Выбрать главу

A jednak, gdy Egwene spojrzała na długi mahoniowy stół zastawiony śnieżnobiałą porcelaną Ludu Morza i migoczącymi czerwonymi świecami, zobaczyła też pięć par wpatrzonych w nią oczu. W oczach tych dostrzegła pytanie. Kiedy były same, odważnie wypowiadała się na różne tematy, lecz czy i teraz, w obliczu najpotężniejszej kobiety świata, gotowa będzie obstawać przy swoich przekonaniach? Czy zarzuci fałsz kobiecie, w której rękach spoczywa jej życie?

Wszystko sprowadzało się do jednego: czy Egwene jest prawdziwą Amyrlin? Czy tylko zwykłą dziewczyną, lubiącą stroić się w nie swoje piórka?

„Żebyś sczezła w Światłości, Elaido” – pomyślała, dostrzegłszy swoją pomyłkę. Zgrzytnęła zębami. Milczenie nie mogło zapewnić zwycięstwa, nie w tej sytuacji. Te kobiety nie zrozumieją. „Ale nie spodoba ci się, jak to się wszystko skończy”.

– Seanchanie nie są sprzymierzeńcami Randa – powiedziała. – Poza tym stanowią straszliwe niebezpieczeństwo dla Białej Wieży. Nigdy nie kłamałam. Żeby skłamać, musiałabym złamać Trzy Przysięgi.

– Nie składałaś Trzech Przysiąg – ostro zaprotestowała Elaida, odwracając się ku niej.

– Złożyłam je – oznajmiła Egwene. – Nie trzymałam wprawdzie Różdżki Przysiąg w dłoni, lecz to nie Różdżka sprawia, że moje słowa są prawdziwe. Wypowiedziałam słowa przysiąg w mym sercu i przez to są mi szczególnie drogie, ponieważ nic mnie nie zmusza, aby ich przestrzegać. I mocą tej przysięgi powiadam ci znów: jestem Śniącą i Śniłam o tym, jak Seanchanie atakowali Białą Wieżę.

W oczach Elaidy przez moment gorzał płomień, palce ściskające widelec aż pobielały. Egwene wytrzymała jej spojrzenie, a w końcu Elaida roześmiała się powtórnie.

– Ach, uparta jak zawsze. Muszę przyznać rację Katerine. Odpowiesz za swoje kłamliwe fantazje, dziecko.

– Znajdujące się tu kobiety wiedzą, że nie kłamię – spokojnie odparła Egwene. – A za każdym razem, kiedy mi kłamstwa zarzucasz, poniżasz się w ich oczach. Nawet jeśli nie chcesz uwierzyć w mój Sen, musisz przecież wiedzieć, jak poważne zagrożenie stanowią Seanchanie. Biorą na smycz kobiety, które potrafią przenosić, a przy użyciu jakiegoś wypaczonego ter’angreala zmuszają je do walki. Czułam ucisk tej obroży na własnym karku. Czasami wciąż go czuję. W snach. W koszmarach.

W komnacie zaległa martwa cisza.

– Naprawdę jesteś głupim dzieckiem – rzuciła Elaida, z pozoru beztrosko, dalej próbując udawać, że ma Egwene za nic. Ale powinna odwrócić się i spojrzeć w oczy zgromadzonych. Gdyby to zrobiła, zobaczyłaby prawdę. – Cóż, sama mnie do tego zmusiłaś. Uklękniesz teraz przede mną, dziecko, i będziesz błagać o wybaczenie. Tu, w tej chwili. W przeciwnym razie zamknę cię w ciemnicy. Tego właśnie chcesz? I nie wyobrażaj sobie, że tym samym unikniesz bicia. Wciąż będziesz odbierać swoje regularne, codzienne kary, po których będziesz wtrącana do lochu. A teraz klękaj i błagaj o wybaczenie.

Zasiadające Komnaty popatrywały po sobie. Nie było już odwrotu. Egwene żałowała, że do tego doszło. Ale tak się stało i to Elaida sprowokowała całą sytuację.

Nadszedł czas, aby zebrała, co zasiała.

– A jeżeli nie skłonię czoła przed tobą? – rzekła, spoglądając tamtej prosto w oczy. – Co wtedy?

– Uklękniesz przede mną, wcześniej czy później – warknęła Elaida, obejmując Źródło.

– Użyjesz przeciwko mnie Mocy? – spokojnie zapytała Egwene. – Nie znasz innych sposobów? Czy cały twój autorytet opiera się tylko na tym?

Elaida się zawahała.

– Mam prawo dyscyplinować te, które nie okazują mi stosownego szacunku.

– A więc chcesz mnie zmusić, żebym ci była posłuszna? – ciągnęła Egwene. – I w taki sam sposób chcesz potraktować wszystkie kobiety w Wieży, Elaido? Ajah sprzeciwiają się twojej władzy, to się je rozwiązuje. Ktoś gra ci na nerwach, to odbiera się mu prawo do bycia Aes Sedai. Zanim skończysz, będziesz musiała każdą siostrę z osobna zmusić do kłaniania się tobie.

– Nonsens!

– Czyżby? A podzieliłaś się z nimi pomysłem na nową przysięgę, którą każda z sióstr będzie musiała składać na Różdżkę Przysiąg? Przysięgę nakazującą im posłuszeństwo wobec Amyrlin i bezwarunkowe dla niej poparcie?

– Ja…

– Zaprzecz – mówiła Egwene. – Zaprzecz, że to powiedziałaś. Przysięgi ci pozwolą?

Elaida zamarła. Gdyby była Czarną, mogłaby zaprzeczyć, bez względu na Różdżkę Przysiąg. Tak czy inaczej, Meidani mogła zaświadczyć o prawdziwości słów Egwene.

– To było tylko takie puste gdybanie – oznajmiła Elaida. – Czyste spekulacje, myśli wypowiadane na głos.

– Tego rodzaju myśli często głoszą najszczerszą prawdę – zauważyła Egwene. – Wpakowałaś samego Smoka Odrodzonego do skrzyni, przed chwilą na oczach świadków zagroziłaś, że ze mną postąpisz podobnie. Ludzie nazywają go tyranem, ale tak naprawdę to ty niszczysz nasze prawa i rządzisz strachem.

Oczy Elaidy rozszerzyły się, jej gniew w widoczny sposób odbił się na twarzy. Poza tym wydawała się… wstrząśnięta do głębi. Jakby nie potrafiła pojąć, w jaki sposób od dyscyplinowania niesfornej nowicjuszki przeszła do debaty z równą sobie. Egwene dostrzegła, jak tamta ukradkiem splata nić Powietrza. Trzeba ją powstrzymać. Knebel utkany z Powietrza zdławi każdy sprzeciw.

– Śmiało – oznajmiła spokojnie. – Użyj Mocy dla uciszenia mnie. Lecz czy jako Amyrlin nie powinnaś być w stanie słowami wymusić posłuszeństwa na adwersarzu, zamiast uciekać się do nagiej siły?

Kątem oka Egwene dostrzegła, jak maleńka Yukiri z Szarych kiwa głową na zgodę.

W oczach Elaidy gorzał czysty płomień, lecz wypuściła strumień Powietrza.

– Nie muszę odpowiadać zwykłej nowicjuszce – warknęła. – Amyrlin nie tłumaczy się przed takimi jak ty.

– „Amyrlin rozumie najbardziej skomplikowane credo i debaty” – zacytowała Egwene z pamięci. – „Jednak w ostatecznym rozrachunku jest służką wszystkich, nawet najskromniejszych robotników”. – Były to słowa Balladare Arandaille, pierwszej Amyrlin wyniesionej spośród Brązowych Ajah. Słowa te pojawiły się w jej ostatnim piśmie, sporządzonym tuż przed śmiercią i stanowiącym polityczny testament oraz wykładnię działań, jakie podejmowała w trakcie Wojen Kavartheńskich. Arandaille była przekonana, że po zażegnaniu kryzysu, moralnym obowiązkiem Amyrlin jest wyjaśnienie prostym ludziom jego podłoża i przebiegu.

Siedząca obok Elaidy Shevana z aprobatą kiwała głową. Cytat nie należał do szczególnie znanych, Egwene w myślach podziękowała Siuan za wykłady z historii doktryn politycznych Wieży. Na większość tego, czego się nauczyła, składała się treść tajnych historii, niemniej zdarzały się wśród tego samorodki mądrości kobiet takich jak Balladare.

– Co ty za nonsensy wygadujesz? – wręcz wypluła z siebie Elaida.

– Co zamierzałaś zrobić z Randem al’Thorem po jego pojmaniu? – zapytała Egwene, ignorując pytanie.

– Nie…

– Nie mnie odpowiadasz na pytanie – ucięła Egwene, kiwając głową w stronę zgromadzonych kobiet – lecz im. Czy wyjaśniłaś im swoje zamierzenia, Elaido? Jakie są twoje plany? A może znowu nie odpowiesz na pytanie, jak nie odpowiedziałaś na żadne z poprzednich?

Twarz Elaidy powoli oblekał szkarłat, z widocznym wysiłkiem jakoś jednak zdołała się opanować.

– Miałam zamiar trzymać go w bezpiecznym miejscu, oddzielonego tarczą od Źródła, tu w Wieży, póki nie nadejdzie dzień Ostatniej Bitwy, i dopiero wtedy uwolnić. To powstrzymałoby go przed sianiem chaosu i sprowadzaniem cierpień na rozliczne narody. Cel był wart ryzyka zepsucia stosunków z nim.