Выбрать главу

Nie ustawała w pracy, szorując skrobaczką poczerniałe fragmenty cegieł i przyświecając sobie mdłym płomykiem lampy ustawionej w rogu paleniska. Korciło ją, aby posłużyć się Jedyną Mocą, jednak była pewna, że znajdujące się niedaleko Czerwone to wyczują, a poza tym dawka widłokorzenia, którą przyjęła tego popołudnia, była nadzwyczaj silna, więc zapewne i tak mogłaby ze Źródła zaczerpnąć jedynie kropelkę. Po prawdzie, to mikstura była tak silna, że ogarnęło ją lekkie otępienie, co zmuszało do jeszcze bardziej wytężonej pracy.

I tak odtąd miało wyglądać jej życie? Uwięziona w palenisku, szorująca cegły, których nikt nie widział, z dala od świata? Jaki sens miał jej sprzeciw wobec Elaidy, skoro wszystkie wkrótce zapomną o jej istnieniu? Zakaszlała cicho, dźwięk poniósł się stłumionym echem w kominie.

Potrzebny był jakiś plan, lecz nie przychodziło jej do głowy nic innego, jak tylko próba odwołania się do sióstr, które próbowały wyplenić Czarne Ajah. Ale jak się z nimi skontaktować? Pozbawiona wymówki, jaką dawały jej lekcje, nie będzie miała okazji odwiedzać kwater innych Ajah i już nigdy nie uwolni się od swoich Czerwonych dozorczyń. Może wymknąć się na chwilę w trakcie pracy? Gdyby jej nieobecność została odkryta, zapewne tylko pogorszyłoby to jej sytuację.

Nie mogła dopuścić, żeby jej życie zdominowała ta podła praca! Wielkimi krokami nadchodziła Ostatnia Bitwa, Smok Odrodzony trząsł światem, a Zasiadająca na Tronie Amyrlin na kolanach i łokciach czyściła paleniska! Zgrzytnęła zębami i jeszcze energiczniej zaczęła szorować cegły. Zapieczona od dawien dawna sadza miejscami tworzyła na kamieniach szklistą skorupę. Nigdy nie uda jej się zedrzeć jej do końca. Wystarczy oczyścić cegły na tyle tylko, żeby fragmenty sadzy nie lądowały w jedzeniu.

W szkle nalotu zobaczyła czyjś cień poruszający się przy przeciwległym krańcu pieca. Natychmiast sięgnęła po Źródło… lecz, oczywiście, go nie znalazła. Widłokorzeń całkowicie już zamulił jej myśli. Nie miała jednak wątpliwości, że ktoś stoi przy wylocie paleniska, schyla się, porusza zręcznie…

Jedną ręką mocno ścisnęła skrobaczkę, drugą sięgnęła po szczotkę, którą zmiatała fragmenty popiołu na szufelkę. Odwróciła się gwałtownie.

Zaglądająca do otworu paleniska Laras zamarła. Mistrzyni Kuchni miała na sobie obszerny biały fartuch, też w paru miejscach poznaczony plamami sadzy. Na okrągłej, pulchnej twarzy swój ślad odcisnęła ciężka zima, włosy zaczynały siwieć, zmarszczki okalały oczy. Kiedy się tak nachylała, fałdy skóry układały się w drugi, trzeci i czwarty podbródek; grube palce ściskały krawędź otworu paleniska.

Egwene się uspokoiła. Dlaczego jej się przywidziało, że ktoś ją śledzi? To przecież tylko Laras sprawdzała postępy jej pracy. Jednak czemu tamta się tak skradała? Czemu teraz rozglądała się na boki przymrużonymi oczami? Jakby odpowiadając na niezadane pytania, Laras przyłożyła palec do ust. Egwene poczuła, jak znowu ogarnia ją napięcie. Co tu się działo?

Laras cofnęła się od paleniska i gestem przywołała Egwene do siebie. Mistrzyni Kuchni poruszała się cicho, zręczniej, niż Egwene byłaby skłonna przypuszczać. Z głębi kuchni dobiegało szczękanie naczyń, lecz żadnej z podkuchennych nie było widać. Egwene wyczołgała się z paleniska, wsadziła skrobaczkę za pasek i otarła dłonie o ubranie. Potem zdjęła chustkę osłaniającą usta, wciągając do płuc świeże, wolne od sadzy powietrze. To ściągnęło na nią ostre spojrzenie Laras, która znowu przyłożonym do ust palcem nakazała jej ciszę.

Egwene skinęła głową, a potem poszła śladem Laras przez kuchnię. Po paru chwilach dotarły do spiżarni, przesyconej woniami suchego ziarna i dojrzewających serów. Płytki posadzki zastępowała tutaj bardziej wytrzymała ceglana podłoga. Laras odsunęła na bok kilka worków, odsłaniając fragment podłogi. Umieszczono w nim drewnianą klapę zamaskowaną cienką warstwą fragmentów cegieł. Pod spiżarnią znajdowało się niewielkie pomieszczenie o ścianach z kamienia, na tyle duże, żeby zmieścił się w nim człowiek, choć na tyle niskie, żeby trzeba się było schylać.

– Zaczekasz tutaj do zmierzchu – oznajmiła Laras cichym głosem. – Teraz nie dam rady cię stąd wyprowadzić, ponieważ Wieża o tej porze przypomina kurnik, do którego wpadł lis. Późnym wieczorem wywozi się śmieci, schowasz się między dziewczynami, które się tym zajmują. Potem pewien doker zaprowadzi cię do łódki i przewiezie przez rzekę. Mam paru przyjaciół wśród gwardzistów, w odpowiednim momencie odwrócą oczy w drugą stronę. Od chwili gdy znajdziesz się na drugim brzegu, będziesz musiała polegać na sobie. Osobiście odradzam ci powrót do tych idiotek, które zmieniły cię w swoją marionetkę. Znajdź jakieś miejsce, w którym będziesz mogła się przyczaić, póki wszystko się nie skończy, a potem wróć tu i zorientuj się, czy nie przyjmą cię z powrotem. Sądząc po tym, ku czemu to wszystko zmierza, zapewne nie Elaida będzie o tym decydować…

Egwene zamrugała, zaskoczona.

– Dobrze – powiedziała otyła kobieta. – Właź do środka.

– Ja…

– Nie ma czasu na dyskusje! – ucięła Laras, jakby to nie ona przez cały czas mówiła. Była wyraźnie zdenerwowana; niespokojnie rozglądała się wokół i postukiwała stopą o cegły. Z drugiej strony widać było, że robi to nie po raz pierwszy. Skąd zwykła kucharka Białej Wieży czerpała konspiracyjne doświadczenie, jakim sposobem miała na podorędziu gotowy plan wydostania Egwene z ufortyfikowanego i obleganego miasta? A przede wszystkim, po co jej w kuchni taka poręczna kryjówka pod podłogą? Światłości! Jak ona ją zbudowała?

– O mnie się nie martw – zapewniła Laras, mierząc Egwene wzrokiem. – Dam sobie radę. Nie pozwolę się nikomu zbliżyć do miejsca, gdzie rzekomo pracujesz. Te Aes Sedai sprawdzają cię nie częściej niż co pół godziny… a ponieważ jedna z nich zajrzała do środka minutę temu, trochę czasu jeszcze minie. Kiedy przyjdą cię skontrolować, będę udawała całkowite zdumienie, więc wszyscy przyjmą, że jakimś sposobem wyślizgnęłaś się z kuchni. Wkrótce wydostaniemy cię z miasta i nikt nie będzie niczego wiedział.

– Tak – rzekła Egwene, w końcu odnajdując język w gębie. – Ale dlaczego? – Wcześniej założyła, że pomógłszy wcześniej Min i Siuan, Laras nie będzie miała ochoty na kolejne tego typu przedsięwzięcie.

Laras odpowiedziała jej spojrzeniem, w którym Egwene dostrzegła determinację równie silną co u jakiejkolwiek innej Aes Sedai. Z pewnością nie doceniała tej kobiety! Kim ona tak naprawdę była?

– Nie będę uczestniczyć w łamaniu ducha żadnej dziewczyny – wyjaśniła srogo Laras. – Te codzienne bicie to hańba! Durne Aes Sedai. Przez wszystkie te lata służyłam wiernie, nie inaczej, a one teraz mi mówią, że mam cię pędzić do roboty i pędzić, i nie przestawać, bez końca. Mam oczy i widzę, że dziewczyna nie bierze już żadnych lekcji, tylko bez przerwy ją biją. Nie zgadzam się na takie rzeczy w mojej kuchni. Niech Elaida sczeźnie w Światłości, jeśli myśli, że tak można! Niech cię skaże na śmierć, albo zamieni w nowicjuszkę, mnie to nie obchodzi. Ale łamanie ludzi jest niedopuszczalne!

Wyprostowała się, wzięła pod boki, od gwałtownego gestu z fartucha wzbił się w powietrze obłoczek mąki. Dziwne, lecz Egwene przyłapała się na tym, że rozważa złożoną propozycję. Wcześniej zaprotestowała, gdy Siuan chciała ją uwolnić, jednak gdyby teraz uciekła, wróciłaby do obozu buntowniczek jako ta, która sama się uwolniła. To wyglądałoby znacznie szlachetniej, niż gdyby uwolniła ją ekspedycja ratunkowa. I mogłaby uwolnić się od tego wszystkiego: od bicia, od znoju podłej pracy.