— Oczywiście — odparł Jamie, czując, że jego entuzjazm uchodzi.
Vijay zachichotała.
— Dex próbował mnie raz przekonać, że oboje zmieścilibyśmy się do jednego skafandra.
— Tak? — mruknął Jamie. Uśmiechnęła się do niego szeroko.
— A ty jak myślisz, Jamie? Jesteś od niego szczuplejszy. Zmieścimy się oboje do jednego skafandra?
Jamie nie wiedział, co powiedzieć, dopóki nie przypomniał sobie starego powiedzonka jednego z kolegów ze studiów.
— Vijay, nie pozwól twym ustom wystawiać czeku, którego nie mogłoby zrealizować ciało.
Tym razem jej brakło słów. Uśmiechając się, Jamie rzekł:
— Szesnasta zero zero przy śluzie. Zrozumiano?
— Tak jest — zasalutowała.
Dex Trumball był nadal zdenerwowany rozkazem ojca. Planowanie wyprawy do Ares Vallis zajmowało coraz więcej czasu, zwłaszcza teraz, gdy testowali nowy system naprowadzania dla dopalaczy rakietowych generatora paliwa. Jamie zatwierdził poważną zmianę w osobistym harmonogramie Dexa i Craiga. Pozwolił im spędzać większość czasu na przygotowaniu wyprawy, kosztem odkładania zwykłych prac, także raportów stratygraficznych, które były tak ważne dla zrozumienia skali czasowej marsjańskich sił geologicznych.
Sam Jamie skorzystał trochę na tym rozluźnieniu, przecież był geologiem. Próbował wydobyć choć trochę sensu z różnych warstw skały i określić, kiedy powstała każda z nich. Dex wiedział, że powinien zrobić to sam — jego własna praca na tym cierpiała i doskonale o tym widział.
Jasne, pomyślał. Jeśli ktoś się przyczepi, że jesteśmy do tyłu z pracami geologicznymi, może powiedzieć, że to moja wina.
Dex nic powiedział nikomu o stanowczym zakazie udania się na ekspedycję. Skasował wiadomość od ojca i włamał się do głównego komputera ekspedycji, żeby nie został po niej żaden ślad.
On nic chce, żebym tam jechał, powtarzał sobie Dex, gapiąc się na odczyty z komputera naprowadzającego. Opos Craig był na zewnątrz, mocując zestaw czujników do pojazdu rakietowego, żeby w ten sposób odnieść jakieś korzyści naukowe z zapowiadanego lotu w rejon Xanthe Terra. Stacy Dezhurova będzie zdalnie sterować tym lotem z bazy. Dex pracował wraz z nią, żeby określić wszystkie parametry lotu.
Nic chce, żebym tam poleciał, bo uważa, że wszystko spieprzę. Nie ufa mi. Jestem na cholernym Marsie, a on dalej mi nie ufa! Jeśli nawet wszystko pójdzie zgodnie z planem i sprzęt zostanie dostarczony na Ziemię bez jednej rysy, on będzie mógł powiedzieć, że to nie ja tego dokonałem. Nie miałem dość rozumu ani jaj, żeby tam pojechać i zrobić to samemu.
Do diabła z tobą, tatuśku! Jadę. I nie będziesz mógł nic zrobić, żeby temu zapobiec. Pojadę tam sam i pokażę ci, że umiem sobie radzić. Zanim się dowiesz, będę już w drodze. Wypchaj się, tatuśku-staruszku. Nie jestem od ciebie zależny. Mów albo myśl co chcesz, tu jestem na swoim.
— Coś mi się wydawało, że wspomniałeś o wolnym czasie — głos Vijay w słuchawkach brzmiał, jakby była lekko rozbawiona.
We dwójkę podeszli do załogowego rakietoplanu, który Rodriguez składał przez ostatni tydzień. Podobnie jak zdalnie sterowane samoloty zwiadowcze, był zbudowany z cienkiej jak pajęczyna plastykowej powłoki, naciągniętej na szkielet z ceramicznego tworzywa cerplast. Jamicmu przypominał trochę za duży model samolotu zrobiony z folii kuchennej, z dziwnie zakrzywionym wirnikiem z sześciu ostrzy na nosie.
Był jednak wystarczająco duży, by zabrać dwie osoby. W porównaniu z bezzalogowymi samolotami był wielki. Rodriguez powiedział, że to po prostu zbiornik na paliwo ze skrzydłami. Skrzy dła sterczały szeroko na boki, opadając na końcach do ziemi. Kokpit wyglądał na malutki, szklana banieczka na przedzie. Silniki rakietowe doczepione tam, gdzie skrzydła łączyły się z kadłubem, wyglądały na zbyt małe, by cokolwiek unieść.
Samolot był tak zaprojektowany, by używać silników rakietowych przy starcie, a po wzniesieniu się na pewną wysokość — przerzucić się na silniki elektryczne zasilane z paneli słonecznych. Marsjańskie powietrze zawierało za mało tlenu, by mógł w nim pracować silnik odrzutowy. Silniki rakietowe były główną siłą napędową samolotu, ogniwa słoneczne — drugorzędną.
— Tak, to jest mój czas wolny — rzekł Jamie do Shektar. — Może przywitamy się z Tomasem podczas spaceru, co?
— Mając cały Mars dookoła, musimy akurat iść w tym kierunku — rzekła.
Usłyszał przekomarzanie się w jej głosie. Jamie zawołał do Rodrigucza:
— Hola Tomas! Que pasał.
Odziany w skafander astronauta klęczał koło skrzydeł samolotu, z obydwoma dłońmi w rękawicach wetkniętymi do wnętrza otwartego panelu na obudowie silnika. Nie sposób było stwierdzić, czy odwrócił głowę we wnętrzu skafandra, ale przez słuchawki doleciał jego głos:
— Tengo un problema con este maltido… ech, wtryskiem paliwa.
— Co on powiedział? — spytała Shektar.
— W czym problem? — zapytał Jamie po angielsku. Usłyszał chichot Rodrigueza.
— Dobrze, że przeszliście na angielski, bo nie znam hiszpańskiego na tyle, żeby wyjaśnić problem uszczelnianych smarem połączeń i systemów zapłonu działających w niskich temperaturach, Rodriguez najwyraźniej przestał się już zamartwiać utratą bezzałogowego samolotu. Jamie uważnie go obserwował, wiedząc, że Tomas miał być pilotem podczas lotu z Fuchidą w rejony, gdzie zaginął pierwszy samolot. Astronauta bardzo starał się dowiedzieć, dlaczego ten się rozbił, ale im bardziej zbliżał się termin jego lotu, tym mniej wiedział o przyczynie katastrofy.
Przez kilka minut Jamie i Rodriguez gadali takim technicznym slangiem, że Shektar nic z tego nie rozumiała. Jamie zapytał wreszcie:
— No i jak, Orville, poleci?
Rodriguez zaśmiał się.
— Poleci, Wilbur. Nawet gdybym miał własną krwią nasmarować te cholerne pompy paliwa.
Jamie uświadomił sobie, że Rodriguez mówi całkiem serio, choć lekkim tonem. To on ma pilotować ten samolot. Nie miało znaczenia, ilu techników na Ziemi przejrzało go i zatwierdziło. To na nim ciąży ostateczna odpowiedzialność. Czy Tomas jest psychicznie gotowy do tej misji? Chyba powinienem porozmawiać o tym z Shektar.
Pamiętał, jak Connors coś mu powiedział podczas treningu przed pierwszą ekspedycją.
— Patrzcie tylko na skromnego żółwia — zacytował astronauta. — Dokona postępów tylko wtedy, gdy wystawi głowę ze skorupy.
Mądrość pilotów. Humor astronautów. Ale to prawda, zdał sobie sprawę Jamie. Gdybyśmy chcieli być bezpieczni, nadal tkwilibyśmy w naszych domach na Ziemi. Do licha, tkwilibyśmy w jaskiniach, za bardzo wystraszeni, żeby użyć ognia.
— Ktoś mi obiecał spacer po okolicy — przypomniała mu Shektar.
— Oczywiście — odparł. — Walcz dalej, Tomas.
— A co mam innego do roboty?
Jamie i Vijay obeszli ogon samolotu dookoła i ruszyli w stronę zachodzącego słońca. Przełączyli częstotliwość radia skafandra z ogólnej na taką, która pozwała im nie niepokoić Rodrigueza ani nikogo innego w kopule.
Vijay odezwała się bez żadnych wstępów:
— Tommy’emu już chyba przeszło.
— Powiedział ci, że ma problem? — spytał Jamie z zaskoczeniem.
— On? No co ty.
— To skąd wiedziałaś?
— Jaki byłby ze mnie psycholog, gdybym nie zauważyła jego spojrzenia zbitego psa? — głos Shektar w słuchawkach brzmiał, jakby była rozbawiona. — Biedny chłopak snuł się wszędzie jak zdechła ryba.
— Czuł się odpowiedzialny za katastrofę samolotu — rzekł Jamie.