Выбрать главу

Kwestia panowania.

– Zlituj się nad sobą – wewnątrz pomieszczenia rozległ się głos Sarene. – Mamy pewne wpływy u Zasiadającej na Tronie Amyrlin. Jeżeli chodzi o twoje kary, może uda nam się ją nakłonić, żeby je złagodziła, pod warunkiem że będziesz współpracować.

Pogardliwe parsknięcie Semirhage było znakomicie słyszalne na korytarzu, gdzie Cadsuane przysłuchiwała się przebiegowi przesłuchania, siedząc na wygodnym krześle z drewnianych bali. Upiła z filiżanki łyk naparu ze słodyczki. Ściany korytarza wykonane były z surowego drewna, podłogę przykrywał długi kasztanowo-biały chodnik, pod stożkami kloszy na ścianach migotały płomienie.

W korytarzu towarzyszyło jej kilka kobiet – Daigian, Erian, Elza – na które teraz przypadł obowiązek utrzymywania tarczy oddzielającej Semirhage od Źródła. Wyjąwszy samą Cadsuane wszystkie Aes Sedai w obozie musiały poświęcać część swego czasu na te obowiązki. Powierzenie tego zadania Aes Sedai o niższej pozycji było zbyt ryzykowne, mogły one bowiem opaść z sił. Tarcza musiała cały czas być mocna. Światłość jedna wiedziała, co by się stało, gdyby Semirhage się uwolniła.

Cadsuane znowu upiła łyk herbaty ze słodyczki. Siedziała tyłem do ściany. Al’Thor nalegał, aby i „jego” Aes Sedai mogły prowadzić przesłuchania, a nie tylko te, które wydelegowała do tego celu Cadsuane. Nie miała pojęcia, czy była to z jego strony próba narzucenia swojego autorytetu, czy też naprawdę sądził, że może im się udać tam, gdzie ona – jak dotąd – zawodziła.

Dziś przypadła właśnie kolej Sarene. Biała Tarabonianka była osobą nadzwyczaj skrupulatną, na dodatek całkowicie nieświadomą faktu, iż jest jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie od wielu lat zdobyły w Wieży szal. Jej nonszalancja nie była niczym zaskakującym, jako że należała do Białych Ajah, które tak jak Brązowe potrafiły zapomnieć o całym świecie. Sarene nie wiedziała, że Cadsuane siedzi w korytarzu i dzięki drobnemu splotowi Ducha przysłuchuje się przesłuchaniu. Sztuczka była nadzwyczaj prosta, popularna wśród nowicjuszek. Dzięki połączeniu jej z niedawno poznaną umiejętnością podwiązanych splotów Cadsuane mogła podsłuchiwać każdego i nikt o tym nie wiedział.

Oczywiście znajdujące się razem z nią w korytarzu Aes Sedai widziały, jak splatała strumienie, jednak żadna tego nie skomentowała. I choć dwie z nich – Elza i Erian – były w składzie tej nieszczęsnej grupy, która złożyła chłopakowi przysięgę lenną, w jej obecności zachowywały się nadzwyczaj ostrożnie; doskonale wiedziały, co sobie o nich myśli. Idiotki. Czasami wydawało jej się, że połowa jej sojuszników nie zajmuje się niczym innym, jak utrudnianiem jej życia.

W pokoju Sarene kontynuowała swoje przesłuchanie. Większość Aes Sedai przebywających we dworze miała już takie doświadczenia za sobą. Brązowe, Zielone, Białe i Żółte – wszystkie zawiodły. Sama Cadsuane jeszcze nie odezwała się do Przeklętej ani słowem. Aes Sedai uważały ją za postać niemal legendarną i tę reputację musiała pielęgnować. Czasami przez kilka dziesięcioleci nie pojawiała się w Białej Wieży, co podsycało plotki o jej śmierci. A kiedy już się zjawiała, zawsze towarzyszyło temu wielkie poruszenie. Zajmowała się ściganiem fałszywych Smoków, po pierwsze dlatego, że było to konieczne, a po drugie, ponieważ te potyczki jeszcze umacniały jej autorytet wśród Aes Sedai.

Cała jej praca podporządkowana była dziełu tych ostatnich dni. Prędzej oślepnie w Światłości, niż pozwoli temu al’Thorowi wszystko zrujnować!

Podniosła filiżankę do ust, żeby w ten sposób ukryć grymas narastającego gniewu. Powoli traciła panowanie nad sytuacją. Kiedyś tak dramatyczne wydarzenia, jak konflikty wewnątrz Białej Wieży, spotkałyby się z jej natychmiastową reakcją. Teraz nie znajdowała nawet chwili czasu, żeby się zastanowić nad rozwiązaniem problemu. Rozplatała się sama osnowa Stworzenia, a jedyną bitwą, jaką ona toczyła w obliczu tej katastrofy, były zmagania z al’Thorem, których stawkę stanowił on sam.

Tak strasznie opierał się wszelkim próbom wsparcia go. Krok za krokiem zmieniał się w mężczyznę o sercu z kamienia, człowieka o sztywnym karku, niezdolnego przystosować się do nowych okoliczności. Posąg bez uczuć nie może stawić czoła Czarnemu.

Przeklęty chłopak! I do tego dochodziła jeszcze Semirhage, która opierała się równie zawzięcie. Cadsuane korciło, żeby wejść do pokoju i stanąć z nią twarzą w twarz. Cóż z tego, skoro Merise zadała już wszystkie pytania, jakie ona chciała postawić i nic jej z tego nie przyszło. Jak długo przetrwałby nieskalany wizerunek Cadsuane, gdyby okazało się, że jest równie bezsilna co pozostałe?

Sarene podjęła przesłuchanie:

– Nie powinnaś traktować w ten sposób Aes Sedai – powiedziała spokojnym głosem.

– Aes Sedai? – powtórzyła Semirhage, chichocząc. – Czy nie macie wstydu, żeby podszywać się pod ten tytuł? Szczenięta udające wilki!

– Być może nie wiemy wszystkiego, przyznaję, lecz…

– Nic nie wiecie – weszła jej w słowo Semirhage. – Jesteście dziećmi grzebiącymi w kufrze z zabawkami rodziców.

Cadsuane postukała w filiżankę paznokciem palca wskazującego. Po raz kolejny uderzyły ją podobieństwa między nią a Semirhage – i po raz kolejny, uświadomiwszy je sobie, przeszedł ją dreszcz.

Kątem oka dostrzegła wchodzącą po schodach smukłą kobietę niosącą talerz z fasolą i gotowanymi na parze rzodkiewkami – obiad dla Semirhage. Już tak późno? Od trzech godzin Sarene przesłuchiwała Przeklętą, która przez cały ten czas zręcznie unikała odpowiedzi. Służąca podeszła do drzwi i spojrzała na Cadsuane, a ta dała jej gestem znak, że może wejść.

Moment później taca z brzękiem wylądowała na podłodze. Na ten dźwięk Cadsuane poderwała się, objęła saidara i ruszyła w kierunku pokoju. Zanim dotarta do drzwi, zawahała się, słysząc głos Semirhage.

– Nie będę tego jeść – oznajmiła Przeklęta jak zwykle opanowanym głosem. – Zmęczyły mnie już te wasze pomyje. Natychmiast przynieście mi coś jadalnego.

– A jeśli ci przyniesiemy – odezwała się Sarene, najwyraźniej gotowa skorzystać z każdej szansy – czy wówczas odpowiesz na nasze pytania?

– Być może – odrzekła Semirhage. – Jeżeli będę miała akurat taki kaprys.

Po jej słowach zaparta cisza. Cadsuane popatrzyła na kobiety w korytarzu, które awantura też poderwała na równe nogi, choć przecież nie mogły usłyszeć, o co poszło. Gestem kazała im usiąść.

– Idź i przynieś coś innego – zwróciła się Sarene do znajdującej z nią w pokoju służącej. – I przyślij kogoś, żeby to posprzątał. – Drzwi się otworzyły, a potem szybko zamknęły i służąca pospieszyła na dół.

Sarene zabrała się do pracy:

– Od twojej odpowiedzi na następne pytanie będzie zależało, czy dostaniesz coś do zjedzenia, czy nie. – Mimo iż Biała siostra mówiła głosem opanowanym jak zawsze, Cadsuane potrafiła wyczuć pewien pośpiech, z jakim dobierała słowa. Najwyraźniej awantura z tacą wytrąciła ją z równowagi. Koło Przeklętej wszystkie chodziły na paluszkach. Nie okazywały jej szacunku, niemniej faktycznie traktowały Semirhage z więcej niż odrobiną respektu. Czy mogło być inaczej? Była przecież legendą. Nie można było stanąć w obliczu kobiety takiej jak ona – jednej z najbardziej złowrogich istot w dziejach – i nie poczuć onieśmielenia.

Onieśmielenie…

– Na tym polega nasz błąd – szepnęła Cadsuane. Zamrugała, a potem odwróciła się i weszła do pokoju.

Semirhage stała pośrodku niewielkiego pomieszczenia. Była skrępowana Powietrzem, z pewnością więzy nałożono jej zaraz po tym, jak wytrąciła służącej tacę. Brązowy plater leżał na podłodze, sok z fasoli wsiąkał w stare deski. Pokój nie miał okna, kiedyś był tu magazyn, potem zamieniony w prowizoryczną „celę” Przeklętej. Sarene – z ciemnymi włosami zaplecionymi w liczne warkoczyki z paciorkami na końcach i twarzą zastygłą w zdumieniu spowodowanym nagłym wtargnięciem Cadsuane – siedziała na krześle przed Semirhage. Jej Strażnik, Vitalien, mężczyzna o szerokich ramionach i bladej niczym popiół twarzy, stał w rogu.