– „Jak pług rozcina ziemię, tak on rozedrze ludzkie żywoty, a wszystko, co dotąd istniało, pożre ogień jego oczu” – zacytowała znów Egwene. – „Przy każdym jego kroku grzmieć będą trąby bitewne, jego głosem posilać się będą kruki, na głowie zaś nosić będzie koronę mieczy”.
Elaida zmarszczyła czoło, wyraźnie wstrząśnięta.
– Cykl Karaethoński, Elaido – wyjaśniła Egwene. – Czy kiedy wtrąciłaś Randa do skrzyni, w której miał być „bezpieczny”, Illian było już w jego rękach? Czy nosił na głowie coś, co sam nazwać miał później Koroną Mieczy?
– Cóż, oczywiście, że nie.
– Więc jak twoim zdaniem miał wypełnić proroctwa, pozostając zamknięty w Białej Wieży? – dopytywała się Egwene. – Jak miał wywołać wojnę, którą zgodnie z proroctwami wywołać musiał? Jak miał złamać narody i związać je ze sobą? Jak miał „rzezać swój lud mieczem pokoju”? Jak miał „związać dziewięć księżyców, żeby mu służyły”, siedząc w ciemnicy? Czy proroctwa głoszą, że zostanie „uwolniony”? Czyż nie mówią o „chaosie, który idzie w ślad za nim”? Jak cokolwiek może iść w ślad za kimś, kto trzymany jest w łańcuchach?
– Ja…
– Twoja logika jest doprawdy zdumiewająca, Elaido – chłodno zauważyła Egwene. W tym momencie Ferane uśmiechnęła się ledwie dostrzegalnie. Prawdopodobnie znowu pomyślała, że Egwene świetnie pasowałaby do Białych Ajah.
– Zadajesz bezsensowne pytania – próbowała się bronić Elaida. – Proroctwa muszą się spełnić. Nie ma innego wyjścia.
– A więc właśnie przyznałaś, że twój zamiar porwania go był z góry skazany na niepowodzenie.
– Nie, wcale nie – protestowała Elaida, a jej twarz znów nabiegła krwią. – Nie mamy o czym rozmawiać… To nie ty podejmujesz decyzje w tych sprawach. Powinnyśmy rozmawiać o twoich buntowniczkach i o tym, co one uczyniły Białej Wieży!
Niezły manewr w sporze, próba zepchnięcia Egwene do obrony. Elaida nie była tak całkiem niekompetentna. Sama sobie krzyżowała szyki rozbuchaną arogancją.
– Moim zdaniem to one właśnie próbują zaleczyć rozdarcie, jakie się pojawiło między nami – spokojnie stwierdziła Egwene.
– Co się stało, to się nie odstanie. Nie odwrócimy tego, co zrobiłaś Siuan, choć moje towarzyszki opracowały metodę Uzdrawiania ujarzmienia. Możemy tylko patrzeć w przód i starać się na wszelkie sposoby wygładzić blizny, jakie zostały po ranach. A ty co robisz, Elaido? Intrygujesz przeciwko negocjacjom, próbujesz zastraszyć Komnatę, żeby się z nich wycofała? Obrażasz wszystkie Ajah, które nie są twoimi własnymi?
Doesine z Żółtych mruknęła, wyraźnie zgadzając się ze słowami Egwene. Elaida spojrzała na nią i na moment zamilkła, chyba zdając sobie sprawę, że straciła panowanie nad kierunkiem, w którym ta dyskusja zmierzała.
– Dość tego.
– Tchórz – rzuciła Egwene.
Oczy Elaidy otworzyły się jak szeroko.
– Jak śmiesz!
– Śmiem mówić prawdę, Elaido – cicho oznajmiła Egwene. – Jesteś tchórzem i tyranem. Nazwałabym cię również Sprzymierzeńcem Ciemności, gdybym nie podejrzewała, że Czarny byłby zapewne zawstydzony posiadaniem takiej sojuszniczki jak ty.
Elaida wrzasnęła przeszywająco, splotła bicz Mocy i cisnęła Egwene o ścianę, wytrącając jej z ręki dzban z winem. Dzban roztrzaskał się na nieprzykrytym dywanem fragmencie drewnianego parkietu, oblewając fontanną krwawego płynu stół i siedzące przy nim kobiety. Na śnieżnobiałym obrusie pojawiła się czerwona plama.
– Ty śmiesz mnie nazywać Sprzymierzeńcem Ciemności? – Krzyczała Elaida. – Ty jesteś Sprzymierzeńcem Ciemności! Ty i twoje buntowniczki za miastem, które próbują odwrócić moją uwagę od tego, co należy zrobić!
Cios utkanego Powietrza cisnął powtórnie Egwene o ścianę, po chwili osunęła się na podłogę, rozcinając ręce o fragmenty stłuczonego dzbanka. Posypały się kolejne razy, zdzierając z niej suknię. Krew, która sączyła się z głębokich rozcięć na rękach, trysnęła w górę, plamiąc ścianę; a Elaida wciąż ją biła.
– Elaido, natychmiast przestań! – powiedziała Rubinde, wstając wśród szelestu sukien. – Oszalałaś?
Elaida odwróciła się do niej, ciężko dysząc.
– Nie prowokuj mnie, Zielona!
Na Egwene wciąż sypały się kolejne ciosy. Znosiła je w milczeniu. Z wysiłkiem spróbowała się podnieść. Już czuła, jak puchną jej ramiona i twarz. Ale zdołała spojrzeć Elaidzie prosto w oczy.
– Elaido! – Krzyknęła Ferane, również wstając. – Gwałcisz prawo Wieży! Nie wolno ci używać Mocy do karania inicjowanej!
– Ja jestem prawem Wieży! – szalała Elaida. Po kolei wskazywała palcem siostry. – Szydzicie ze mnie. Wiem wszystko. Za moimi plecami. Okazujecie mi szacunek, ale wiem, co mówicie, kiedy nie patrzę, co szepczecie. Wy niewdzięczne idiotki! Po wszystkim, co dla was zrobiłam! Czy myślicie, że wiecznie będę was znosić? Niech ona posłuży wam za przykład.
Odwróciła się gwałtownie, wskazała palcem na Egwene, a potem aż się zachwiała, zobaczywszy, że ta stoi spokojnie i patrzy jej w oczy. Westchnęła cicho i uniosła dłoń do piersi. Wszystkie widziały aktywne sploty i wszystkie widziały, że Egwene nie krzyczy, choć jej ust nie zamykał knebel Powietrza. Po jej rękach spływała krew, jej ciało znosiło kolejne baty, a jednak nie wystarczyło tego, żeby wydusić z niej krzyk. Stała i w milczeniu dziękowała Mądrym Aielów za ich wiedzę o bólu.
– I czegóż to – zapytała Egwene tonem pozbawionym wyrazu – mam być przykładem, Elaido?
Cięgi nabrały siły. Ach, jak strasznie bolało! W kącikach oczu Egwene zbierały się łzy, ale ten ból był niczym w porównaniu z tamtym gorszym bólem. Znacznie gorszym. Bólem, który czuła na myśl o tym, co Elaida zrobiła ze wspólnotą kobiet, którą tak ukochała. Prawdziwy ból płynął nie z ran, tylko z widowiska, jakie Elaida robiła z siebie przed Komnatą.
– Na Światłość – szepnęła Rubinde.
– Wolałabym, aby moja obecność tutaj nie okazała się konieczna – cicho oznajmiła Egwene. – Wolałabym, aby Wieża miała w tobie wielką Amyrlin. Żałuję, że nie mogę ustąpić i uznać twojej władzy. Żałuję, że w pełni sobie na to zasłużyłaś. Chętnie zaakceptowałabym wyrok śmierci, gdyby to oznaczało, że zostawiam za sobą odpowiedzialną Amyrlin. Biała Wieża jest ważniejsza ode mnie. Czy możesz powiedzieć to samo?
– Chcesz zostać stracona! – krzyknęła Elaida, odzyskując panowanie nad językiem. – Niedoczekanie twoje! Śmierć to dla ciebie zbyt łaskawy los, Sprzymierzeńcu Ciemności! Będę się przyglądać, jak cię biją… wszystkie będą się przyglądać, jak cię biją… póki z tobą nie skończę. Dopiero wtedy umrzesz! – Odwróciła się do służby, która stała jak wmurowana, uciekając spojrzeniami na boki. – Poślijcie po żołnierzy! Chcę, żeby tę kobietę wtrącono do najgłębszego lochu, jaki istnieje w Wieży! Niech rozgłoszą po mieście, że Egwene al’Vere jest Sprzymierzeńcem Ciemności, który odrzucił łaskę Amyrlin!
Służące pobiegły zrobić, co kazała. Ciało Egwene wciąż musiało znosić ciosy Powietrza, ale ona sama przestała już cokolwiek czuć. Przymknęła powieki, poddając się ogarniającej ją słabości – straciła dużo krwi z głębokiego rozcięcia na lewym ramieniu, najpoważniejszego obrażenia, jakie jej zadano.
Tak jak się wcześniej obawiała, wszystko się dzisiaj rozstrzygnęło. Kości zostały rzucone.
Ale nie bała się o swoje życie. Zamiast tego przepełniała ją obawa o Białą Wieżę. Kiedy zakręciło jej się w głowie i musiała się oprzeć o ścianę, miała w sobie tylko smutek.
Jej bitwa w Wieży dobiegła końca – tak czy inaczej.
17.