Głowa Przeklętej nie była skrępowana, mogła więc swobodnie spojrzeć na nowo przybyłą.
Cadsuane powzięła już decyzję – stawi czoła tej kobiecie, w tej chwili. Na szczęście to, co zaplanowała, nie wymagało żadnej subtelności. Wszystko sprowadzało się do jednego pytania: jak Cadsuane złamałaby samą siebie? Kiedy już na to wpadła, odpowiedź wydawała się oczywista.
– Ach – powiedziała pewnym siebie głosem. – Widzę, że dziecko nie chciało jeść obiadu. Sarene, rozpuść sploty.
Semirhage uniosła brew i już otworzyła usta, żeby zadrwić, lecz gdy tylko Sarene uwolniła ją ze splotów Powietrza, Cadsuane schwyciła Przeklętą za włosy i wprawnym kopniakiem zbiła ją z nóg, rzucając na podłogę.
Mogła się posłużyć Mocą, lecz jakoś właściwsze wydawało jej się wykorzystanie siły fizycznej. Wprawdzie trzymała na podorędziu kilka splotów, ale nie przypuszczała, aby musiała ich użyć. Semirhage choć wysoka, była szczupłej budowy, natomiast Cadsuane była raczej krępa. Poza tym Przeklęta wydawała się zupełnie oszołomiona sposobem, w jaki została potraktowana.
Cadsuane wbiła kolano w jej plecy i przycisnęła do podłogi, wciskając jej twarz w rozrzucone jedzenie.
– Jedz – powiedziała. – Nie lubię, gdy marnuje się jedzenie, dziecko, zwłaszcza że czasy są trudne.
Semirhage splunęła i wymamrotała pod nosem kilka zdań, których Cadsuane nie zrozumiała, przypuszczała jednak, że to przekleństwa o znaczeniu zatartym przez czas. W końcu Przeklęta zamilkła i znieruchomiała. Nie walczyła. Cadsuane zachowałaby się w ten sam sposób, ponieważ szarpanina tylko obrażałaby jej godność. Przewaga, jaką Semirhage miała nad tymi, które miały ją w swej mocy, wyrastała ze strachu i respektu, z jakimi traktowały ją Aes Sedai. Należało to zmienić.
– Podsuń mi swoje krzesło – rzekła do Sarene.
Biała siostra stała bez ruchu, wstrząśnięta do głębi. Wcześniej wypróbowały wszystkie środki nacisku, na jakie zezwalały obostrzenia al’Thora, lecz każdy z nich zdradzał mimowolnie szacunek dla więźniarki. Traktowały Semirhage jak niebezpieczną siłę i godną przeciwniczkę. A to tylko głaskało jej ego.
– Będziesz jadła? – zapytała Cadsuane.
– Zabiję cię – spokojnie odrzekła Semirhage. – W pierwszej kolejności, przed wszystkimi innymi. Pozwolę im słuchać twoich krzyków.
– Oczywiście – odpowiedziała Cadsuane. – Sarene, każ trzem znajdującym się w korytarzu siostrom wejść do środka. – Urwała, namyślając się. – Widziałam też służące sprzątające pomieszczenia po drugiej stronie korytarza. Też je do mnie przyślij.
Sarene pokiwała głową, wybiegła z pokoju. Cadsuane usiadła w krześle, splotła strumienie Powietrza i podniosła Semirhage. Do pokoju zajrzały Elza i Erian, na ich twarzach zastygł wyraz zaciekawienia. Po chwili weszły do środka, a za nimi Sarene. Kilka chwil później Daigian wprowadziła pięcioro służby: trzy kobiety Domani w fartuchach, jednego wychudzonego mężczyznę o palcach pobrudzonych od bejcowania drewna i młodziutkiego posługacza.
Świetnie.
Kiedy wszyscy się zgromadzili, Cadsuane za pomocą splotów Powietrza przełożyła sobie Semirhage przez kolano. A potem Przeklęta dostała lanie.
Z początku jeszcze jakoś się trzymała. Potem zaczęła przeklinać. Wreszcie przeszła do wypluwanych razem ze śliną gróźb. Cadsuane kontynuowała lanie, powoli zaczynała ją boleć ręka. Groźby Semirhage przeszły w skowyty wściekłości i bólu. W samym środku tego widowiska pojawiła się służąca z tacą, tylko pomnażając wstyd Semirhage. Aes Sedai przyglądały się temu wszystkiemu z rozdziawionymi ustami.
– W porządku – oznajmiła po kilku chwilach Cadsuane w przerwie pomiędzy skowytami bólu Semirhage. – Będziesz jadła?
– Znajdę wszystkich, których kochasz – powiedziała Przeklęta przez łzy – będą nawzajem jedli własne mięso, a ty będziesz się przyglądać. Ja…
Cadsuane skarciła ją syknięciem i przystąpiła z powrotem do bicia. Gromadka widzów przyglądała się w pełnej skupienia ciszy. Z oczy Semirhage płynęły łzy – nie bólu, lecz upokorzenia. To był klucz. Semirhage nie można było pokonać bólem ani perswazją – lecz tylko niszcząc wizerunek jej samej we własnych oczach; każdy uszczerbek na tym wizerunku był dla niej czymś znacznie gorszym niż dowolna kara cielesna. Tak samo byłoby w przypadku Cadsuane.
Po kilku chwilach Cadsuane znowu przestała ją bić i uwolniła przytrzymujące sploty.
– Będziesz jadła?
– Ja…
Cadsuane uniosła rękę, a wtedy Semirhage stoczyła się z jej kolan, na czworakach popełzła po podłodze do miejsca, gdzie leżała rozrzucona fasola i zaczęła jeść.
– Jest tylko człowiekiem – wyjaśniła Cadsuane, popatrując po zgromadzonych. – Zwykłym człowiekiem, jak my wszyscy. Ma swoje tajemnice, ale każdy mały chłopiec może mieć tajemnice, którymi nie będzie się chciał podzielić. Nie zapominajcie o tym.
Wstała i podeszła do drzwi. Przystanęła jeszcze na moment obok Sarene, która z fascynacją przyglądała się, jak Przeklęta je fasolę z podłogi.
– Pewnie lepiej byłoby, gdybyś nosiła ze sobą szczotkę do włosów – powiedziała. – Od tego przeczesywania ich palcami, zmęczą ci się ręce.
Sarene się uśmiechnęła.
– Tak, Cadsuane Sedai.
„Dobrze” – pomyślała Cadsuane, wychodząc z pokoju. „A teraz: co zrobić z al’Thorem?”.
– Mój panie – powiedział Grady, drapiąc się po pomarszczonej twarzy – nie wydaje mi się, abyś rozumiał.
– Wobec tego wyjaśnij mi – odparł Perrin.
Stał na wzgórzu, obejmując wzrokiem ogromne zbiorowisko uchodźców i żołnierzy. Obozowisko, na które składały się namioty we wszystkich możliwych kształtach – zwykłe, szpiczaste namioty Aielów z brązowego płótna, barwne konstrukcje cairhieniańskie, typowe namioty o dwu wierzchotkach – niedawno wyrosłe u jego stóp.
Tak jak miał nadzieję, Aielowie Shaido ich nie ścigali. Pozwolili armii Perrina wycofać się, choć zwiadowcy donosili, że po ich odejściu wysłali patrole do miasta. Tak czy siak, dawało to Perrinowi tak pożądany przezeń czas. Czas na odpoczynek, czas na to, żeby się oddalić, czas, który – jak liczył – wystarczy, by otworzyć Bramy i przetransportować przez nie większość uchodźców.
Światłości, ależ ich było wielu! Nieprzebrane rzesze ludzi, koszmar organizacyjny dla każdego zarządcy. Ostatnich kilka dni spędził na wysłuchiwaniu niekończących się skarg, protestów i petycji, wśród lawiny papierów. Jakim sposobem Balwer potrafił wyprodukować tyle dokumentów? Niemniej ich obecność wyraźnie cieszyła tych, którzy ubiegali się o spotkanie z Perrinem. Zapisane na papierze wyroki i rozstrzygnięcia sporów wydawały im się znacznie bardziej oficjalne. Balwer twierdził, że Perrinowi potrzebna jest pieczęć.
Praca z ludźmi nie zostawiała Perrinowi czasu na rozmyślanie, co nawet mu odpowiadało. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że już wkrótce nie da rady odsuwać prawdziwych problemów w nieokreśloną przyszłość. Wyczuwał, że Rand potrzebuje jego obecności na północy. Czas pomaszerować na pole Ostatniej Bitwy. Nic innego nie miało znaczenia.
Niemniej ta jego cecha charakteru, która kazała mu się obsesyjnie skupiać na pojedynczym zadaniu – i nie zwracać uwagi na nic innego – przysporzyła mu już dość kłopotów w trakcie poszukiwań Faile. Należało czymś ją zrównoważyć. Przede wszystkim musiał postanowić, czy naprawdę chce przewodzić tym wszystkim ludziom. Musiał nawiązać porozumienie z wilkiem, który w nim mieszkał, dzikim stworem wyjącym z rozkoszy przed bitwą.