— Tak. Słusznie.
Podeszła do drzwi i odwróciła się.
— Po prostu trochę mi żal, że nie jestem tam, gdzie coś się dzieje.
— To co robisz jest niezmiernie ważne — rzekł. — Prawie wszystko zależy od ciebie, Stacy.
— Tak. Oczywiście.
Odwróciła się i wyszła. Jamie stał przez chwilę, myśląc o tym, że jej oczy mają kolor nieba tylko na Ziemi. Marsjańskie niebo było przeważnie pomarańczowo-brązowe.
Dossier: Anastazja Dezhurova
To Amerykanie nazwali ją Stacy. Jej ojciec wołał na nią Nastia.
Ojciec był inżynierem rakietowym, pracowitym, poważnym, pozbawionym poczucia humoru facetem, który całe miesiące pracował z dala od ich moskiewskiego mieszkania. Podróżował głównie do olbrzymich kosmodromów na jałowych, brązowych pustyniach Kazachstanu. Wracał do domu zmęczony i skwaszony, ale zawsze przywoził jakąś lalkę albo inny podarek dla córeczki. Nastazja była jego jedynym szczęściem.
Matka Anastazji była wiolonczelistką występującą w moskiewskiej orkiestrze symfonicznej, sprytną i inteligentną kobietą, która już na początku małżeństwa zrozumiała, że życie jest o wiele weselsze, gdy jej mąż jest tysiąc kilometrów stąd. Mogła wydawać przyjęcia w ich apartamencie; ludzie śmiali się i słuchali muzyki. Jakiś mężczyzna często zostawał na noc.
Gdy Nastazja dorosła i zaczęła coś pojmować, jej matka kazała jej przysiąc, że jej nie wyda.
— Nie chcemy zranić uczuć taty — powiedziała dziesięciolatce.
Potem, gdy Nastazja była nastolatką, matka mawiała:
— Myślisz, że on jest mi wierny jak wyjeżdża? Mężczyźni tacy nie są.
Jacy są mężczyźni, Nastazja odkryła w szkole średniej. Jeden z uczniów zaprosił ją na imprezę. Podczas powrotu do domu zatrzymał samochód i zaczął się do niej przystawiać. Kiedy się broniła, zdarł z niej ubranie i zgwałcił.
Matka płakała razem z nią i zadzwoniła na policję. Śledczy zachowywał się tak, jakby to Nastazja popełniła zbrodnię, a nie chłopak. Napastnika nie ukarano, a ją napiętnowano. Nawet jej ojciec zwrócił się przeciwko niej, mówiąc, że musiała dać mu do zrozumienia, że jest łatwa.
Kiedy przyjęto ją na politechnikę w Nowosybirsku, z chęcią opuściła Moskwę i pogrążyła się w nauce. Unikała towarzystwa mężczyzn i odkryła, jaką miłość, ciepło i bezpieczeństwo mogą dać inne kobiety.
Odkryła także, że jest zdolna i inteligentna. Zaczęła odkrywać, jaką przyjemność może dać pokonywanie mężczyzn w dziedzinach, w których uważali się za lepszych. Nauczyła się pilotażu i została kosmonautką, a nawet pierwszą kobietą dowodzącą stacją orbitalną z załogą złożoną z dwunastu mężczyzn; pierwszą kobietą, która ustanowiła rekord przebywania na stacji kosmicznej; pierwszą kobietą kosmonautką na Marsie.
Soi 48: Popołudnie
Zabranie na Marsa samolotu i części zapasowych wymagało dodatkowego dopalacza rakietowego. Bezzałogowe samoloty zwiadowcze były malutkie, lekkie, jak szybowce z silnikami napędzanymi z baterii słonecznych, za pomocą których startowały z Ziemi, by wznieść się na wysokość, gdzie mogły latać napędzane marsjańskimi prądami powietrza.
Samolot załogowy musiał być większy. Musiał pomieścić dwie kruche istoty ludzkie i system podtrzymywania życia. Musiał pomieścić zapasy na parę dni. Musiał być w stanie wystartować i wylądować na nierównym terenie.
Musiał być także na tyle pojemny, by zabrać rezerwę paliwa i tlenu, która wystarczyłaby na zawiezienie ich na Olympus Mons i z powrotem bez tankowania.
— Ten ptaszek to prawdziwa cysterna z paliwem — mawiał Rodriguez podczas testowania samolotu, gdy sprawdzał jego osiągi i zachowanie. — Lata też z wdziękiem cysterny z paliwem.
Przygotowanie gładkiego pasa startowego zajęło im parę dni. Dwa małe traktory ekspedycji, zaprogramowane na samodzielne działanie ze sterowaniem z kopuły, przesuwały głazy i wyrównywały małe wydmy; wreszcie inżynierowie z Ziemi byli zadowoleni z prowizorycznego pasa startowego.
Lądowisko na szczycie Olympus Mons nie będzie aż tak gładkie, choć materiał filmowy i zdjęcia z kilkunastu rekonesansów samolotu zwiadowczego wykazały, że blisko najwyższej góry Układu Słonecznego jest trochę szerokich i gładkich płaszczyzn, które mogły służyć za lądowisko.
Niewyjaśniona katastrofa bezzałogowego samolotu opóźniła ekspedycję Fuchidy. Dezhurova, Rodriguez i kontrolerzy misji na Tarawie spędzili cały tydzień na próbach ustalenia, gdzie spadł samolot. Przez następne trzy tygodnie wysyłali w ten rejon dwa pozostałe samoloty, odtwarzali tor lotu pierwszego, szukali wraku, sugestii, wyjaśnień.
Wreszcie Jamie zdecydował, że nie dadzą rady ustalić, co się stało z samolotem. Należało w takim razie odwołać misję Fuchidy albo zorganizować ją mimo tej nierozwiązanej tajemnicy. Jamie zdecydował, że misja się odbędzie. Po paru dniach gorączkowej wymiany zdań z Tarawą i Bostonem, zatwierdzono jego decyzję.
Ostateczna decyzja o lądowaniu na wulkanie miała należeć do Rodrigueza i nikogo innego. Jeśli denerwował się lub niepokoił, ani trochę nie dawał tego po sobie poznać.
Był szczęśliwy jak mały piesek, któremu dano do pogryzienia skarpetkę, gdy wraz z Fuchidą wkładali skafandry.
— Znajdę się w „Księdze rekordów Guinessa” — oznajmił radośnie Jamiemu, który pomagał mu włożyć skafander. Trudy Hali pomagała Fuchidzie, zaś Stacy Dezhurova tkwiła w centrum łączności, pilnując systemów kopuły i sprzętu na zewnątrz. Jamie nie miał pojęcia, gdzie jest Vijay, pewnie w gabinecie lekarskim.
— Lądowanie i start samolotu na największej wysokości — paplał radośnie Rodriguez, wpychając palce do rękawicy skafandra. — Najdłuższy lot samolotu załogowego napędzanego energią słoneczną. Największa wysokość dla załogowego samolotu napędzanego energią słoneczną.
— Z załogą — mruknęła Hali. Niezrażony Rodriguez mówił dalej.
— Może nawet pobiję rekord długości lotu bezzałogowego na bateriach słonecznych?
— Czy porównywanie lotów na Marsie z lotami na Ziemi to nie oszustwo? — spytała Trudy, pomagając Fuchidzie przypiąć system podtrzymywania życia do tyłu skafandra.
Rodriguez radośnie potrząsnął głową.
— W księdze rekordów liczą się tylko liczby, chica. Tylko liczby. — I nie postawią obok tego gwiazdki z przypisem „Dokonano tego na Marsie”?
Rodriguez próbował wzruszyć ramionami, ale w skafandrze mu się nie udało.
— Wszystko jedno, byle poprawnie napisali nazwisko.
Jamie zauważył, że Fuchida milczy podczas procedury wkładania skafandra. Tomas gada za nich dwóch, pomyślał. Czy Mitsuo się denerwuje? — zastanowił się. Wygląda na spokojnego, ale to może być maska. Jak o tym pomyśleć, to sądząc na podstawie tej paplaniny, facet musi być spięty jak skóra na bębnie.
Paplał jak akwizytor. Jamie zastanawiał się, czy to nerwy, czy ulga, że wreszcie będzie pozostawiony sam sobie i będzie szefem. A może po prostu cieszy się z perspektywy lotu.
Obaj mężczyźni zostali odziani w skafandry, wizjery hełmów opuszczono, systemy podtrzymywania życia włączono, test radia zakończono. Jamie i Trudy odprowadzili ich do śluzy: dwie ziemskie istoty w towarzystwie pary pokracznych robotów.
Jamie uścisnął dłoń Rodriguezowi. Z trudem objął dłonią rękawicę astronauty, z napędzanymi siłownikami egzoszkieletowymi „kośćmi” na wierzchu.
— Powodzenia, Tomas — rzekł. — Nie ryzykuj bez potrzeby. Rodriguez uśmiechnął się zza wizjera.