Выбрать главу

Z początku Egwene sądziła, że łupanie orzechów jest tylko pretekstem, by zaprosić ją na spotkanie. Po całej godzinie spędzonej na tym zajęciu powoli zaczynała mieć wątpliwości, które rozproszyły się dopiero w momencie, gdy wszystkie trzy spojrzały na nią równocześnie. Czyli przeczucia jej nie zmyliły, powinna bardziej im ufać.

Ferane była miedzianoskórą Domani o temperamencie właściwym dla przedstawicielek tego narodu, który nie bardzo pasował do typowego wizerunku Białej siostry. Niska, z twarzą kulistą niczym jabłko i ciemnymi lśniącymi oczami. Miała na sobie suknię w kasztanowej barwie, cieniutką, lecz dostatecznie przyzwoitą, przewiązaną w talii szeroką białą szarfą dopasowaną barwą do szala, który spoczywał na jej ramionach. Suknię zdobiły bogate hafty, natomiast barwa materiału nawiązywała, zapewne całkiem świadomie, do jej narodowości.

Pozostałe dwie siostry odziane były w biel, jakby obawiały się, że suknie innej barwy będą zdradą ich Ajah. Taki sposób myślenia ostatnimi czasy coraz bardziej upowszechniał się wśród Aes Sedai. Tesan była Tarabonianką, ciemne włosy zaplatała w liczne, zakończone paciorkami warkoczyki. Białe i złote paciorki okalały wąską twarz, która wyglądała, jakby ktoś kiedyś rozciągnął ją w pionie. Na twarzy tej gościł teraz wyraz zmartwienia. A może był to wpływ tych smutnych czasów. Światłości, naprawdę wszystkie miały się czym martwić.

Miyasi sprawiała wrażenie znacznie spokojniejszej. Jej głowę wieńczył koczek siwych włosów. Z oblicza Aes Sedai nie sposób było odczytać, ile lat musiało minąć, żeby jej włosy aż tak bardzo posiwiały. Była wysoka i dość tęga, domagała się, by orzechy były obrane perfekcyjnie. Żadnych okruszków, czy połamanych fragmentów – wyłącznie idealne połówki. Egwene pieczołowicie wyłowiła z rozłupanej skorupki taką właśnie zgrabną połówkę i podała jej – drobne brązowe jądro było pomarszczone i pofałdowane niczym mózg jakiegoś maleńkiego zwierzątka.

– Jakie było twoje pytanie, Ferane? – zapytała Egwene, rozłupując kolejny orzech i upuszczając skorupę do miski stojącej u jej stóp.

Biała siostra nie dała po sobie poznać, że zauważyła niestosowny brak tytułu w pytaniu Egwene. Wszystkie siostry powoli przywykały, że ta „nowicjuszka” nie zachowuje się zgodnie ze swoją pozycją.

– Interesuje mnie – powiedziała chłodno Ferane – co byś zrobiła na miejscu Amyrlin. Potraktujmy to ćwiczenie intelektualne jako część twego szkolenia. Wiesz, że Smok się odrodził, i wiesz, że Wieża musi go jakoś okiełznać, żeby potem wykorzystać go w Ostatniej Bitwie. Jak byś sobie z nim poradziła?

Ciekawe pytanie. Niezbyt stosowne jako temat „ćwiczeń”. Ale z tonu głosu Ferane nie sposób było wywnioskować, czy kwestionuje postępowanie Elaidy, czy tylko z góry lekceważy wszystkie ewentualne pomysły Egwene.

Pozostałe dwie siostry milczały. Ferane była Zasiadającą Komnaty, więc należny był jej odpowiedni szacunek.

„Słyszała, że wielokrotnie krytykowałam sposób, w jaki Elaida postąpiła z Randem” – pomyślała Egwene, spoglądając w stalowoszare oczy Ferane. „A więc to kolejna próba?”. Tę kwestię należało potraktować nadzwyczaj ostrożnie.

Egwene sięgnęła po kolejny orzech.

– W pierwszym rzędzie wysłałabym grupę sióstr do jego rodzinnej wioski.

Ferane uniosła brew.

– Żeby zastraszyć jego bliskich?

– Oczywiście, że nie – zaprotestowała Egwene. – Żeby zadać im pytania. Kim jest Smok Odrodzony? Czy to mężczyzna z temperamentem, człowiek porywczy? Czy też spokojny, uważny i ostrożny? Czy należał do tych, którzy samotnie spędzają czas w polu, czy może łatwo nawiązywał kontakty z innymi młodzieńcami? Czy łatwiej byłoby go znaleźć w tawernie, czy w warsztacie?

– Ale ty już go znasz – wtrąciła Tesan.

– Ja tak – odrzekła Egwene, rozłupując orzech. – Lecz mówimy tu o sytuacji czysto hipotetycznej.

„Niemniej i tak zapamiętacie sobie, że w prawdziwym świecie znam osobiście Smoka Odrodzonego. Czego nie można powiedzieć o żadnej innej kobiecie z Wieży”.

– Wobec tego załóżmy dalej, że jesteś sobą – kontynuowała Ferane. – I że on jest Randem al’Thorem, twoim przyjacielem z dzieciństwa.

– Załóżmy.

– Powiedz mi zatem – mówiła Ferane, nachylając się ku niej. – Który z typów charakteru, o jakich przed momentem wspomniałaś, najcelniej opisuje twego Randa al’Thora?

Egwene się zawahała.

– Wszystkie naraz – powiedziała, wkładając fragmenty obranego orzecha do miseczki, w której leżały już inne. Miyasi oczywiście go nie tknie, ale pozostałe nie były tak wybredne. – Gdybym ja była sobą, a Smok Odrodzony Randem, byłby w moich oczach osobą racjonalną… jak na mężczyznę, oczywiście… choć czasami upartą jak osioł. Cóż, zazwyczaj. Ważniejsze jednak jest, że wiedziałabym wówczas, iż w głębi serca jest dobrym człowiekiem. A więc moim następnym krokiem byłoby wysłanie doń poselstwa sióstr z propozycją rady i przewodnictwa.

– A gdyby nie przyjął tej propozycji? – zapytała Ferane.

– Wówczas posłałabym do niego szpiegów – wyjaśniała dalej Egwene – i kazała im sprawdzić, czy nie zmienił się od czasu, gdy go znałam.

– A kiedy ty byś czekała i szpiegowała go, on niósłby grozę przez świat, siejąc zamęt i gromadząc armie pod swym sztandarem.

– A czyż nie na tym właśnie ma polegać jego rola? – zdziwiła się Egwene. – Nie wierzę, abyśmy były go w stanie powstrzymać przed wzięciem do ręki Callandora, choćbyśmy nawet bardzo się starały. Udało mu się przywrócić porządek w Cairhien, zjednoczyć Łzę i Illian pod jednym sztandarem, najprawdopodobniej cieszy się również życzliwością Andoru.

– Nie wspominając już o tych Aielach, których zdołał sobie podporządkować – dodała Miyasi, czerpiąc pełną garścią z miseczki z orzechami.

Egwene spojrzała na nią spod zmarszczonych brwi.

– Nikt nigdy nie zdoła podporządkować sobie Aielów. Rand zdobył sobie ich szacunek. Byłam przy tym.

Miyasi zamarła z ręką w pół drogi do miseczki pełnej obranych orzechów. W końcu otrząsnęła się, oderwała spojrzenie od oczu Egwene, złapała miseczkę i osunęła się w swoje krzesło. Chłodny podmuch wiatru zatańczył na balkonie, szeleszcząc w pnączach, które zdaniem Ferane nie zieleniły się tej wiosny tak, jak powinny. Egwene wróciła do łupania orzechów.

– Wychodzi na to – podjęła Ferane – że po prostu pozwoliłabyś mu siać chaos, gdzie mu się spodoba.

– Rand al’Thor jest niczym rzeka – wyjaśniła Egwene – która spokojnie toczy leniwe wody, kiedy nic nie stoi jej na przeszkodzie, lecz gdy coś spróbuje zahamować jej nurt, piętrzy się i wściekle pieni. Postępowanie Elaidy można porównać do próby ujęcia Manetherendelle w koryto szerokie na dwie stopy. Nie ma nic głupiego w cierpliwym badaniu temperamentu mężczyzny i żadną miarą nie jest to oznaka słabości. Natomiast podejmowane na ślepo działania stanowią niechybny objaw szaleństwa. Zasiawszy ten wiatr, Biała Wieża w pełni zasłużyła na burzę, która się rozpętała.

– Może i tak – rzekła Ferane. – Lecz wciąż nie usłyszałam od ciebie, jak ty poradziłabyś sobie z sytuacją, mając już do dyspozycji całą niezbędną wiedzę i nie mogąc już dłużej czekać. – Choć Ferane była znana ze swej emocjonalności, tym razem w jej głosie pobrzmiewał chłód, jak najbardziej stosowny dla jej Ajah. Był to głos osoby odżegnującej się od emocji, skupionej wyłącznie na logice wypowiedzi i nietolerującej niczego, co mogłoby tę logikę wypaczyć.