka widział jednak znajdujący się tam kominek. Kamienie, z których składała się podłoga, palenisko kominka i kolumny były zniekształcone, jakby pod wpływem potwornego żaru. Skraj pola widzenia zdawał się wciąż zmieniać i przekształcać. Poza tym z kątami pomieszczenia i jego proporcjami było coś nie tak. Podobnie jak wówczas, gdy przybył tu po raz pierwszy, wiele, wiele lat temu.
Jednak od tego czasu w komnacie coś się zmieniło. Kolory były jakieś inne. Całe połacie kamienia były czarne, jakby spalone, pokrywała je sieć pęknięć. Przez szczeliny sączyła się słaba czerwona poświata, łuna płynącej poniżej lawy. Czy kiedyś w pokoju nie było jeszcze stołu? Wykonany z pięknego drewna, lśniący lakierem – jego idealna harmonia kontrastowała ze zniekształconymi proporcjami kamienia.
Stołu nie było, lecz przy kominku stały dwa fotele o wysokich oparciach. Ktoś, kto w nich siedział zwrócony twarzą do ognia, był niewidoczny dla patrzącego z miejsca, gdzie stał Rand. Zmusił się, by dać kilka kroków w stronę kominka, obcasy jego butów stukały na płonących od spodu kamieniach. Nie czuł żaru, który powinien ziać od posadzki i od kominka. Niemniej miał trudności z oddychaniem, a serce łomotało niczym oszalałe. Bał się tego, co za chwilę zobaczy.
Obszedł stojące przy kominku fotele. Zajęty był ten po lewej. Mężczyzna, który w nim zasiadał, był wysoki, młody, miał kwadratową twarz i oczy ze starożytnego lodu, w których odbijały się płomienie, nadając źrenicom barwę bliską purpury. Drugi fotel było pusty. Rand podszedł do niego i usiadł. Wbił wzrok w tańczący na kominku ogień i poczuł, jak powoli uspokaja się rozszalały puls. W wizjach, które charakterem przypominały nawracające obrazy Mata i Perrina, wielokrotnie widywał tego człowieka.
Tym razem myśl o przyjaciołach nie wywołała znajomego wirowania barw. To go zdziwiło, lecz równocześnie w jakiś sposób wydało się zrozumiałe. Widzenia, w których pojawiał się człowiek siedzący teraz przy kominku, miały inną naturę niż kontakt z przyjaciółmi na odległość. Rodziły się gdzieś w głębi umysłu, co nadawało im bardziej namacalny charakter. Czasami w trakcie tych widzeń Rand miał wrażenie, że wystarczy, iż sięgnie ręką, a będzie mógł dotknąć tamtego. I bał się, co nastąpi, gdy to zrobi.
Spotkał tego mężczyznę tylko raz. W Shadar Logoth. Obcy uratował mu wówczas życie i od tamtej chwili Rand nie mógł się nie zastanawiać, kim był jego dobroczyńca. Zrozumienie przyszło dopiero teraz, w tym miejscu.
– Przecież nie żyjesz – szepnął Rand. – Zabiłem cię.
Tamten roześmiał się, nie odrywając oczu od ognia. Śmiech był ochrypły, gardłowy, bez śladu wesołości. W swoim czasie Rand znał tego mężczyznę tylko pod jednym imieniem: Ba’alzamon, pod imieniem, które zazwyczaj lękliwie zastępowano przydomkiem „Czarny”, i niemądrze sądził, że zabijając go, na dobre pokonał Cień.
– Patrzyłem, jak umierasz – ciągnął dalej. – Przebiłem ci pierś Callandorem, Isha…
– Nie tak brzmi moje imię – wszedł mu w słowo tamten, wciąż zajęty obserwowaniem gry płomieni. – Teraz jestem Moridin.
– Imię nie ma znaczenia – rozgniewał się Rand. – Ty nie żyjesz, a to jest tylko sen.
– Tylko sen – powtórzył Moridin i zachichotał. – Tak. – Odziany był w czarny kaftan i spodnie, jednolitą barwę ubioru łamały tylko czerwone hafty na rękawach.
W końcu po raz pierwszy spojrzał na Randa. Blask płomieni barwił ciosane oblicze oraz nieruchome oczy czerwienią i pomarańczem.
– Dlaczego ty zawsze tak samo jęczysz? Tylko sen. Tylko sen. Nie wiesz, że wiele snów jest bardziej prawdziwych niż świat jawy?
– Nie żyjesz – uparcie powtórzył Rand.
– Ty też. Dobrze wiesz, że przyglądałem się, jak umierasz. Na własne oczy widziałem, jak ciskałeś się w szale, póki nie dobyłeś z trzewi ziemi góry, która stała się twoim kurhanem. Ileż w tym arogancji i pychy…
Kiedy Lews Therin odkrył, że wszyscy, których kochał, zginęli z jego ręki, sięgnął aż do głębi Jedynej Mocy i zgładził sam siebie, a skutkiem ubocznym twego aktu było powstanie górotworu nazwanego później Górą Smoka. Wspomnienie tych wydarzeń wywoływało zawsze w głowie Randa skowyt żałości i gniewu. Lecz tym razem panowała tam tylko cisza.
Moridin powrócił do obserwacji płomieni strzelających w palenisku kominka. Wśród kamieni, z których był zbudowany, gdzieś z boku, Rand dostrzegł jakiś ruch. Migotliwe odłamki cienia, ledwie widoczne w szczelinach. Za nimi płonął rozgrzany do czerwoności żar płynnej skały, cienie skakały bez przerwy niczym oszalałe. Do jego uszu docierał słabiutki odgłos drapania. Po chwili zrozumiał – szczury. Za kamieniami szarpały się szczury, pożerane przez nieznośne gorąco. Drapały pazurkami kamień, próbując przecisnąć się przez szczeliny, uciec przed spaleniem żywcem.
Niektóre z tych drobnych łapek wydawały się niemal ludzkie.
„To tylko sen” – powtarzał sobie Rand. Tylko sen. Ale wiedział, że to, co powiedział Moridin, jest prawdą. Jego wróg wciąż żył. Światłości! Iluż z pozostałych również powróciło na świat? W gniewie zacisnął dłonie na poręczach fotela. Zapewne powinien odczuwać najgłębszy lęk, ale przecież już dawno przestał uciekać przed siedzącą obok istotą i jej panem. W jego sercu nie było już miejsca na strach. To raczej Moridin powinien mieć powody do obaw, bo przecież w trakcie ostatniego spotkania poległ z ręki Randa.
– Jak? – chciał wiedzieć Rand.
– Dawno, dawno temu obiecałem ci, że Wielki Władca może przywrócić do życia twoją zmarłą miłość. Nie sądzisz, że z równą łatwością jest w stanie przywrócić tych, którzy mu służą?
Innym imieniem, jakie ludzie nadali Czarnemu, był Pan Grobów. Tak, to była prawda, jakkolwiek Rand by się nie zarzekał. Czemu więc, skoro wiedział, że Czarny potrafi wskrzeszać zmarłych, był zaskoczony, iż jego wrogowie wracają do życia?
– Wszyscy się odradzamy – kontynuował Moridin – co jakiś czas, wciąż na nowo Koło plecie nici naszych żywotów. Śmierć nie jest żadną przeszkodą dla mojego mistrza, wyjątkiem są ci, którzy zginęli od ognia stosu. Tych nie dosięgnie już jego ręka. W sumie i tak zdumiewające jest, że potrafią przetrwać w naszej pamięci.
A więc jednak paru z nich naprawdę umarło. Kluczem był ogień stosu. W jaki jednak sposób Moridin znalazł drogę do snów Randa? Przecież każdej nocy na nowo stawiał osłony. Zerknął na Moridina, w jego oczach dostrzegł coś dziwnego. W białkach tańczyły czarne plamki, wirujące w tę i we w tę niczym drobiny popiołu na leniwej bryzie.
– Zdajesz sobie sprawę, że Wielki Władca jest w stanie uwolnić cię od szaleństwa – rzekł Moridin.
– Kiedy ostatnim razem przywróciłeś mi zdrowe zmysły, niewielką przyniosłeś mi pociechę – cierpko zauważył Rand, sam zaskoczony swymi słowami. To było wspomnienie Lewsa Therina, nie jego. Mimo iż Lews Therin nie był obecny w jego myślach. Dziwne, ale w miejscu, gdzie wszystko było tak niestabilne i niepewne, Rand wydawał się samemu sobie znacznie bardziej materialny niż zazwyczaj. Rozmaite fragmenty jego umysłu jakoś lepiej do siebie pasowały. Nie pozostawały, oczywiście, w idealnej harmonii, ale już od dawna nie czuł się tak bardzo sobą.
Moridin parsknął cicho, ale nic nie powiedział. Rand spojrzał w ogień, przez chwilę przyglądał się giętkim, mrugającym płomieniom. Dostrzegał w nich kształty, jak wcześniej w chmurach, lecz te układały się tylko w bezgłowe ciała, wychudzone, wygięte bólem, nieprawdopodobnie wykręcone w ekstazie płomienia, w momentalnym spazmie, który po chwili obracał je w nicość.