Выбрать главу

Zanim jednak podejmie jakiekolwiek działania, musi zadbać o powrót uchodźców do domów. A to stanowiło problem.

– Miałeś już dość czasu na odpoczynek, Grady – oznajmił.

– Zmęczenie to tylko część zmartwienia, mój panie – tłumaczył Grady. – Choć szczerze mówiąc, wciąż czuję się tak, jakbym mógł przespać cały tydzień.

Naprawdę wyglądał na zmęczonego. Grady był silnym mężczyzną o twarzy i temperamencie chłopa. Perrinowi wydawał się znacznie bardziej godny zaufania niż większość lordów, jakich zdarzyło mu się poznać. Ale ile można było od niego wymagać? Co się działo z mężczyzną, który zbyt często przenosił Moc? Grady miał worki pod oczyma i twarz wyraźnie bladą mimo smagłej cery. Choć wciąż młody, zaczynał już siwieć.

„Światłości, zanadto wykorzystuję tego człowieka” – pomyślał Perrin. „Jego i Nealda”. To był kolejny efekt prostolinijności Perrina, z którego ten powoli zaczynał zdawać sobie sprawę. Krzywda, jaką wyrządził Aramowi, to, że pozostawiał ludzi wokół bez przywódcy… „Muszę to naprawić. Muszę znaleźć sposób na poradzenie sobie z tym wszystkim”.

Jeżeli mu się nie uda, może nawet nie dotrze na pole Ostatniej Bitwy.

– Chodzi o to, mój panie… – Grady znowu potarł szczękę, rozglądając się po obozie. Rozmaite narodowości i kontyngenty: Mayenianie, gwardziści Alliandre, ludzie z Dwu Rzek, Aielowie, uchodźcy z różnych miast, obozowały oddzielnie, każdy w swoim kręgu namiotów. – Mamy tu jakieś sto tysięcy ludzi, którym musimy zapewnić powrót do domów. Przynajmniej tym z nich, którzy zechcą wrócić. Wielu twierdzi, że u ciebie czują się bezpieczniej.

– Wolałbym, żeby tak nie myśleli – przerwał Perrin. – Powinni być ze swoimi rodzinami.

– A jeżeli te rodziny mieszkają na terenach zajętych przez Seanchan? – Grady wzruszył ramionami. – Przed przybyciem najeźdźców wielu chętnie by wróciło. Ale teraz… Cóż, wciąż słyszy się gadanie, żeby zostać tam, gdzie jest bezpiecznie i jest jedzenie.

– Mimo to dalej możemy odesłać tych, którzy zechcą odejść – powiedział Perrin. – Bez nich łatwiej będzie Podróżować.

Grady pokręcił głową.

– I o to właśnie chodzi, mój panie. Twój człowiek, Balwer, pokazał nam obliczenia. Jestem w stanie stworzyć Bramę dostatecznie dużą, żeby zmieścili się w niej dwaj mężczyźni naraz. Jeżeli przyjmiemy, że przejście zajmie im sekundę… Cóż, miną godziny, wiele godzin, zanim ostatni znajdzie się po drugiej stronie. Nie znam dokładnej liczby, ale Balwer mówił, że to robota na wiele dni. I twierdził przy tym, że jego szacunki są prawdopodobnie zbyt optymistyczne. Mój panie, jestem teraz tak zmęczony, że ledwo potrafię utrzymać Bramę przez godzinę.

Perrin zgrzytnął zębami. Będzie musiał porozmawiać z Balwerem, lecz już miał nieprzyjemne wrażenie, że tamten może mieć rację.

– Wobec tego maszerujemy dalej – zdecydował Perrin. – Na północ. A każdego dnia ty i Neald będziecie otwierać Bramy i odsyłać część ludzi do domów.

Grady pokiwał głową, z jego oczu wyzierało wyczerpanie. Być może lepiej będzie zaczekać jeszcze kilka dni i dopiero potem zapędzić Asha’manów do pracy. Perrin ukłonem odesłał Grady’ego, który truchtem wrócił do obozu. Został sam na wzgórzu, spoglądając na obóz, gdzie już czyniono pierwsze przygotowania do wieczornego posiłku. Pośrodku stały wozy wyładowane jedzeniem, które, jak się obawiał, skończy się, nim dotrą do Andoru. A może powinien skręcić ku Cairhien? Tam właśnie ostatni raz widział się z Randem, choć z ostatnich wizji wynikało, że przebywał zupełnie gdzie indziej. Wątpił, aby królowa Andoru powitała go z otwartymi ramionami, gdyż z pewnością plotki o nim i tym przeklętym sztandarze Czerwonego Orła go poprzedzą.

Postanowił na chwilę odsunąć od siebie ten problem. Obóz sprawiał przyzwoite wrażenie. Każdy krąg namiotów wysłał przedstawiciela do centralnego składu z jedzeniem, skąd miał pobrać cowieczorne racje. Każda grupa sama przygotowywała posiłki, Perrin nadzorował wyłącznie dystrybucję. Powołał w tym celu kwatermistrza – Cairhienianina imieniem Bavin Rockshaw – który z tyłu wozu obsługiwał po kolei każdego z przedstawicieli.

Zadowolony z tego, co zobaczył, Perrin zszedł na dół. Po drodze do własnego namiotu musiał minąć cairhieniańskie namioty, które zajmowali jego rodacy z Dwu Rzek.

Od jakiegoś czasu traktował swoje wyczulone zmysły jak coś normalnego. Choć pamiętał, jak zmianom słuchu, wzroku i węchu towarzyszyło też żółknięcie oczu. Większość ludzi przestała zwracać na to uwagę, lecz gdy tylko spotykał kogoś po raz pierwszy, wszystko zaczynało się od początku. Także teraz wielu spośród cairhieniańskich uchodźców przerywało pracę i patrzyło w ślad za nim, szepcząc:

„Złotooki”.

Przydomek mu nie przeszkadzał. Jego nazwisko brzmiało Aybara i nosił je z dumą. Był jednym z niewielu, którzy będą je w stanie przekazać następnemu pokoleniu. Zadbały o to Trolloki.

Zerknął na grupkę przyglądających mu się uchodźców, pod jego spojrzeniem śpiesznie wrócili do wbijania w ziemię namiotowych kołków. Po chwili minął dwóch mężczyzn z Dwu Rzek – Toda al’Caara i Joriego Congara. Zasalutowali, przykładając zwinięte dłonie do piersi. W ich oczach Perrin Złotooki nie był kimś, kogo się należało obawiać, lecz kimś godnym szacunku – z drugiej strony wciąż szeptali o nocy, którą spędził w namiocie Berelain. Perrin niczego bardziej nie pragnął, jak uniknąć cienia, jaki tamto wydarzenie rzucało na jego przeszłość. Jego rodacy byli podbudowani zwycięstwem nad Shaido, niemniej już jakiś czas temu Perrin wyczuł, że nie jest wśród nich szczególnie mile widziany.

Jednak na chwilę tych dwóch najwyraźniej odłożyło na bok swą dezaprobatę. Zamiast tego zasalutowali. Czy zapomnieli, że Perrin dorastał razem z nimi? A co ze wspólnymi wspomnieniami? Jori naśmiewający się z powolnego sposobu wysławiania się Perrina, wizyty w kuźni, aby się przechwalać, ilu dziewczętom skradł pocałunek…

Skinął im tylko głową. Nie ma sensu grzebać się w przeszłości, skoro dzięki ich lojalności wobec „Perrina Złotookiego” udało się uratować Faile. A jednak kiedy już się oddalił od nich, jego czułe uszy podchwyciły dalszy ciąg przerwanej rozmowy na temat bitwy, w której brali udział ledwie kilka dni temu. Od jednego z nich wciąż było czuć lekką woń krwi – nie wyczyścił dokładnie butów. Lub, co bardziej prawdopodobne, nawet nie zwrócił uwagi na krwawe błoto.

Czasami Perrin zachodził w głowę, czy jego zmysły nie są bardziej wyczulone niż u innych. Dostrzegał rzeczy, które innym umykały. Jak mogli przejść obojętnie obok zapachu krwi? I rześkiego tchnienia docierającego od gór na północy? Tchnienie to niosło ze sobą woń domu, mimo iż znajdowali się wiele lig od Dwu Rzek. Czy gdyby inni ludzie przymknęli oczy i skoncentrowali się, też byliby zdolni czuć to co on? A gdyby otworzyli oczy i uważniej przyjrzeli się otaczającemu światu, czy wtedy też nazwaliby swój wzrok „bystrym”, którym to słowem często określali spojrzenie Perrina?

Nie. To były tylko próżne spekulacje. Jego zmysły były bardziej czułe, pokrewieństwo z wilkami zmieniło go. Od jakiegoś czasu nie zastanawiał się nad tym wcale – zbyt był skupiony na ratowaniu Faile. Ale przestał myśleć o swoich oczach. Stały się jego częścią. Nie ma sensu uskarżać się na własną naturę.

A jednak, ta wściekłość, którą czuł podczas walki… ta utrata panowania nad sobą. Martwiło go to coraz bardziej. Za pierwszym razem, gdy się zatracił, była noc i walczył z Białymi Płaszczami. Przez jakiś czas nie wiedział wówczas, czy jest człowiekiem, czy wilkiem. A teraz – w trakcie jednych z ostatnich odwiedzin w wilczym śnie – próbował zabić Skoczka. W wilczym śnie śmierć była czymś ostatecznym. Tamtej nocy Perrin omal sam nie zginął. Wspomnienie obudziło stare strachy, które ze wszystkich sił od siebie odsuwał. Strachy kojarzone z widokiem człowieka zachowującego się jak wilk i zamkniętego w klatce.