Jamie wiedział, że astronauta nadal przeżywa utratę samolotu bezzałogowego.
— Chcesz powiedzieć — poprawiła go Trudy Hali — co sobie jakiś programista wydumał z założeń inżynierka.
— A obaj pracowali dla firmy budującej silniki rakietowe — podkreśliła Dezhurova.
— Och, przestańcie — protestował Trumball. — Mamy dane testowe, na litość boską. Odpalali te silniki dziesiątki razy.
Jamie pozwolił im się kłócić. Niech Tomas ulży sobie po utracie samolotu. Obwiniał się o to, co się stało, a przynamniej nie potrafił określić, dlaczego. Niech się kłócą i wykażą parę ważnych punktów dotyczących bezpieczeństwa i ostrożności. Wszystkim nam to dobrze zrobi.
Jamie zdecydował, że decyzję dotyczącą wystrzelenia zapasowego generatora zostawi Pete’owi Connorsowi i ekspertom rakietowym na Ziemi. Trumball nie poleci do Arcs Vallis, dopóki najwięksi eksperci na Ziemi nie zgodzą się, że można go bezpiecznie przemieścić i posadzić tam, gdzie jest potrzebny.
Wydawało się jednak, że Dex ma opracowane wszystkie argumenty. Pracuje nad tym planem od dawna, pomyślał Jamie, pewnie od startu z Ziemi. Cwaniaczek. Sprytny chłopczyk.
Po drugiej stronie stołu siedziała Vijay Shektar, milcząca jak zawsze. Jej wzrok spoczywał na Trumballu, który prezentował ożywioną obronę swojego pomysłu przed wątpliwościami obu astronautów i Oposa Craiga.
Podejście Craiga ubawiło Jamiego. Mruczał ponuro:
— Prawo Murphy’ego, Dex: jeśli coś ma się popsuć, na pewno się popsuje. A ty będziesz pierońsko daleko od ekipy ratunkowej, jeśli się tak stanie.
Ostrzeżenia te Trumballa całkowicie nie zniechęcały. Jamie uświadomił sobie jednak, że Craig trafił w czuły punkt. Regulamin ekspedycji stanowił, że żadna wyprawa nie może oddalić się od bazy na taką odległość, by zespół ratowniczy nic mógł dotrzeć do łazika, który popadł w tarapaty. Jeśli Trumball wpakuje się w kłopoty w drodze do Ares Vallis, nie będzie szans, by go uratować.
Chyba że Stacy albo Rodriguez polecą samolotem rakietowym. Jeśli nawet, w samolocie mieszczą się dwie osoby. Konieczne byłyby dwa loty ratunkowe. Niebezpieczne, pomyślał Jamie. Bardzo niebezpieczne, ale wystarczy, żeby nagiąć regulamin. Kiwając głową Jamie uświadomił sobie, że Dex opracował wszystkie aspekty wyprawy do Ares Yallis.
Jamie spojrzał znów na Vijay, która nadal obserwowała Trumballa z uśmieszkiem na ustach.
Jeśli Dex chce ryzykować własnym tyłkiem, czemu nie? Jamie uprzytomnił sobie jednak, że Dex nie pojedzie tam sam. Niedobrze, pomyślał. I zaraz poczuł się winny.
Soi 18: Noc
— …i taki mamy plan, tato — mówił Dex do mikrofonu przyczepionego o parę milimetrów od jego ust. — Możesz zacząć zbierać oferty na sprzęt, który leży na Marsie od ćwierćwiecza! Powinniśmy zgarnąć parę megadolców, nie?
Trumball siedział na pryczy w swojej kwaterze, z laptopem na kolanach, słuchawką i mikrofonem podłączonymi do maszynki. Nie bał się, że ktoś go podsłucha, choć zapewniające trochę prywatności ściany przedziałów sypialnych nic sięgały sufitu. Nie spodziewał się też szybkiej odpowiedzi od ojca; odległość od Ziemi skutecznie to uniemożliwiała. Poza tym znał staruszka — musiał wszystko przemyśleć, zanim odpowiedział.
Dex był przekonany, że ojciec zachwyci się pomysłem. Odzyskanie Palhfindera i malutkiego Sojournera to mistrzowskie posunięcie. Już widział szaleńczą licytację muzeów i potentatów rozrywkowych z całego świata. Tacie to się spodoba, powtarzał sobie. To pewna forsa.
Darryl C. Trumball był w biurze, rozmawiał przez telefon z szefem swojego londyńskiego biura. Nieruchomości w Europie Wschodniej znów leciały na łeb — na szyję, a starszy Trumball zauważył, że szczęście znów się do niech uśmiechnęło. Kupuj tanio, sprzedawaj drogo: przez całe życie postępował zgodnie z tą zasadą. Nigdy go nic zawiodła.
Jedną ze ścian biura Trumballa stanowiło wielkie okno z przepięknym widokiem na port w Bostonie. Widział stąd maszty „Old Ironsides” przy nabrzeżu w Charleston. Trumball w ten sposób badał sobie wzrok każdego dnia, gdy widoczność była odpowiednia. Na przeciwnej ścianie był inteligentny ekran, który pokazywał panoramiczne widoki wszystkiego, co sobie tylko zamarzył. Pokazywał pracownikom filmy z Marsa, które przysłał mu syn. Wszyscy byli karnie zachwyceni.
W tej chwili większość ekranu była pusta; w jednym rogu widać było tylko szczupłą, przystojną twarz jego londyńskiego pracownika.
— Obawiam się, że Francuzi robią co mogą, żeby nam utrudnić życie — mówił ze smutkiem szef londyńskiego biura.
— W jaki sposób? — spytał Trumball.
Mężczyzna na ekranie był wzorcowym wcieleniem arystokratycznego Anglika: szpakowaty, z przystrzyżonym wąsem, w garniturze z Savilc Row.
— Wygrzebali trochę starych unijnych przepisów o podatku od nieruchomości…
Gdy Londyńczyk mówił, na konsoli telefonicznej Trumballa zapaliło się światełko telefonu. Dotknął go eleganckim piórem, które obracał nerwowo w palcach. Na małym wyświetlaczu pojawił się napis: OSOBISTA WIADOMOŚĆ OD SYNA.
— …więc obawiam się, że albo musimy w jakiś sposób odeprzeć żabojadów, albo pogodzić się z koniecznością doliczania podatku do każdej…
— Wrócimy jeszcze do tej rozmowy — przerwał mu brutalnie Trumball.
Anglik wyglądał na zdziwionego.
— Stało się coś ważnego. Mój syn. Poleciał z ekspedycją na Marsa.
— Mam nadzieję, że nic się nie stało.
— Na pewno nie. Oddzwonię. A tymczasem, sprawdźcie, czy nic da się jakoś przekonać Francuzów, żeby wszystko było po naszemu. Przekonać, oznaczało u Trumballa łapówkę.
Anglik miał sceptyczny wyraz twarzy, ale odparł:
— Dopilnuję tego.
— Dobrze.
Trumball oczyścił ekran ścienny, po czym wywołał wiadomość od syna. Twarz Dexa zawisła nad nim, olbrzymia. Trumball szybko zmniejszył rozmiar do normalnego.
— Tato, mam pomysł na interes stulecia — zaczął Dex z uśmieszkiem kota, zjadającego kanarka.
Trumball słuchał planu swego syna, polegającego na odzyskaniu starego złomu i myślał, że chłopak chudo wygląda. Gdyby matka go zobaczyła, zaraz wpadłaby w histerię i chciała mu kazać jeść więcej i zażywać witaminowe szpryce.
Szybko jednak zapomniał o fizycznym wyglądzie Dcxa, gdy syn, podekscytowany, rozwijał szczegóły swego planu. Mój Boże, myślał Trumball, chłopak ma niezły pomysł. Wystarczy parę telefonów i będę miał tuzin licytantów do tego śmiecia. Wystarczy tyle. Może nie tylu. Do końca dnia będą setki licytujących, ze wszystkich zakątków globu.
Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl. A może zaproponować ten złom Francuzom? Muszą mieć jakieś muzeum nauki, które tylko o tym marzy. Albo Disneyland pod Paryżem!
Zaśmiał się głośno. Słodko ćwierkający Francuzi z kupą kosmicznego złomu i załatwienie wschodnioeuropejskiego interesu! To zadziała! Zaraz powiem o tym ludziom w Londynie. Pokażemy im, kto tu jest specem od rozwiązywania problemów. Powiemy im, że doroczna premia należy się mnie!
Odtworzył ponownie wiadomość od Dexa, po czym zawołał swojego doradcę do spraw naukowych, fizyka z MIT, którego trzymał w rezerwie. Potem wykonał dwa telefony, jeden do dyrektora zarządzającego firmy, która wyprodukowała silniki pojazdu i rakietowego generatora paliwa, a drugi do centrum kontroli misji na Tarawie.
Zapadł zmierzch, gdy Trumball uznał, że dysponuje wystarczającymi informacjami, by powziąć decyzję.
Następnego dnia Dex miał mnóstwo pracy przy katalogowaniu skał i próbek gleby, które przywieziono z Tithonium Chasma oraz badaniu skał w celu sprawdzenia, czy zawierają zw iązki uwodnione. Jak chirurg badający guz, rozcinał skały diamentową piłą, a następnie ciął je na plasterki tak cienkie, że prawie przezroczyste.