Uwierzy. Wie, że Karol jest jego, że Heńka jest Karola! Uwierzy namiętnie! To najlepszy sposób, żeby otworzył jej drzwi, kiedy zastuka. Ważne. Proszę nie zaniedbać!"
proszę pamiętać: już nie można się cofnąć. Cofnąć się można tylko w świństwo".
„Skuziak – co? Co z nim? Co? Giowę sobie lamie. Nie może pozostać na uboczu, oni to powinni we troje… Ale jak?"
„Ostrożnie! Nie trzeba forsować. Lepiej delikatnie i z wyczuciem, żeby nie zadrażnić, nie narazić się niepotrzebnie, jak dotąd, na psa urok, szczęście nam sprzyja – cala rzecz w tym żeby nie popsuć. Niech pan uważa na siebie.
Ostrożnie!"
Poszedłem do Siemiana.
Zastukałem – dowiedziawszy się, że to ja, otworzył, ale natychmiast rzucił się z powrotem na łóżko. Jak długo tak leżał? W skarpetkach -
obuwie, wspaniale wyglansowane, błyszczało na podłodze pośród kupy niedopałków.
Palił papierosa za papierosem. Ręka, cienka w przegubie, długa, z pierścionkiem na palcu. Nie objawiał chęci do rozmowy. Spoglądał w sufit leżąc na wznak.
Powiedziałem, że przychodzę żeby go ostrzec: niech sobie nie robi iluzji.
Hipolit nie da mu koni.
Nie odpowiedział:
– Ani jutro, ani pojutrze. Co więcej, pańskie obawy, że nie wypuszczą pana żywego, mogą być słuszne. Milczenie.
– Wobec tego chcę panu zaproponować… plan ucieczki. Milczenie.
– Chcę panu dopomóc.
Nie odpowiedział.
Leżał jak kłoda. Pomyślałem, że się boi – ale nie był to strach, tylko złość.
Złość złośliwa. Leżał i był złośliwie zły – nic więcej. Był zjadliwy. To dlatego (pomyślałem), że ja byłem wtajemniczony w jego słabość. Znałem jego słabość, dlatego przemieniła mu się w złość.
Wyłożyłem plan. Uprzedziłem, że Henia zastuka i że wyprowadzimy go na pole.
– Kurr…
– Ma pan pieniądze?
– Mam.
– To w porządku. Niech pan będzie gotów – troszkę po północy.
– Kurr…
– To słówko niewiele panu pomoże.
– Kurr…
– Niech pan nie będzie zbyt ordynarny. Jeszcze nam się odechce.
– Kurr…
Z tym go zostawiłem. Przyjmował naszą pomoc, pozwalał abyśmy go ratowali – ale nie dziękował. Rzucony na 140 łóżko, długi, sprężysty, jeszcze wyrażał sobą zaborczość i władzę _ pan, rozkazodawca – ale gwałcić już nie mógł. Przemoc mu się skończyła. I wiedział, że ja to wiem. Jeśli do niedawna nie potrzebował ubiegać się o niczyją łaskę, będąc groźny, mogąc narzucić się siłą, to teraz leżał tutaj przede mną w swej męskości agresywnej, wściekłej, ale już pozbawionej szponów i zmuszonej szukać współczucia… i wiedział, że w tej męskości swojej jest niesympatyczny, nieprzyjemny… więc nogą w skarpetce podrapał się w udo… podniósł nogę i poruszył palcami, był to gest doskonale egoistyczny, on miał gdzieś to czy ja jego lubię, czy nie lubię… i nie lubił mnie… i tonął w oceanach awersji, chciało mu się rzygać… mnie także. Wyszedłem. Swoisty cynizm męski zatruwał mnie, jak papierosy, w stołowym natknąłem się na Hipolita i aż mnie odrzuciło, o mały włos a byłbym zwymiotował, tak, o mały włos, o jeden z tych włosków, które im i mnie na rękach wyrastały! W tej chwili nie mogłem znieść Mężczyzny!
Było ich – mężczyzn – pięciu w domu. Hipolit, Sie-mian, Wacław, Fryderyk i ja.
Brrr… Nic w świecie zwierzęcym nie osiąga takiej potworności – jakiż koń, jakiż pies może rywalizować z tą rozwiązłością kształtu, z tym. cynizmem kształtu? Niestety! Niestety! Ludzkość po trzydziestce wkracza w potworność.
Cała piękność była po tamtej, młodej, stronie. Ja, mężczyzna, nie mogłem szukać schronienia w kolegach moich, mężczyznach, bo mnie odpychali. I pchali mnie w tamto!
Pani Maria stała na werandzie.
– Gdzie są wszyscy? – zapytała. – Poznikali?
– Nie wiem… Byłem na górze.
– A Henia? Nie widział pan Heni?
– Może w inspektach.
Zatrzepotała palcami. – Czy pan nie ma tego wrażenia?… Wacław wydał mi się zdenerwowany. Jakiś przybity. Czy tam coś nie tak, jak trzeba, między nimi?
Chyba coś się ze- psuło. To zaczyna mi się nie podobać, muszę pogadać z Wacławem… albo może z Henią… nie wiem… Boże święty! Była zaniepokojona.
– Nic nie wiem. A to, że przybity… no, stracił matkę.
– Pan myśli, że to z powodu matki?
– Pewnie. Matka to matka!
– Nieprawdaż? Ja też myślę, że to z powodu matki. Stracił matkę! Tego mu nawet Henia nie zastąpi! Matka to matka! Matka! – poruszyła palcami zwiewnie. I to całkowicie ją uspokoiło, jakby słowo „matka" było tak potężne iż nawet słowu „Henia" odbierało znaczenie, jakby było najwyższą świętością!… Matka! Wszakże i ona była matką. I już nie była niczym, tylko matką! To byłe istnienie, będące już wyłącznie matką, spojrzało na mnie wzrokiem przekwitłym, zaprzeszłym, i oddaliło się ze swoim nabożeństwem do matki – wiedziałem, że nie ma obawy aby mogła nam bruździć w czymkolwiek – niczego nie mogła dokonać w czasie teraźniejszym, będąc matką. Zagrały, oddalające się, jej byłe po-nęty.
W miarę napływania nocy i tego co jej przybycie zwiastowało – zapalania lamp, zamykania okiennic, nakrywania do kolacji – coraz gorzej mi było i wałęsałem się, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Z coraz większą wyrazistością rysowała się istota zdrady mojej i Fryderyka: zdradziliśmy męskość z (chłopcem plus dziewczyna). Chodząc tak po domu zajrzałem do salonu, gdzie było ciemnawo, i zobaczyłem Wacława, siedzącego na kanapie. Wszedłem i usiadłem na fotelu, dość daleko zresztą, pod przeciwległą ścianą. Mętne były moje zamierzenia. Zamazane.
Rozpaczliwa próba – czy nie da się najwyższym wysiłkiem przezwyciężyć odrazy, nawiązać z nim w męskości. Odraza jednak wzrosła niebotycznie, pobudzona tym moim nadejściem i umieszczeniem mego ciała w pobliżu jego ciała – wezbrana jego do mnie niechęcią… niechęcią, 142 która, czyniąc mnie wstrętnym, czyniła wstrętnym mój wstręt do niego. I vice versa. Ja wiedziałem, że w tych warunkach nie może być mowy aby któryś z nas zajaśniał tymi świet-nościami, które były nam dostępne mimo wszystko – mam na myśli świetności cnoty, rozumu, poświęcenia, bohaterstwa, szlachetności, które mogliśmy wytworzyć, które tkwiły w nas in potentia – ale wstręt był zbyt wszechwładny. Czyż jednak nie mogliśmy go przełamać gwałtem?
Gwałt! Gwałt! Od czegóż byliśmy mężczyznami? Mężczyzna jest tym, który gwałci, który narzuca się siłą. Mężczyzna jest tym, który króluje! Mężczyzna nie pyta, czy się podoba, on troszczy się tylko o własną przyjemność, jego podniebienie ma decydować co piękne, co szpetne – dla niego i tylko dla niego! Mężczyzna jest dla siebie, dla nikogo więcej!
Ten to gwałt pragnąłem chyba wykrzesać z nas… Tak jak sprawy się miały obecnie, i on i ja byliśmy impotentami ponieważ nie byliśmy sobą, nie byliśmy dla siebie, byliśmy dla tamtego i młodszego odczuwania – i to grążyło nas w brzydocie. Ale gdybym zdoła! w tym salonie choć przez jedną chwilę być dla niego, dla Wacława – on dla mnie – gdybyśmy zdołali być mężczyzną dla mężczyzny!
Czyż to nie spiętrzyłoby nam męskości? Czyż jeden drugiego nie zgwałciłby męskością do męskości? Takie były moje kalkulacje, czynione resztkami zrozpaczonej i nieprzytomnej nadziei. Gdyż gwałt, jakim jest mężczyzna, musi naprzód począć się w męskości, między mężczyznami… i niechby sama moja obecność przy nim zdołała zamknąć nas w tym hermetycznym kręgu… ogromne znaczenie przypisywałem temu, że ciemność osłabiała naszą piętę achillesową, ciało. Myślałem, iż wykorzystując osłabienie ciała zdołamy się związać i pomnożyć, staniemy się dość potężnie mężczyznami iżby nie brzydzić się sobą – bo przecież sobą nikt się nie brzydzi – bo przecież wystarczy być sobą aby się nie brzydzić! Takie były moje, już rozpaczliwe, intencje. Ale on pozostawał bez ruchu… ja także… i nie mogliśmy ze sobą rozpocząć, początku nam brakło, nie wiadomo było, rzeczywiście, jak zacząć…
Naraz wsunęła się do salonu Henia.
Nie zauważyła mnie – przystąpiła do Wacława – sia- dla obok niego, cicha. Niby – proponując zgodę. Zapewne była (nie widziałem dobrze) grzeczna. Pojednawcza. Układna. Potulna. Bezradna może. Zgubiona. Co to?
Co to? Czyżby i ona miała dość… tamtego… czy bała się, chciała się wycofać, w narzeczonym szukała oparcia, ratunku? Siadła przy nim grzecznie, bez słowa, oddając mu inicjatywę, miało to znaczyć: „masz mnie, teraz zrób coś z nami".