Выбрать главу

Machając zapakowaną w rękawicę dłonią w stronę klapy, Dex rzekł do Craiga:

— Dobra, szefie, ty pierwszy idziesz do śluzy.

Craig spojrzał na Jamiego, opuścił wizjer i ruszył w stronę klapy.

— Powodzenia — wtrąciła Vijay.

— Dzięki — odparł Trumball. Craig pomachał, wchodząc do otwartej śluzy.

Cała trójka stała w milczeniu, czując się niezręcznie, zaś śluza wykonywała swój program. Kiedy panel zapalił się na zielono, Trumball otworzył klapę i wszedł do środka.

Zanim ją zamknął, zwrócił się do Jamiego i Vijay.

— Jeszcze jedno, Jamie, nie zdążyłem pożegnać się z ojcem. Wyślesz mu wiadomość, że jestem na wyprawie?

— Jasne — odparł Jamie, zaskoczony rozsądkiem pobrzmiewającym w głosie Trumballa.

Klapa zamknęła się. Jamie ruszył w stronę centrum komunikacyjnego, Shektar obok niego.

— Musiałeś mu to zrobić?

— Co? — spytał Jamie.

— Poniżyć go.

— Poniżyć? — Jamie poczuł lekki szok, ale nie było to zaskoczenie. Raczej rozczarowanie, że Vijay tak postrzega jego decyzję.

— Ogłosić oficjalnie, że jest podwładnym Oposa — mówiła dalej.

— To takie umniejszające.

Mijając wejścia do przedziałów sypialnych członków ekspedycji, Jamie powiedział:

— Nie zrobiłem tego dla Dexa, zrobiłem to dla Oposa.

— Naprawdę?

— Dex będzie próbował zmiażdżyć Oposa, ile razy pojawi się między nimi różnica zdań. W ten sposób to Opos będzie podejmował ostateczne decyzje. Może im to obu uratuje życie?

— Naprawdę? — powtórzyła.

— Tak, naprawdę.

Spojrzał na nią. Na jej twarzy rysował się wyraz niedowierzania. Zanim doszli do centrum łączności, Craig i Trumball wspięli się do łazika i włączyli generator elektryczny.

— Szef pozwolił mi prowadzić! — wykrzyknął Dex, a docierający przez radio jego głos rozbrzmiewał udawanym zachwytem.

— Fajnie, fajnie.

Z Rodriguezem siedzącym obok niej, Stacy Dezhurova przeczytała listę kontrolną łazika i zezwoliła na start.

— Jedziemy zobaczyć czarnoksiężnika — rzekł Dex. — Wrócimy za jakiś miesiąc.

— Albo wcześniej — dodał Craig.

— Lepiej wcześniej — powiedział Rodriguez do mikrofonu.

— Święto Dziękczynienia za cztery tygodnie.

— Zostawcie mi nóżkę — powiedział Dex.

Na ekranie Dezhurovej Jamie widział, jak łazik zadrżał i ruszył. Na początku toczył się wołno, potem zatoczył ćwierć okręgu i ruszył na wschód.

— Och, Jamie — zawołał Trumball, gdy toczyli się w stronę horyzontu — nie zapomnij zadzwonić do taty, dobrze?

— Przecież sam możesz do niego zadzwonić i to w tej chwili — odparł Jamie.

— Nie, wolę skupić się na prowadzeniu. Zrób to dla mnie, co? Proszę!

— Jasne, zaraz mu wyślę wiadomość — odparł Jamie.

— Dzięki, wodzu.

Soi 48: Popołudnie

Jamie udał się do swojej kwatery i wysłał krótką wiadomość na Ziemię do Darrylla C. Trumballa, że jego syn znajduje się w drodze do Ares Vallis i prosił, by przekazać, że wszystko jest w porządku.

Podnosząc wzrok znad ekranu laptopa, zobaczył stojącą w drzwiach Stacy Dezhurovą, bliską zasmucenia.

— Co się dzieje, Stacy?

Kosmonautka weszła do sypialni Jamiego, ale nie siadła na pustym krześle. Stała.

Potrząsając głową, przez co jej fryzura na pazia zaczęła latać na wszystkie strony, Dezhurova odparła:

— Nie mogę przestać myśleć o tym, że powinnam pojechać z nimi.

Jamie zamknął system i zatrzasnął pokrywę komputera.

— Stacy, już to przerabialiśmy. Nie możesz być wszędzie.

— Przepisy bezpieczeństwa mówią, że astronauta musi brać udział w każdej wyprawie.

— Wiem, ale ta wycieczka Dexa to dodatkowe zadanie, którego plan nie uwzględniał.

— Ale…

— Usiądź, Stacy — rzekł Jamie, wskazując na krzesło. Poczuł się głupio: w sypialni nie było innego krzesła.

Usiadła ociężale, jak stara, zmęczona kobieta, a Jamie pochylił się w jej stronę z brzegu pryczy.

— Nie mamy tylu ludzi, żeby móc ciq z nimi wysłać. — Tak.

— A Opos jest naprawdę dobry — jak na faceta, który nie jest astronautą.

— Tak — rzekła znów.

— To nic im nie będzie.

— Jeśli jednak coś im się stanie — rzekła — będę się czuć odpowiedzialna. Moje zadanie polega na tym, żeby jeździć z naukowcami i dopilnować, żeby nie dali się zabić.

Jamie wyprostował się.

— Jeśli coś się stanie, to ja będę odpowiedzialny, nie ty. To ja podjąłem tę decyzję, Stacy.

— Wiem, ale… — zamilkła.

— Posłuchaj: Tomas musi polecieć z Mitsuo, bo nie da się tego załatwić inaczej. Ty jesteś potrzebna w bazie. Nie mamy innych astronautów! Co ja mam zrobić, sklonować cię?

Na jej zasmuconej twarzy pojawił się cień uśmiechu.

— Rozumiem, ale nie podoba mi się to.

— Nic im nie będzie. Opos nie jest ryzykantem.

— Tak sądzę.

— Jak się ma Tomas? Uśmiech zgasł.

— Objadł się nieźle przy lunchu. Nie przejmuje się lotem. Jamie uświadomił sobie, że nic nie jadł.

— Pewnie się cieszy.

— Każdy by się cieszył.

Może o to chodzi? — zastanawiał się Jamie. Jest jej przykro, że Tomas pilotuje samolot do Olympus Mons a nie ona? Ale wiedziała, że tak będzie. Boże, ta decyzja została podjęta, zanim przenieśliśmy się na Tarawę.

Przez ostatnie trzy tygodnie Rodriguez wykonał kilka lotów testowych rakietoplanem, wykonując loty, które zaczynały się od prostego koła dookoła bazy i stopniowo wydłużając je aż do samej Olympus Mons i z powrotem. Stacy nigdy nie spytała, czy może pilotować. Nigdy też nie pokazała, że jest nieszczęśliwa z tego powodu, że Tomas pilotuje samolot, a ona jest tylko „pilotem” przy konsoli łączności w bazie.

Ale teraz widać było, jak bardzo jest z tego powodu nieszczęśliwa. Astronauci to piloci, uświadomił sobie Jamie. Ona jest piło tem i nie może latać. Przypomniał sobie, jak się czuł, kiedy wyglądało na to, że nie zostanie wybrany do drugiej ekspedycji na Marsa. Pochylając się niżej, Jamie rzekł:

— Stacy, Nawahowie uczą, że każdy musi znaleźć odpowiednią dla siebie ścieżkę w życiu. Przykro mi, że twoja ścieżka trzyma cię na ziemi, podczas gdy Tomas lata w przestworzach. Będą jednak inne loty, inne misje. Jeszcze sobie polatasz przed opuszczeniem Marsa.

Rozchmurzyła się, ale tylko trochę.

— Wiem. Egoistka ze mnie. Ale ciągle… u licha, żałuję, że to nie ja.

— Jesteś dla nas zbyt ważna, żeby ryzykować twoje życie na takiej wyprawie. Potrzebujemy cię tutaj. Ja cię potrzebuję.

Dezhurova zamrugała ze zdumieniem.

— Ty?

— Ja.

— Nie myślałam o tym w ten sposób.

— Znajdź właściwą ścieżkę, Stacy. Znajdź równowagę, która uczyni twoje życie pięknym.

— Czy to jest droga Nawahów?

— Właśnie tak to działa. Odwróciła wzrok.

— Cóż — rzekł, wstając. — Dex i Opos są w drodze, Tomas i Mitsuo chyba teraz wciągają skafandry?

— Tak — powiedziała, również wstając.

Jamie spojrzał w jej błękitne oczy i uśmiechnął się krzywo.

— Przecież nie jest tak, że nie masz tu nic do roboty. Jej uśmiech wyglądał na wymuszony.