Obserwował przez czas jakiś ten makabryczny taniec, rozmyślając. Ktoś mógłby pomyśleć, że oto dwóch przyjaciół rozkoszuje się ciepłem paleniska w środku zimy. Tyle że płomienie nie dawały ciepła, a Rand przecież któregoś dnia znowu tamtego zabije. Albo umrze z jego ręki.
Moridin postukiwał palcami o poręcz fotela.
– Po co tu przyszedłeś?
„Ja tu przyszedłem?” – zdziwił się Rand, zdumiony pytaniem. Czy to nie Moridin go tutaj ściągnął?
– Czuję się tak zmęczony – ciągnął tamten, przymykając oczy. – Czy to twoje zmęczenie, czy moje? Gotów jestem udusić Semirhage za to, co zrobiła.
Rand zmarszczył brwi. Czyżby Moridin oszalał? Pod koniec swego życia Ishamael z pewnością sprawiał wrażenie niespełna rozumu.
– Jeszcze nie czas na naszą walkę – powiedział Moridin, wykonując pod adresem Randa zrezygnowany gest. – Odejdź. Zostaw mnie w spokoju. Nie mam pojęcia, co by się z nami stało, gdybyśmy pozabijali się wzajem. Tak czy inaczej, wkrótce Wielki Władca będzie miał cię w swojej mocy. Jego triumf nie ulega wątpliwości.
– Raz poniósł klęskę i poniesie ją znowu – powiedział Rand. – Pokonam go.
Moridin roześmiał się kolejny raz, tym samym pozbawionym wesołości śmiechem, co poprzednio.
– Może i pokonasz – stwierdził. – Czemu jednak sądzisz, że będzie to miało jakiekolwiek znaczenie? Zastanów się. Koło obraca się nieustannie i nie ma temu końca. Wieki nadchodzą i mijają, a ludzie walczą z Wielkim Władcą. Któregoś dnia w końcu to on zwycięży, a kiedy to nastąpi, Koło się zatrzyma. Dlatego właśnie jego ostateczne zwycięstwo jest przesądzone. Osobiście uważam, że nastąpi już w tym Wieku, a jeśli nie, to w którymś z najbliższych. Każde wasze zwycięstwo jest tylko przygrywką do następnej bitwy. Jego zwycięstwo oznacza koniec wszystkiego. Nie rozumiesz, że nie ma dla was nadziei?
– I to dlatego stanąłeś przy jego boku? – zapytał Rand. – Zawsze za dużo myślałeś, Elanie. Zniszczyła cię twoja logika, prawda?
– Nie istnieje droga wiodąca do ostatecznego zwycięstwa – stwierdził Moridin. – Jedyne wyjście, to stanąć u boku Wielkiego Władcy i rządzić światem, póki nie nastąpi koniec wszystkiego. Wszyscy, którzy wybierają inaczej, to głupcy. Liczą na wielką nagrodę w wieczności, ale nie będzie żadnej wieczności. Będzie tylko to, co jest teraz: ostatnie dni.
Znów się zaśmiał, i tym razem jego radość była prawdziwa. Śmiał się z rozkoszy.
Rand wstał. Moridin spojrzał na niego czujnie, lecz się nie ruszył.
– Istnieje droga do zwycięstwa, Moridinie – rzekł Rand. – Mam zamiar go zabić. Zgładzę Czarnego. Niech Koło obraca się dalej, bez tej strasznej skazy.
Moridin słuchał tych słów nieporuszony. Jego wzrok wciąż wbity był w płomienie.
– Jesteśmy ze sobą związani – powiedział w końcu. – Podejrzewam, że to dlatego tutaj przybyłeś, choć sam nie rozumiem natury tej więzi. Ze swej strony wątpię, abyś zdawał sobie sprawę z rozmiaru głupoty tego, co przed chwilą powiedziałeś.
Rand poczuł, jak budzi się w nim gniew, ale go stłumił. Nie pozwoli się sprowokować.
– Zobaczymy.
Sięgnął po Jedyną Moc. Źródło znajdowało się daleko, bardzo daleko. Pochwycił je i coś szarpnęło całym jego ciałem, jakby pociągnął go hol z saidina. Pomieszczenie zniknęło, potem zniknęła Jedyna Moc, a Rand zapadł się w głęboką ciemność.
W końcu Rand przestał się szamotać przez sen, a Min wstrzymała oddech w nadziei, że to już koniec koszmaru. Siedziała opatulona kocem w swoim fotelu w rogu pomieszczenia, z książką w ręku i podwiniętymi nogami. Migotał i tańczył płomień niewielkiej lampy stojącej na niskim stoliku obok, oświetlając stos zatęchłych książek. Upadek Shale. Uwagi i obserwacje. Pomniki przeszłości. Głównie książki historyczne.
Rand westchnął lekko, ale się nie poruszył. Min wypuściła w końcu długo wstrzymywany oddech, umościła się wygodniej i otworzyła książkę w miejscu, które zaznaczyła placem. Książką były Rozważania Pelateosa. Mimo że okiennice były już zawarte na noc, słyszała dobiegający z zewnątrz szum wiatru w gałęziach sosen. W powietrzu zalegał lekki swąd, pamiątka po tamtym dziwnym pożarze. Dzięki szybkiej interwencji Aviendhy nie doszło do katastrofy i skończyło się tylko na drobnych niedogodnościach. Oczywiście nikt jej nawet za to nie podziękował. Mądre wciąż zajeżdżały ją jak kupiec ostatniego muła.
Min nie mogła się do niej zbliżyć nawet na tyle, by wymienić parę słów, mimo iż minęło przecież już trochę czasu, odkąd Aielowie rozbili nieopodal swój obóz. Chciałaby się dowiedzieć czegoś więcej o tej kobiecie. Tamtego wieczoru przy oosquai trochę się do siebie zbliżyły, lecz jeden dzień nie czyni przyjaciół, a ona nie lubiła się niczym i nikim dzielić.
Znowu zerknęła na Randa, leżącego na wznak z zamkniętymi oczyma. Jego oddech powoli się uspokajał. Lewa ręka spoczywała na kocu, obnażając kikut. Nie rozumiała, jakim sposobem może spać mimo niekończącej się udręki przysparzanej przez rany. Gdy tylko o nich pomyślała, poczuła ten ból – był częścią ciasnego splotu emocji Randa w jej głowie. Sama jakoś nauczyła się ignorować jego ból. Nie miała innego wyjścia. A przecież on musiał go odczuwać nieporównanie mocniej. Jak to wytrzymywał, nie miała pojęcia.
Nie była Aes Sedai – Światłości niech będą dzięki – ale jakimś sposobem udało jej się związać z nim więzią zobowiązań. To było zdumiewające. Zawsze wiedziała, gdzie się znajduje i w jakim jest nastroju. Zazwyczaj nie pozwalała, aby pochłonęły ją jego emocje, co najwyżej w chwilach namiętności. Lecz która kobieta nie poddawała się emocjom takich chwil? Bliskość przeżywana w więzi, kiedy mieszały się ze sobą jej pragnienie i ognisty żar, którym było pragnienie Randa, tworzyła przeżycie nadzwyczaj… ekstatyczne.
Poczuła, jak na myśl o tym na twarz wypełza jej rumieniec. Pochyliła głowę nad Rozważaniami, żeby czymś zająć uwagę. Rand potrzebował snu, a jej zadaniem było mu go zapewnić. Poza tym lista czekających ją lektur była długa, a wnioski wynikające z tych dotychczas przeczytanych nie napawały optymizmem.
Jej księgozbiór należał wcześniej do Herida Fela, ujmującego starego uczonego, który pracował na uniwersytecie założonym przez Randa w Cairhien. Wspomnienie roztargnionego sposobu bycia Fela i jego mglistych – aczkolwiek błyskotliwych – idei przywołało na jej twarz uśmiech.
Ale Herid Fel już nie żył, zamordowany, rozszarpany przez Pomiot Cienia. Podczas lektury swoich książek natrafił na coś, o czym zamierzał powiedzieć Randowi. Coś związanego z Ostatnią Bitwą i pieczęciami na więzieniu Czarnego. Zginął, nim zdążył podzielić się zdobytą wiedzą. Być może był to czysty przypadek, może treść jego książek nie miała nic wspólnego z jego śmiercią. A może jednak miała. Min postanowiła sama znaleźć odpowiedź. Dla Randa i przez pamięć o Heridzie.
Odłożyła Rozważania i sięgnęła po Myśli pośród ruin, dzieło napisane ponad tysiąc lat temu. Otworzyła książkę w miejscu zaznaczonym kartką papieru, z lekka już wytartą przez wędrówkę między kartami rozmaitych książek, którą Herid wysłał do Randa tuż przed śmiercią. Przez chwilę obracała ją w dłoniach, nim po raz kolejny odczytała treść.
„Wiara i porządek dają siłę. Każ uprzątnąć gruz, zanim zaczniesz budować. Wyjaśnię to przy następnym naszym spotkaniu. Nie przyprowadzaj dziewczyny. Za ładna”.
Wyobrażała sobie, że zagłębiwszy się w jego książkach, będzie w stanie podążyć śladem jego myśli. Rand chciał się dowiedzieć, jak zapieczętować więzienie Czarnego. Czy to możliwe, że wpadła na ślad odkrycia Fela?