— A jak ty sobie radzisz?
Jamie byt jej wdzięczny za zmianę tematu. Powrócił do problemu bezpieczeństwa prac, jakie wykonywali. Opowiadając jej o wyciąganiu starego łazika z piasku, przypomniał sobie, że ta pożądana przez niego kobieta mogłaby zniszczyć jego ekspedycję, gdyby miała taką ochotę.
Przypomniał sobie Ilonę Malater, która podczas pierwszej ekspedycji zdecydowała, że będzie seksterapeutką. Powodowała napięcia, które były prawie nie do zniesienia, zwłaszcza wśród Rosjan.
Vijay była inna. Przede wszystkim młodsza. I chyba śmiała się z innych, prywatnych dowcipów. Przyznawała, że ma pokręcone poczucie humoru, ale Jamie wiedział, że potrafi je utrzymać w ryzach, wraz z innymi pasjami.
Dobrze byłoby, gdyby… pomyślał. Lecz drugi głos w duszy spytał: a jeśli nie? Co wtedy zrobisz?
Obrazy
Tomas Rodriguez z roztargnieniem bębnił palcami po stole, w meksykański rytm trąbek i smyczków z płyty CD, której słuchał, wpatrując się w ekran komputera. Próbował wyłowić jakiś sens z tego, co złapały kamery samolotu zwiadowczego.
Było już dobrze po północy. Siedział sam w laboratorium geologicznym kopuły, otoczony półkami zapełnionym czerwonymi, wyszczerbionymi skałami i plastykowymi pudełkami z rdzawoczerwoną glebą. W kopule było cicho i ciemno; słuchał muzyki po cichu, tylko po to, by dotrzymała mu towarzystwa, gdy wszyscy inni spali.
Rodriguez bardzo chciał zobaczyć to, o czym Jamie Waterman myślał, że zobaczył: sztuczną budowlę w niszy na dwóch trzecich wysokości stromego, wyszczerbionego klifu północnego czoła Tithonium Chasma. Próbował ją dostrzec z całych sił.
Obraz na ekranie pokazywał niszę, ciemne wgłębienie w masywnym czole klifu z wypiętrzoną skałą zwieszającą się nad nią.
Przewieszka sprawiała, że nisza pozostawała w cieniu, choć słońce oświetlało ścianę klifu.
Samolot nie jest dobrą platformą dla takich zdjęć, myślał Rodriguez, patrząc, jak nisza robi się coraz większa, po czym znika z widoku, gdy samolot wyleciał poza kanion.
Z cierpliwym westchnieniem wrócił na początek sekwencji, zwolnił odtwarzanie i patrzył z jeszcze większą uwagą. Samolot nadlatywał nad klif prawie prosto, kamery dziobowe mierzyły w niszę. Palce Rodrigueza biegały po klawiaturze, ustawiając najwyższy poziom rozjaśnienia, jaki mógł uzyskać. Czoło klifu prawie znikło, ale wnętrze niszy pozostało nieprzeniknione.
Zatrzymał obraz uderzeniem grubego palca wskazującego w klawisz. Tak, coś tam było, formacja skalna jaśniejsza od reszty. Wyglądało na to, że biegnie równolegle do brzegu niszy. Dość prosto.
Ściana? Rodriguez wypuścił powietrze z płuc. Quien sabel.
— Czy to jest ta wioska Jamiego?
Jej głos zaskoczył go. Rodriguez obrócił się na swoim krześle z kółkami i zobaczył Vijay Shektar stojącą w drzwiach laboratorium, z plastykowymi kubkami w obu dłoniach. Miała na sobie kombinezon, jak wszyscy. Przedni rzep był jednak rozpięty na długości paru cali, wystarczająco, żeby co nieco zobaczył. Jezu, ależ ona jest seksowna, pomyślał.
— Nie mogłam spać — wyjaśniła. — Pomyślałam, że trochę gorącej herbaty ci się przyda.
Tomas zauważył, że oba kubki lekko parują. I uświadomił sobie, kiedy tak cicho mówiła, że jej głos ma gardłowe, ciepłe brzmienie.
— Słyszałam muzykę. To z Meksyku, prawda? — powiedziała, wchodząc do laboratorium. — Pomyślałam, że masz ochotę na herbatkę.
Wziął kubek i chciał jej podziękować, ale głos uwiązł mu w gardle. Jak cholernemu dzieciakowi. Nabrał powietrza do płuc i powiedział ostrożnie:
— Tak, to z Meksyku. Mariachi. Tamtejszy odpowiednik country western.
— Naprawdę? Skinął głową.
— Tak. Same banały: kochałem cię, ale odeszłaś. Złamałaś mi serce, bo zdradziłaś.
— I zabrałaś moją półciężarówkę — dodała.
— I mojego psa.
Vijay zaśmiała się. Po czym powiedziała:
— Ktoś mi raz powiedział, że to muzyka dla przegranych. Rodriguez wzruszył ramionami.
— Mnie się podoba.
— Czy to wioska Jamiego? — spytała ponownie. Stała tak, z oczami utkwionymi w ekranie, nie patrząc na Rodrigueza.
Kubek herbaty w dłoni parzył. Westchnął.
— To nie jest wioska.
— Jesteś pewien?
— Raczej tak.
Herbata była dalej za gorąca, ale podniósł kubek do ust i wypił trochę bez wahania. Parzyła. Tłumiąc okrzyk bólu, odstawił kubek na biurko.
— Weź sobie krzesło — powiedział, zastanawiając się, czy ma pęcherze na języku — a ja ci pokażę, co zarejestrowaliśmy.
Siedząc na drugim z niewielkich laboratoryjnych krzesełek, Vijay zauważyła:
— Nie śpisz do późna.
— Ty też.
Wzruszyła ramionami i na widok tego ruchu poczuł podniecenie.
— Nigdy dużo nie sypiałam. — Aha.
— A ty? Nie powinieneś odpoczywać? Powinieneś o siebie dbać. Rano musisz być jak nowy.
Zgodnie z regulaminem ekspedycji, Rodriguez był odpowiedzialny za kopułę, gdy Jamie i Stacy przebywali poza nią. Był astronautą drugiej rangi, a przez to stawał się dowódcą, gdy pierwszy astronauta i dyrektor misji byli nieobecni. Naukowcy nie zwracali jednak większej uwagi na ten protokół. Rodriguez był pewien, że posłuchaliby go wyłącznie w razie jakiegoś niebezpieczeństwa. A i to nie na pewno.
— Nic mi nie będzie — odparł, myśląc, że bardzo chętnie odmaszerowałby do łóżka, gdyby tylko ona była z nim.
Znów zainteresowała się ekranem.
— Więc twoim zdaniem nie ma tam wioski ani niczego nienaturalnego?
Pachniała perfumami. Był tego pewien. Delikatnie, ale pachniała czymś kobiecym. Opanowanie odruchu wzięcia ją w ramiona wymagało wysiłku. Odwracając się niechętnie, Tomas znalazł dość siły, by powiedzieć:
— Zobacz sama.
Spędzili kolejne pół godziny, oglądając obrazy z samolotu: wizja, podczerwień, radar, fałszywe kolory, nawet krótki przegląd danych chromatografii gazowej, co dało im tylko skład powietrza nad kanionem.
Siedziała obok niego, tak blisko, że prawie stykali się ramionami. Tomas poczuł, jak kropla potu zbiera mu się nad górną wargą.
Vijay westchnęła z niepokojem.
— Ani śladu „Witajcie Ziemianie”, prawda?
Czy ona robi to specjalnie? — zastanawiał się Tomas. Czy ona wie, jak działa na mężczyzn?
— Gdyby to był ktokolwiek inny poza Jamiem, to powiedziałbym, że tracimy czas.
— Ale z Jamiem to co innego?
— Jest dyrektorem ekspedycji — rzekł Rodriguez. — I był tu już.
— I dlatego ma rację? Zastanowił się przez chwilę.
— Nie. Ale to oznacza, że poszlibyśmy za nim, żeby sprawdzić jego przeczucia.
Vijay spojrzała mu prosto w oczy.
— Jak daleko poszedłbyś za Jamiem?
— Za Jamiem? Co masz na myśli?
— Załóżmy, że Jamie poprosi cię, żebyś się wybrał z nim w tę okolicę, by sprawdzić, co to naprawdę jest. Pojechałbyś?
— Tak. Oczywiście.
— Dlatego, że jest dyrektorem misji? Rodriguez zawahał się.
— Chyba tak. A także… Chyba pojechałbym, nawet gdyby nie był szefem.
— Dlaczego?
Poczuł, jak marszczy brwi. To jest jakiś test psychologiczny, uświadomił sobie. O to jej chodzi. Robi to, żeby sporządzić jakiś pieprzony raport na mój temat.
— Lubię Jamiego — rzekł. — Ufam mu. Chyba czułbym się zaszczycony, gdyby poprosił mnie o pojechanie z nim do kanionu.