Zaśmiał się, zaś Jamie wyszczerzył zęby. Mówi poważnie, zastanawiał się Jamie, czy drażni się ze mną?
— Ogniwa słoneczne są zatkane pyłem — powiedziała Dezhurova.
Patrząc w górę na górne segmenty łazika, Jamie zobaczył, że ma rację.
— Wiatr nawiał pył na panele, ale nie zwiał go.
— To paskudztwo jest jak tarka — rzekł Trumball. — Pewnie uszkodziło panele.
— Chodźcie tędy — rzekła Dczhurova. — Klapa jest po zawietrznej.
Jamie poszedł za nią, patrząc na odciski jej stóp na piasku. Tu grunt był stabilny, ale parę metrów stąd znajdował się brzeg krateru.
Dezhurova sięgnęła do przycisku otwierającego klapę.
— Nic z tego.
— Panele słoneczne nie działają, więc akumulatory musiały wysiąść całe lata temu.
— Przejdziemy na ręczne sterowanie — mruknęła Dezhurova, wyciągając mały bezprzewodowy śrubokręt elektryczny z przybornika na udzie skafandra.
Jamie patrzył, jak rozkręca panel skrywający moduł sterowania ręcznego. Śruby opierały się, unieruchomione przez czas i szorstki pył. Dezhurova zaczęła kląć cicho po rosyjsku, gdy śrubokręt zaczął tracić moc. Jamie słyszał jej mruczenie w słuchawkach i zaczął się bać, że końcówka śrubokręta rozedrze jej rękawicę. Rozdarcie skafandra kosmicznego mogło mieć o wiele gorsze skutki niż otarta kostka.
Śrubokręt w końcu poradził sobie z pierwszą śrubą i przekleństwa Dezhurovej ustały. Z pozostałymi śrubami poszło łatwiej.
— Zawsze jest jakiś sposób — rzekła, nie odrywając wzroku od pracy. — Zawsze na początek wybiera się najgorszą.
Koło, które służyło do ręcznego otwierania klapy, okazało się jeszcze gorsze. Dezhurova me była w stanie go ruszyć. Trumball złapał je ochoczo i razem zaparli się i walczyli, aż śluza zaczęła się otwierać. Potem obracanie stało się łatwiejsze i drzwi stanęły otworem.
— Dobra, Jamie — wysapała Dczhurova. — Pan przodem. Zostań na zewnątrz, Stacy — przypomniał jej — dopóki nie sprawdzimy środka.
— Zgoda, wodzu — odparła.
Zastanawiając się, czy użyła proponowanego przez Trumballa przezwiska celowo czy przez przypadek. Jamie postawił jeden but na szczeblu krótkiej drabinki i złapał brzegi otwartej klapy obydwoma rękami. Potem podciągnął się do śluzy, odnotowując gdzieś na marginesie pamięci, że przyzwyczajenie się do marsjanskiej grawitacji, będącej jedną trzecią ziemskiej, miało swoje wady: w skafandrze i z plecakiem podciągnięcie się wymagało sporego wysiłku.
Sterowanie ręczne wewnętrznej klapy znajdowało się tuż za panelem sterowania elektrycznego. Obrócenie go też było niełatwe, ale Jamie zdołał przekręcić je sam i wewnętrzna klapa powoli się otworzyła.
— Dobrze, wchodzę — oznajmił.
— Ja też — rzekł Trumball.
Słysząc jego posapywanie przy przeciskaniu się przez śluzę, Jamie pomyślał z satysfakcją, że Dex też musi się trochę namęczyć, aby się wspiąć.
Wnętrze było strasznie zabałaganione. Cała czwórka chorowała na szkorbut, kiedy Rosjanie przybyli ich uratować i zostawili łazik nawet nie myśląc, żeby w nim posprzątać. Pościel na pryczach była zwinięta i zmięta, takjak ją zostawili. Jamie pomyślał, że wyglądają na przepocone, choć resztki wilgoci pewnie ulotniły się całe lata temu.
Usłyszał stojącego za nim Trumballa:
— Więc to tutaj się stało. — Młody mężczyzna mówił ciszej niż zwykle.
Zwracając się w jego stronę Jamie zobaczył, że Dex zagląda przez klapę, która łączyła to pomieszczenie ze środkowym segmentem, zamienionym w ruchome laboratorium biologiczne.
— To tu Brumado i Malater odkryły porosty — powiedział Trumball, jakby patrzył na świętą kapliczkę.
— Zgadza się — odparł Jamie. Zobaczył w myślach Joannę, wystraszoną i słodką Joannę, z wielkimi ciemnym oczami i uroczą twarzyczką sierotki. Kobieta-dziecko, w której się zakochał. Córka Alberta Brumado, którą poślubił. Kobieta, która w końcu dorosła i opuściła go.
Nigdy mnie nie kochała, uświadomił sobie Jamie po raz tysięczny. Może na początku tak myślała, ale nigdy mnie nie kochała. A czyja byłem w niej zakochany? Potrząsając głową w hełmie, Jamie pomyślał: bez względu na to, co to było, sknociłeś sprawę.
— Chłopie, ile jakieś muzeum by zapłaciło, żeby mieć ten kawałek sprzętu w swoich zbiorach — powiedział Trumball, a nabożny zachwyt w jego głosie ustąpił miejsca ekscytacji.
Jamie już miał odburknąć jakąś odpowiedź, ale w porę się zreflektował. Ten sprzęt jest o wiele za ciężki, żeby go zabrać z powrotem na Ziemię. Sekcja startowa ładownika prawdopodobnie nie byłaby w stanie go unieść.
Jakby czytając Jamiemu w myślach, Trumball mówił dalej:
— Zrobimy z mego atrakcję dla zwiedzających. Może zaparkujemy go z powrotem na dnie kanionu, gdzie dokonano odkrycia i będziemy tam wozić turystów.
Jamie doświadczył nagle wizji nawajskich kobiet rozkładających koce na chodnikach głównego placu Santa Fe, próbujących sprzedać pamiątki turystom.
— Wszystko w porządku? — W słuchawkach rozległ się głos Stacy Dezhurovej.
— Jesteśmy w środku — oznajmił Jamie. — Żadnych problemów.
— Wchodzę — odparła. — Musimy sprawdzić systemy elektryczne.
— Dobrze.
Prawie po godzinie Dezhurova ogłosiła to, o czym i tak cały czas wiedzieli.
— Martwy jak dinozaur — rzekła, siedząc na fotelu pilota. Stając za nią, patrząc na puste ekrany i martwe wskaźniki deski rozdzielczej, Jamie skinął głową w środku hełmu. A czego się spodziewałeś? — spytał sam siebie. Leży tu od sześciu lat, co noc temperatura spada poniżej minus sto, pył zakrył panele słoneczne. Akumulatory musiały wysiąść po paru dniach, najwyżej po tygodniu. Ogniwa paliwowe padły, wodór się ulotnił.
— Będziemy musieli go holować — rzekł Trumball.
— Jeśli zdołamy — rzekł Jamie.
— Czemu nie?
Jamie chciał wzruszyć ramionami, ale skafander mu to uniemożliwił.
— Spróbujemy i zobaczymy.
— Dobrze — rzekła Dezhurova. — Zabierzmy się do tego, nim zajdzie słońce.
Soi 15: Zachód słońca
Jamie poczuł nutę niepokoju, gdy patrzył na słońce: było niepokojąco małe, skurczone, widoczny znak, jak daleko byli od domu.
Teraz dalekie słońce prawie dotykało nierównego horyzontu, niemrugające czerwone ostrzegające oko na płonącym miedzianym niebie. Jamie musiał przekręcić całe ciało w niewygodnym, twardym skafandrze, żeby spojrzeć w innym kierunku. Niebo było tam ciemne, z paroma jasno świecącymi gwiazdami. Ziemia była teraz wieczorną gwiazdą, wiedział o tym, ale nie miał czasu szukać jej ani czekać na zorzę.
Kiedy cienie zmroku dotarły do nich na drugą stronę klifu, przyciągnęli linę z bębna doczepionego do przedniej części ich łazika, zamocowali ją do haka z tyłu starego pojazdu, po czym jedno po drugim weszli do środka. Odkurzenie pyłu zajęło im kolejne pół godziny, choć żadne nie ściągało z siebie skafandra.
Dezhurova podniosła się i przeszła do kokpitu. Trudy Hali siedziała po prawej stronie, w samym kombinezonie wyglądała na malutką, prawie jak elf.
Stacy sprawdziła deską rozdzielczą i zaczęła uruchamiać silniki kół. Jamie i Dex stali za nimi. Obaj mężczyźni podnieśli wizjery i zdjęli rękawice.
— Jesteś pewien, że koła są na luzie? — spytał Trumball. Jamie skinął głową w hełmie.