— Przepraszam, że cię od razu zapytam: wszak z zamiarem wstąpienia do wojska? Do legiów czy może na ochotnika?
Książę zastanowił się przez chwilę, dość zakłopotany nagłością pytania, wreszcie stanowczo rzekł:
— Nie.
— Żałuję, że z równą siłą nie powiedziałeś: tak! Przecież otrzymałeś specjalną i doskonałą instrukcję wojskową w korpusie. Ale nie uważaj z łaski swej tego, co mówię, za werbunek.
— Broń Boże! Tylko… Szczerze mówiąc, dość mam już wojny.
Sułkowski powolnym ruchem prześlicznej głowy chciał zakryć przykre zdumienie, którego doświadczył usłyszawszy te wyrazy.
— Ja nie… — rzekł po chwili z zimnym uśmieszkiem.
— Proszę cię — mówił Gintułt wygładzając koronkę swego żabota — nie chciałbym, żebyś mię źle zrozumiał. Straciłem zaufanie do wojny nie z lenistwa, a nawet nie z tchórzostwa. Po prostu wygasła we mnie wiara w jej doniosłość.
— Czyż to możliwe?
— Po długim rozważaniu i samotnej deliberacji doszedłem do wniosku, że każda władza ma swoje wady, każdy system swe dobre strony, a rewolucje najbardziej upragnione niczym innym nie są, tylko zamianą bardzo kosztowną pewnych nadużyć i wad na innego rodzaju, innego kształtu nadużycia i wady. Wszakże — ciągnął spokojnie i obojętnie — zamordowanie wpośród tłumu jednego człowieka wskutek tego, że był złym zwierzchnikiem, tyranem, zdziercą, oszustem, jest większym stokroć złem niż jego tyrania, zdzierstwo, i oszustwo. A ze złego, które jest większe niż poprzednie, dobro wykwitnąć nie może. Po cóż się bić? Należałoby wypowiedzieć zaciekłą wojnę, ale nie ludziom, tylko samej tyranii, samemu zdzierstwu, samemu oszustwu.
— Doskonale! Tylko jakże to uczynić nie tykając ludzi, tych właśnie zdzierców i tyranów?
— Bardzo to niedaleki wróg. Należy poszukać go w samym sobie.
— Ach, dziecko!…
Książę Gintułt zmienił przedmiot rozmowy.
— Słyszałem — zapytał — że w ostatniej kampanii byłeś przy wodzu?
— Tak!
— Więc poznałeś go bliżej?
— Czy poznałem? Zapewne…
Po chwili dodał z uśmiechem:
— Chociaż bardzo często wydaje mi się, że go nie znam wcale.
— Czy tylko nie jesteś oczarowany? Wszak w miłości zaślepiamy się tak dalece, że widzimy w pięknej kobiecie tyle tajemnic i takich…
— Ta jest różnica, że ja nie kocham Buonapartego. Nie jestem również jego poplecznikiem.
— Wiem, wiem. Ale uwielbiasz go jak żołnierz żołnierza, co częstokroć przewyższa miłość dla najcudniejszej kobiety. Wiem to z doświadczenia. Ja sam tak kochałem.
— Mylisz się co do mnie. Chciałem być przy nim, byłem i będę, jeśli mnie nie odpędzi dla innych powodów.
— Domyślam się, domyślam…
— Tak jest. On strzeże swoich piorunów! Czujnie je trzyma w dłoni. Ale mogłem przecie i mogę jeszcze patrzeć na ich trzaskanie, mierzyć siłę ciosu, zamach ręki, blask, no i samą władzę ciskania — cyrklem wyczuwać.
— Czy to prawda, że ufał ci tak dalece, iżeś w jego imieniu wydawał rozkazy, jakie uznałeś za stosowne? Mówiono mi w Mantui, że podpisywałeś z jego zezwolenia nawet imię jego na swych rozporządzeniach i rozkazach dziennych. Słyszałem to i tutaj, w kołach bardzo wpływowych.
— Tak, to prawda. Bywało tak w chwilach stanowczych. Ale to są rzeczy małej wagi. Więc mówisz, że dość masz już wojny? — rzekł nagle w zamyśleniu.
— Tak, tak. Widać, nie byłem stworzony na żołnierza.
— To dziwne. Nie być stworzonym na żołnierza! Dla mnie wprost niepojętą jest taka natura. Ja jestem tylko żołnierzem.
— Ty, kochany bracie, jesteś uczonym, nie żołnierzem. Jakimś Kwintylianem, della Mirandolą… Czyż to żołnierza mieszkanie te góry książek?… Jestem pewien, że w apartamencie Buonapartego książek nie ma…
— Znowu się mylisz. Ot, teraz, od piętnastego frimaire'a, to jest od przybycia do Paryża po zawarciu pokoju w Campo-Formio…
— Ach, to Campo-Formio… — zaśmiał się Gintułt jadowicie. — Okrutną sprawił wam niespodziankę tym Campo-Formio! I to za tyle nadziei, po tylu przyrzeczeniach.
— Jeszcze nieskończone, nieskończone rachunki! — zaczął krzyczeć prawie Sułkowski. — Jeszcze żyje, jeszcze nie umarł, jeszcze przed nim i przed nami lata stoją otworem. Nażre się pychą, natka zaszczytów adwokacki syn z Ajaccio — i musi wrócić do roli żołnierza, która mocniejsza jest w nim niż żądza sławy. Ale wracając do rzeczy… Teraz całe dni spędza sam jeden w gabinecie, zamknięty sur les cartes immenses, étendues à terre. Jeżeli gdzie bywa, to chyba w teatrze, i to dans une loge grillée. W ciągu tych dni czołga się od mapy do mapy z kompasem, cyrklem i ołówkiem w ręku. Tam, w tym zacisznym pokoju, czai się, waha, zsiada i w cios z wolna zmienia straszna myśl. Napaść na wybrzeża Anglii, słyszysz? żelazny marsz na Londyn czy na wybrzeża Egiptu…
— Szepcą o tym, a więc to prawda?
— Bywam u niego kiedy niekiedy, wzywany w sprawach specjalnych, taktycznych, do obliczeń, zestawień… Widziałem dawniej w jego cyfrach i w kałkułach, które z nich układał, tylko uderzenie Anglii au coeur, olbrzymi pomysł, żeby ją zwalić z piedestału przez nagłą inwazję, zdeptać potęgę kupców i na gruzach oligarchii zapalić ogień rewolucji, żeby nauczyć swobody ten lud, któremu wydaje się, że jest wolny, dlatego że mu to wmawiają. Teraz już tego nie ma. Znam już plan inny: plan zwrócenia nacji francuskiej imperium nadnilowego, wyrwania Anglii organów jej siły. I jeszcze jedno, jeszcze jedno. To drugie est décidé dans son esprit…
— Czy tak?
— Ale teraz pozostaje… Mam nadzieję, ze zatrzymasz wszystko, co mówię, w zupełnej tajemnicy.
— Możesz ufać mojemu słowu.
— Teraz pozostaje… transporter un rêve dans le réel! Porucza mi rozebranie rzeczy wykonalnych z kupy marzeń. Tę bezmierną sprawę, największą sprawę od czasu krucjat. Tego się uczę ze wściekłością, dniami i nocami.
— Tego?
— Tak. Uczę się tworzenia potęgi.
— Tworzenia potęgi… — powtórzył Gintułt.
— Można nauczyć się uderzeniem nogą w ziemię wywoływać z niej legiony, jak Pompejusz.
— Chciałeś powiedzieć: — jak… Dąbrowski.
Sułkowski skrzywił się kwaśno. Po chwili rzekł:
— Nie. To przypadkowe zgromadzenie zbiegów, awanturników i poczciwców. Dąbrowski jest pionem czy tam laufrem w ręce pierwszego lepszego Berthier albo Brune'a. Minęły czasy Czarnieckiego, i darmo go usiłuje naśladować. Oto masz przed sobą trzy tarany: L'armée du Nord, l'armée du Rhin, l'armée d'Italie…
— Widzę — rzekł książę z uśmiechem bladej ironii na ustach — że samą prawdę zawiera zdanie Buonapartego o tobie…
Płonące oczy Sułkowskiego szybko przygasły.
— Jakie zdanie? — zapytał głucho.
— Podobno, mimo położonych zasług, nie otrzymałeś żadnego wyższego stopnia, żadnego odznaczenia…
— Tak, tak! Nie dbam o odznaczenia.
— A kiedy ktoś z twoich przyjaciół zapytywał Buonapartego, czemu, patrząc na wszystko co czyniłeś, pozostawił cię przecież w tym samym co przed wojną stopniu kapitana-adiutanta, miał odpowiedzieć: „Dlatego nie awansowałem Sułkowskiego ze stopnia kapitana, że od pierwszego dnia pod Mantuą na przedmieściu San-Giorgio, kiedym go poznał, uważałem go za godnego jedynego awansu, to jest awansu na stopień naczelnego wodza”.