Выбрать главу

Z grona midszypmenów dobiegł stłumiony jęk.

Honor uśmiechnęła się złośliwie.

— Panie i panowie, sprawa jest prosta — oświadczyła. — Jeśli po zakończeniu ćwiczenia pozostanie wam choćby jeden okręt, zdaliście. Jeśli nie…

Tym razem nikt nie miał siły nawet na cichy jęk.

— W takim razie — oznajmiła ochoczo Honor — nie ma sensu marnować więcej czasu: bierzmy się do roboty!

Rozdział XXIV

— No, to poszło już znacznie lepiej — ocenił Scotty Tremaine, przyglądając się wynikom ostatniej inspekcji 3. Dywizjonu. — Można by nawet powiedzieć, że poszło całkiem dobrze. Nieprawdaż, sir Horace?

— Można by — burknął zapytany. — W pewnym sensie można by tak powiedzieć… jak sądzę.

Harkness w przeciwieństwie do Scotty’ego wcale nie miał zadowolonej miny. Gdyby chcieć określić ją jednym słowem, najbliższe byłoby: niezadowolona, ale pasowałoby też: skwaszona i zdegustowana. A ktoś nieprzychylnie doń nastawiony mógłby użyć określenia: ponura.

Przepisy głosiły, iż starszy mechanik każdego skrzydła kutrów winien być oficerem, ale wielu z nich było starszymi podoficerami z prozaicznego powodu — dysponowali wystarczającą, o ile nie większą od młodszych oficerów wiedzą, a tych ostatnich było w Królewskiej Marynarce po prostu za mało, by obsadzić nimi wszystkie przewidziane przepisami stanowiska na lotniskowcach, których liczba gwałtownie rosła. Z kolei podoficer, by zostać mianowany oficerem, musiał przejść stosowny kurs, na co także nie było czasu, gdyż starsi mechanicy byli potrzebni od zaraz. Dlatego też byli oni z reguły starsi i posiadali większe doświadczenie niż oficerowie, którzy powinni objąć tę funkcję. Regułą w Królewskiej Marynarce było, iż z tych właśnie powodów starsi podoficerowie (naturalnie nie tylko na lotniskowcach) sprawowali nieoficjalną opiekę nad niedoświadczonymi młodszymi oficerami, którzy ledwo co otrzymali patenty po ukończeniu akademii. Ci ostatni z kolei, jeśli mieli choć krztynę zdrowego rozsądku i instynktu samozachowawczego, słuchali rad starszych podoficerów z nadzieją, że jeśli będą słuchać uważnie i dokładać starań, być może któregoś dnia osiągną ten sam poziom mądrości.

Lotniskowce były znacznie bardziej zautomatyzowane niż inne okręty, dzięki czemu dało się poważnie zredukować liczebność ich załóg. Z tego samego jednakże powodu wymagały od załogi większej specjalizacji. Nowe reaktory wymagały innych umiejętności, ale równie skomplikowanych i specjalistycznych jak stare fuzyjne. Mechanicy pokładowi kutrów rakietowych mieli tylko jednego pomocnika, a odpowiedzialni byli za: reaktor, pierścienie napędu, system podtrzymywania życia, trzy generatory osłon burtowych (a w Ferretach cztery), przesyłanie energii tam, gdzie była w danym momencie potrzebna najbardziej, oraz w razie konieczności naprawy co najmniej jednej rewolwerowej wyrzutni rakiet z magazynkiem, obrony antyrakietowej, sensorów, ECM-ów i grasera. Dowódca i oficer taktyczny byli podobnie przeciążeni i nawet najlepsze oprogramowanie, zdalne sterowanie czy zautomatyzowanie mogło pomóc tylko do pewnego stopnia. Ponieważ załogi kutrów były nieliczne, wszyscy ich członkowie musieli być naprawdę dobrymi specjalistami.

A każde skrzydło miało ponad sto załóg.

Wykorzystując starszych podoficerów i generalnie ignorując przepisy dotyczące wymaganych stopni na konkretnych stanowiskach, kadry zdołały jak dotąd znaleźć wystarczającą liczbę ludzi, nie obniżając poprzeczki wymaganych kwalifikacji. Sytuacja powinna ulec poprawie, gdy ostatecznie zostaną wycofane ze służby forty w systemie Manticore, ale to jeszcze nie nastąpiło, toteż załogi kutrów stanowiły dziwną mieszankę — młodych narwańców w stopniach oficerskich i starych, doświadczonych podoficerów. W sumie było to doskonałe rozwiązanie, gdyż ujmowało „myśliwskie zawadiactwo” w cugle zdrowego rozsądku, ale zdarzali się w korpusie oficerskim puryści, którym zdecydowanie nie podobało się obsadzanie stanowisk poruczników czy komandorów poruczników przez bosmanów, bosmanmatów czy, o zgrozo, pomocników bosmańskich. W opinii sir Horace’a Harknessa był to przejaw idiotyzmu, zazdrości i zadęcia — do określeń tych zwykle dodawał parę innych stosownych epitetów w tych rzadkich przypadkach, gdy wygłaszał tę opinię głośno. Odbijało się to też na podejściu „prawdziwych” oficerów do zbieraniny stanowiącej załogi kutrów. To ostatnie nie było powszechne, ale zdarzało się na tyle często, by stać się zauważalne.

Korpus oficerski Królewskiej Marynarki należał do najlepszych i najzdolniejszych w zaludnionej części galaktyki, ale nie znaczyło to, że nie było w nim karierowiczów. A z punktu widzenia porządnego karierowicza taki drobiazg jak wojna nie powinien zakłócać naturalnego biegu spraw zgodnego z wolą boską, czyli mówiąc normalniej, systemu starszeństwa i awansów. Karierowicze nienawidzili wynaturzonych zjawisk takich jak Honor Harrington, awansujących znacznie szybciej kosztem porządnych karierowiczów tylko na podstawie takiego drobiazgu jak zasługi czy osiągnięcia. Na szczęście takich jak ona było niewielu, toteż można było przeżyć wywołane przez nich zakłócenia w regularnym systemie awansów opartych na kryterium długości służby. A system ten był podstawą, by nie rzec niewzruszalnym fundamentem, dla każdego uczciwego karierowicza. Teraz jednak mieli oni znacznie poważniejsze zmartwienie — gwałtowny napływ podoficerskiej hołoty na stanowiska oficerskie, na których powinni się znaleźć lepsi od nich (jako że mianowani oficerowie). Co gorsza, łatwo było przewidzieć następny etap — przynajmniej część z tych podoficerów trafi na kursy oficerskie i zostanie oficerami, tworząc dodatkową konkurencję i utrudniając awanse.

Kamieniem obrazy zaś było, że te dziwolągi (czyli lotniskowce) z żałosnymi zbieraninami (czyli załogami kutrów) znajdą się w samym środku nowej ofensywy, którą prorokowali wszyscy wróżący z fusów od kawy. A to oznaczało, że to na nich spadnie deszcz medali, wzmianek w rozkazach i innych wzmacniających karierę korzyści wynikających ze znajdowania się w strefie walki. To, że przy okazji będą stanowić ruchome cele, latając na najłatwiejszych do zniszczenia okrętach, jakie posiadała Royal Manticoran Navy, stanowiło niewart wzmianki szczegół techniczny.

Karierowicze nie mieli pojęcia, o tym, że wśród tej zbieraniny dysponującej nieuczciwą przewagą doświadczenia, zdolności i wyszkolenia była zaskakująco duża grupa osobników takich jak sir Horace Harkness, którzy prędzej poderżnęliby sobie gardło, niż zostali oficerami. Jak dotąd oglądali oni mesę oficerską tylko z zewnątrz i mieli zamiar zrobić wszystko, by tak pozostało. Woleli upaprać się, grzebiąc w ukochanych urządzeniach, i uniknąć odpowiedzialności związanej ze stopniem oficerskim, dowodzeniem całymi okrętami i setkami lub nawet tysiącami ludzi, których życie by od nich zależało.

Harkness miał w tej grupie wielu znajomych, w tym pomocnika bosmańskiego Scootera Smitha, który przed drugą bitwą o Hancock był matem. Scooter był znacznie młodszy, ale nie zmieniało to faktu, że był naprawdę dobry w tym, co robił. Stanowiło to jeden z powodów, dla których Harkness go lubił, ale równocześnie wyjaśniało, dlaczego stan gotowości skrzydła kapitana Ashforda był o 0,3% lepszy niż skrzydła Harknessa. A to znaczyło, że Incubus wygrał współzawodnictwo o mianowanie okrętem flagowym 3. Eskadry Lotniskowców urządzone przez admirał Truman. Co prawda Ashford był wyższy stopniem od Tremaine’a, ale gdyby to skrzydło bazujące na Hydrze wygrało, istotne byłoby to, że kapitan Hydry miał starszeństwo o sześć standardowych miesięcy dłuższe od kapitana Incubusa, toteż admirał Truman mogłaby dotrzymać słowa (jak nakazywała tradycja), biorąc pod uwagę dowódców okrętów, a nie dowódców skrzydeł, i także nie byłoby formalnych przeszkód, by Hydra została okrętem flagowym dowódcy eskadry.