Czy tak właśnie jest z nimi wszystkimi? Każdy zakłada, że jest przy zdrowych zmysłach i że to ten drugi człowiek w środku robi te okropne rzeczy?
– To już się stało, Randzie – powiedziała, przytulając się do niego. – Do kogokolwiek należy ten głos, gorzej już nie będzie. Saidin został oczyszczony.
Rand nie odpowiedział, lecz napięcie powoli zdawało się go opuszczać. Przymknął powieki, napawając się bijącym od niej ciepłem – w całkiem dosłownym sensie, ponieważ okno w pokoju pozostawało otwarte.
– Ishamael żyje – powiedział po dłuższej chwili.
Nerwowo otworzyła oczy.
– Co takiego? – I to akurat w momencie, gdy było im tak dobrze ze sobą!
– Spotkałem się z nim w Świecie Snów – wyjaśnił. – I zanim zapytasz… nie. To nie był zwykły koszmar albo majaczenia szaleńca. To stało się naprawdę, ale nie potrafię powiedzieć, skąd czerpię pewność. Musisz mi po prostu uwierzyć.
– Ishamael – szepnęła. – Przecież go zabiłeś!
– Tak – potwierdził Rand. – W Kamieniu Łzy. Lecz teraz wrócił, z nową twarzą i pod nowym imieniem, choć bez wątpienia to on. Zresztą powinniśmy z góry wiedzieć, że tak się stanie. Czarny bez walki nie zrezygnuje z przydatnych narzędzi. Ludzie mają rację, powiadając, że dotyk jego dłoni sięga poza grób.
– Wobec tego jak mamy zwyciężyć? Jeżeli każdy, kogo zabijemy, może powstać z martwych…
– Ogień stosu – odparł krótko Rand. – To ich zabija na dobre.
– Cadsuane powiedziała…
– Nie obchodzi mnie, co powiedziała Cadsuane – warknął. Jest moją doradczynią, więc niech się skupi na dawaniu rad. I na tym poprzestanie. Ja jestem Smokiem Odrodzonym i ja zdecyduję, jak będziemy walczyć. – Urwał, wziął głęboki oddech. – Tak czy siak, to bez znaczenia, czy Przeklęci mogą wracać do życia i kogo Czarny na nas naśle. Zniszczę go, jeżeli to tylko będzie możliwe. A jeżeli nie, zapieczętuję go w ciemnicy tak głębokiej, że świat będzie mógł zapomnieć o jego istnieniu.
Spojrzał na nią.
– I po to… potrzebny mi ten głos, Min. Lews Therin zna się na różnych rzeczach. Czy może… to ja się na nich znam. Nieważne, ta wiedza jest gdzieś w mojej głowie. Przyczyną zguby Czarnego okaże się jego skaza, ponieważ dzięki niej zdobyłem dostęp do wspomnień Lewsa Therina.
Min objęła spojrzeniem swoje książki. Mała karteczka od Herida Fela wciąż zerkała z wnętrzności Rozmyślań pośród ruin.
– Rand – powiedziała. – Musisz zniszczyć pieczęcie na więzieniu Czarnego.
Spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi.
– Powoli zyskuję pewność w tej kwestii – kontynuowała. – Od śmierci Fela czytam kolejne książki z jego biblioteki i doszłam do wniosku, że to właśnie miał na myśli, pisząc „każ uprzątnąć gruz”. Żeby odbudować więzienie Czarnego, najpierw musisz otworzyć jego bramy. Usunąć czop, którym zapieczętowano Sztolnię.
Oczekiwała wyrazów niedowierzania. Ku jej zdziwieniu tylko pokiwał głową.
– Tak – przyznał. – Tak, to ma sens. Wątpię jednak, aby wielu chciało mnie posłuchać. Któż może wiedzieć, co się stanie, gdy pęknie ostatnia pieczęć? Jeżeli on się uwolni…
Proroctwa nie głosiły, że Rand zwycięży. Tylko że będzie walczył. Min znowu zadrżała – przeklęte okno! – ale spokojnie wytrzymała spojrzenie Randa.
– Zwyciężysz. Pokonasz go.
Westchnął.
– Taką wiarę pokładasz w szaleńcu, Min?
– Wierzę w ciebie, pasterzu. – Nagle wokół jego głowy zawirowały obrazy. Nauczyła się już je ignorować, wyjątkiem były wypadki, gdy pojawiało się coś nowego. Teraz nie mogła oderwać oczu. Świetliki ginące w ciemnościach. Trzy kobiety obok pogrzebowego stosu. Błyski światła, smugi ciemności i cienia, śmiertelne omeny, wrony, rany, ból i nadzieja. Szalejąca wokół Randa zawierucha, gwałtowniejsza od jakiejkolwiek naturalnej burzy.
– Wciąż nie wiemy, co robić – przyznała. – Wskazówki… jeśli w ogóle można je określić tym mianem… są nadzwyczaj niejasne. Więc będę szukała dalej. Obiecuję. Znajdę te odpowiedzi. Dla ciebie.
Pokiwał głową, a ona z zaskoczeniem wyczuła w więzi, jak wielkim zaufaniem ją obdarzał. Ostatnimi czasy rzadko odnajdywała w nim takie emocje, czuła jednak, że trochę się uspokoił, że ścichł duchowy zgiełk ostatnich dni. Wciąż był zimny niczym kamień, lecz w kamieniu tym pojawiały się już pierwsze rysy, przez które będzie mogła zajrzeć do środka. Na początek dobre i to.
Otoczyła go ramionami i znów zamknęła oczy. To było miejsce, od którego można było zacząć, lecz czasu zostało tak niewiele. Inaczej się jednak nie da.
Aviendha zapaliła zawieszoną na tyczce latarnię od troskliwie osłanianego dłonią płomienia świecy. Światło zamigotało, rzucając blask na ziemię wokół niej. Do jej uszu docierało chrapanie żołnierzy śpiących w namiotach. Wieczór był chłodny, powietrze rześkie, w oddali grzechotały uderzające o siebie gałęzie drzew. Gdzieś zahuczała samotna sowa. Aviendha poczuła bezmiar ogarniającego ją wyczerpania.
Właśnie po raz pięćdziesiąty przebyła swoją trasę, zapaliła latarnię tylko po to, żeby zaraz z powrotem zdmuchnąć płomień, przebiec trawnik, zapalić świecę we dworze i donieść ją – osłaniając płomień – do tej samej latarni.
Jeszcze miesiąc tych kar i prawdopodobnie będzie równie szalona jak mieszkańcy mokradeł. Mądre obudzą się pewnego ranka i odkryją, że właśnie idzie popływać, niesie dokądś do połowy napełniony worek z wodą albo dla przyjemności dosiada konia! Westchnęła, zbyt zmęczona, żeby wymyślić coś jeszcze bardziej absurdalnego, a potem ruszyła w kierunku obozu Aielów, żeby wreszcie się wyspać.
Ktoś stał za jej plecami.
Odwróciła się szybko i sięgnęła do rękojeści noża, ale uspokoiła się, rozpoznając Amys. Ze wszystkich Mądrych tylko ona – była Panna Włóczni – potrafiła podejść ją niepostrzeżenie.
Mądra stała nieruchomo ze złożonymi na płask dłońmi, brązowy szal i takaż spódnica poruszały się wraz z lekkimi podmuchami wiatru. Jeden z tych podmuchów, szczególnie lodowaty, przejął Aviendhę dreszczem. W wieczornym półmroku siwe włosy Amys zdawały się należeć do zjawy, zaplątała się w nie porwana wiatrem sosnowa igła.
– Odbywasz swe kary z takim… poświęceniem, dziecko – powiedziała Amys.
Aviendha spuściła wzrok. Słowa jawnie nawiązujące do zleconych jej, absurdalnych czynności odbierała jako hańbiące. Czy kończył jej się czas? Czy Mądre w końcu postanowiły dać sobie z nią spokój?
– Proszę, Mądra. Robię tylko to, czego wymaga ode mnie obowiązek.
– Tak, robisz – potwierdziła Amys. Uniosła rękę, przeczesała palcami włosy, znalazła sosnową igłę, a potem upuściła ją między zeschłe źdźbła traw. – A równocześnie nie robisz. Czasami, Aviendho, tak bardzo skupiamy się na rzeczach, które zrobiliśmy, że zapominamy o tych, których nie zrobiliśmy.
Aviendha ucieszyła się, że jest już ciemno, ponieważ nikt nie mógł dostrzec rumieńca wypełzającego na jej policzki. Gdzieś daleko żołnierz uderzył w nocny gong, odmierzając godzinę – miękki metal zadźwięczał jedenastoma melancholijnymi kurantami. Co miała odpowiedzieć na uwagę Amys? Jakoś nie potrafiła znaleźć w głowie celnej riposty.
Uratował ją rozbłysk światła tuż za granicą obozu. Był dość słaby, niemniej w ciemnościach łatwy do dostrzeżenia.
– O co chodzi? – Mądra zauważyła, dokąd kieruje się spojrzenie Aviendhy, i odwróciła się w tym samym kierunku.
– Światło – wyjaśniła Aviendha. – Na terenie służącym Podróżowaniu.
Amys zmarszczyła brwi, a potem obie ruszyły w tamtą stronę. Wkrótce spotkały Damera Flinna i Davrama Bashere, którym w drodze do obozu towarzyszył niewielki oddział złożony z Saldaean i Aielów. Co sądzić o ludziach takich jak Flinn? Skaza nie zanieczyszczała już Źródła, lecz on wraz z wieloma innymi zdecydował się parać Mocą, zanim nastąpiło to wydarzenie. Aviendha pewnie raczej zdecydowałaby się na uścisk Tego Który Odbiera Wzrok niż na coś takiego – ostatecznie jednak ci mężczyźni okazali się potężnymi narzędziami zniszczenia.