Выбрать главу

To ostatnie doskonale rozumiała, ale wiedziała też o czymś, o czym zapominał przeciętny obywatel lub z czego nie zdawał sobie sprawy. Otóż unikalność i osiągnięcia Królestwa w znacznym stopniu spowodowane były stałym napływem imigrantów. Nigdy nie była to fala, toteż trudno to było zauważyć, ale zawsze przybywali nowi i ten napływ umacniał państwo. Ona sama była przekonana, że ten właśnie stały dopływ świeżych sił i pomysłów był kluczowy dla dobrobytu i rozwoju Królestwa Manticore, i dlatego pomysł dodania doń nowych, zaludnionych planet napawał ją zadowoleniem, nie obawą. Natomiast wiedziała też, że przekonanie do niego parlamentu nie będzie łatwe.

— Myślisz, że powinniśmy poprzeć pomysł Ramireza, Allen? — spytała.

Premier przytaknął.

— Potrzebujemy ludzi, to po pierwsze. Po drugie, system Trevor Star jest nam niezbędny ze strategicznego punktu widzenia. A po trzecie, uważam, że naszemu społeczeństwu bardzo się przyda hm… nazwijmy to energiczność mieszkańców San Martin. Po czwarte, stworzy to precedens, z którego mogą skorzystać wszystkie inne planety, których ludność i władze będą tego chciały. A równocześnie da to nam wytłumaczenie, by nie anektować tych, które o to nie poproszą. No i po piąte, podniesie to znacznie morale społeczeństwa. Niespodziewany powrót zza grobu księżnej Harrington powoli przestaje działać, za to zaczyna docierać nowe obciążenie podatkowe na rzecz rozwoju floty, o czym na prawo i lewo trąbi opozycja. W takich warunkach świadomość, że mieszkańcy całej planety dobrowolnie zdecydowali się wstąpić do Gwiezdnego Królestwa i dzielić ryzyko oraz obciążenia związane z dalszym prowadzeniem wojny, może zdziałać cuda. Przecież nikt nie przyłączyłby się do przegrywającego, prawda? Jeśli społeczeństwo samo na to nie wpadnie, to mu się to uświadomi. Nie tylko opozycja potrafi wygrywać opinię publiczną dla swoich celów.

— Podoba mi się twoja argumentacja — oceniła Elżbieta, drapiąc Ariela za uszami. — Naturalnie to wszystko są wstępne rozważania, być może trochę zbyt pospieszne, ale jeżeli to by wypaliło…

Urwała i wpatrzyła się w przestrzeń, w coś, co tylko ona mogła dostrzec. Cromarty uśmiechnął się — znał to zachowanie i wiedział, że Elżbieta już zdecydowała. I to, że były to przedwczesne spekulacje, że trzeba było przekonać opinię publiczną i parlament, nim podejmie się odpowiednie kroki, było już tylko szczegółami technicznymi.

Bo kiedy Elżbieta III była na coś naprawdę zdecydowana, najrozsądniejsze, co mogła zrobić reszta wszechświata, to pogodzić się z nieuniknionym i usunąć z drogi. Jeśli bowiem tego nie zrobiła, zostawała regularnie poobijana.

Rozdział XVI

— Coś mi się wydaje, że twoi graysońscy podkomendni uważają, że mam na ciebie zły wpływ — oznajmiła Allison, gdy wraz z Honor schodziły z trzeciego piętra do znajdującej się na parterze jadalni.

Znalazły się akurat na wysokości otwartych drzwi salonu na piętrze, gdzie Allison stanęła, by z należytym szacunkiem przyjrzeć się dywanowi pokrywającemu całą podłogę, aż do ściany z krystoplastu, za którą rozciągał się zapierający dech w piersiach widok na Zatokę Jasona. Był to czwarty z rzędu tego typu salon — każdy urządzono w innej tonacji i dobrano meble oraz wykończenia w innym stylu. No i naturalnie każdy miał unikalny dywan.

— Nie najgorszy gust — oceniła zblazowanym tonem — ale na twoim miejscu kazałabym przyciemnić zatokę. Woda jest za błękitna.

— Co ty powiesz? — zdziwiła się Honor i zdecydowanym gestem zamknęła drzwi.

Po czym odwróciła się z groźną miną do matki i spytała:

— A można się dowiedzieć, czym znowu uprzykrzasz życie tym biedakom?

— Niczym, kochanie — zapewniła solennie Allison, spoglądając niewinnie spod skromnie opuszczonych powiek. — Zapewniam cię, że niczym. Tyle że oni mają jakąś fiksację na punkcie punktualności i ciągłego zawiadamiania się nawzajem. Chociaż nie, fiksacja to nie jest najwłaściwsze określenie… zdecydowanie lepiej pasuje obsesja. Nie jestem do końca pewna, czy to nie jest stan patologiczny. Hmm… co prawda w graysońskim genotypie nie znalazłam niczego, co by mogło to powodować, ale mogłam to pominąć, bo dolegliwość jest tak uniwersalna. Każdy dorosły, którego spotkałam, zdaje się na to cierpieć i…

— Jesteś zboczona — oceniła Honor z przekonaniem. — Nie wszystko sprowadza się do genetyki i mutacji, czy to celowych czy przypadkowych. Poza tym twój słowotok nie zbije mnie z tropu. Wiem, że narozrabiałaś jak pijany zając, bo Andrew i Miranda bardzo starannie omijają temat twego przybycia dziś po południu. Ponieważ jestem spryciulec, wydedukowałam z twoich generalnie niezrozumiałych komentarzy, że byłaś łaskawa celowo nie zawiadomić ani LaFolleta, ani Simona o przewidywanym czasie przylotu i skontaktowałaś się z nimi dopiero z poczekalni dworca. Czy przypadkiem tak nie było?

— Musisz to mieć po ojcu — westchnęła z rozczarowaniem Allison. — Po mnie tak plebejskiej i prymitywnej logiki nie mogłaś odziedziczyć! Na Beowulfie szczycimy się poleganiem na instynktach twórczych i intuicyjnej manipulacji pomysłami bez czegoś takiego jak powody i skutki. Toż to obrzydliwe! Wiesz, jak można zepsuć całkiem dobrą wymówkę czy uprzedzenie, upierając się myśleć na ten temat logicznie? Dlatego właśnie nigdy nie poddawałam się takim zboczeniom.

— Naturalnie że nie. I nadal rozpaczliwie unikasz udzielenia odpowiedzi. Nie ma tak dobrze: nigdy mi na to nie pozwalałaś, gdy byłam mała.

— Oczywiście, że nie pozwalałam. To bardzo zły zwyczaj u dobrze wychowanego dziecka.

— Aha! A u dobrze wychowanej matki może być?

— Naturalnie — przyznała z kamienną twarzą Allison.

I nagle parsknęła śmiechem.

— Przepraszam. Musiałam odreagować po spędzeniu całej drogi z Graysona na pokładzie Tankersleya z obstawą bliźniąt, Jennifer, panią Thorn i taką ilością bagażu, że wystarczyłoby na sześć miesięcy samodzielnego pobytu w którymś z rezerwatów na Sphinksie. To bardzo mili ludzie i naprawdę ich lubię, ale masz pojęcie, jak mały jest ten statek? Ja nie miałam, dopóki nie odkryłam, że nie ma tam miejsca, gdzie mogłabym być sama i nie musieć zachowywać się nienagannie.

— Ty nigdy nie zachowujesz się nienagannie, chyba że chcesz zauroczyć jakiegoś nic nie podejrzewającego jegomościa dołeczkami i urokiem osobistym.

— Przesadzasz. Poza tym parę razy zdarzyło mi się zauroczyć jakieś jejmości — obruszyła się Allison. — Ale to oczywiście było przed twoim urodzeniem.

— Jejmości?! Jesteś pewna, że było ich kilka? Uważam, że to przesada, biorąc pod uwagę, jak konsekwentnie heteroseksualne masz upodobania. Poza tym nie przekroczyłaś jeszcze setki.

— Jestem pewna, że było ich dwie, a może trzy. — Allison zmarszczyła brwi. — Nauczycielka gramatyki w drugiej klasie była kobietą, a pamiętam, że przed końcem roku naprawdę od niej czegoś chciałam.

— Rozumiem! — Honor oparła się o zamknięte drzwi i spytała z uśmiechem: — Ulżyło ci?

— I to jak! — roześmiała się Allison. — Wyobrażasz sobie, jak zareagowałby ktoś z Graysona, gdybym spróbowała tak z nim porozmawiać?

— Myślę, że Miranda mogłaby cię zaskoczyć. A Howard i Andrew na pewno by cię zaskoczyli.

— Nieuczciwy wybór! Od lat przyuczasz ich do normalnych ludzkich zachowań.

— Fakt — zgodziła się Honor. — Ale z drugiej strony to prawdopodobnie zbawienne, że miałam gdzieś z dwadzieścia lat, żeby przygotować planetę na twój pobyt.

I obie ruszyły w dalszą drogę imponującymi schodami wychodzącymi na jeszcze bardziej imponujący korytarz wejściowy domostwa.