— Znasz stare przysłowie pilotów: są starzy piloci i piloci ryzykanci, ale nie ma starych pilotów ryzykantów.
Jamie uprzejmie zachichotał.
— Pamiętaj o tym, jak tam będziesz.
— Spokojnie, szefie. Nie ma strachu.
Fuchida podszedł do klapy, przez którą przeszedł Rodriguez. Nawet w pękatym kombinezonie, nawet przy wyglądającej jak wróbelek Trudy Hali, wyglądał na małego i delikatnego.
— Powodzenia, Mitsuo — rzekł Jamie.
Głos Fuchidy był stłumiony przez hełm, ale brzmiał odważnie.
— Myślę, że moim największym problemem będzie słuchanie gadaniny Tommy’ego przez całą drogę na górę.
Jamie zaśmiał się.
— 1 pewnie z powrotem — dodał.
Wskaźnik zmienił kolor na zielony i Trudy wcisnęła guzik uruchamiający wewnętrzną klapę. Fuchida wszedł do środka, niosąc w ręce pojemnik systemu podtrzymywania życia.
— Powiedz Vijay, żeby dbała o ogród — zawołał, gdy klapa już się zamykała. — Buraki wymagają troskliwej opieki!
Nic mu nie jest, powiedział w duchu Jamie. Nie boi się ani nawet nie martwi.
Gdy już zasiedli w umieszczonych obok siebie fotelach samolotu i włączyli wewnętrzną instalację elektryczną, obaj mężczyźni nagle się zmienili.
Rodriguez stał się chłodnym profesjonalistą. Dość paplaniny. Sprawdził systemy samolotu, rzucając kilka słów w żargonie do Dezhurovej, która pełniła obowiązki kontrolera lotu.
Fuchida z kolei poczuł, jak serce łomocze mu tak mocno, że aż się zastanawiał, czy radio w skafandrze tego nie wyłapie. Czujniki medyczne pewnie są bliskie pokazania czerwonej linii.
Jamie, Vijay i Trudy zgromadzili się w centrum łączności, gdzie stłoczyli się za plecami Dezhurovej, by obserwować start na ekranie.
Baza w charakterze lotniska pozostawiała wiele do życzenia. Prowizoryczny pas startowy mierzył zaledwie dwa kilometry długości. Nie było miejsca do zawracania; Rodriguez z pomocnikiem, często Jamiem, po prostu obracali samolot po wylądowaniu, by znów stał przodem do pasa startowego. Nie było rękawa meteorologicznego. Atmosfera była tak rzadka, że kierunek wiatru nie robił startującemu samolotowi żadnej różnicy. Silniki rakietowe unosiły samolot z ziemi i nadawały mu wystarczającą prędkość, by siła ciągu go niosła.
Jamie poczuł dziwny ucisk w ustach, gdy pochylił się nad Dezhurovą, obserwując ostatnie chwile przed startem. Poczuł, że zaciska zęby i zwolnił ucisk.
Bardziej się martwisz o to niż o wystrzelenie generatora, powiedział sobie. I od razu zrozumiał dlaczego. W tym samolocie było dwóch ludzi. Gdyby coś się nie udało, gdyby samolot się roztrzaskał, pewnie by zginęli.
— Zgoda na start — sztywno powiedziała Dezhurova do mikrofonu.
— Zrozumiałem, zgoda — głos Rodrigueza dochodził przez głośniki.
Stacy rzuciła ostatnie spojrzenie na ekrany i rzekła:
— Zgoda na zapłon.
— Zapłon.
Bliźniacze silniki pod skrzydłami wypluły pochodnie ognia i samolot ruszył. Kamera śledziła go, gdy podskakiwał na pasie startowym, nabierając prędkości, długie, opadające skrzydła wyglądały, jakby zesztywniały i wyprężyły się.
— No dalej, malutki — mruknęła Dezhurova.
Jamie widział wszystko jak w zwolnionym tempie: samolocik na pasie startowym, płomienie z dysz silników tak gorące, że aż niewidoczne, chmury pyłu i żwiru ciągnące się za przyspieszającym samolotem, który pędził po pasie, coraz szybciej, z uniesionym nosem.
— Wygląda nieźle — szepnęła Dezhurova.
Samolot oderwał się od ziemi i wystrzelił w bezchmurne niebo, zostawiając za sobą kłębiącą się chmurę pyłu i pary, powoli rozpływającą się po pasie. Jamiemu wydawało się, że chmura próbuje sięgnąć po samolot i ściągnąć go z powrotem na ziemię.
Samolot był teraz jedynie małą kreską na pomarańczowym niebie.
Głos Rodrigueza zatrzeszczał w słuchawkach.
— Następny przystanek: Góra Olimp.
Olympus Mons
Najwyższa góra w Układzie Słonecznym jest potężną tarczą wulkanu, który pozostaje uśpiony od dziesiątków, może setek tysięcy lat.
Kiedyś jednak potężne jęzory lawy przyćmiły wszystko na tej planecie. Po jakimś czasie utworzyły górę trzy razy wyższą od Everestu, o podstawie wielkości stanu Iowa.
Brzegi tej podstawy to wyszczerbione bazaltowe klify o wysokości ponad kilometra. Szczyt góry, gdzie olbrzymie kaldery znaczą miejsce, które kiedyś tryskało roztopioną skałą, wznosi się na jakieś dwadzieścia siedem kilometrów nad powierzchnię niziny: 27 000 metrów, ponad 88 000 stóp. Dla porównania, Mount Everest ma 8848 metrów wysokości, 29 028 stóp.
Olympus Mons jest tak wysoka, że gdyby znajdowała się na Ziemi, wystawałaby ponad troposferę — najniższą warstwę, gdzie istnieją zjawiska pogodowe — i wznosiłaby się prawie dokładnie pośrodku stratosfery. Na Marsie jednak atmosfera jest tak rzadka, że ciśnienie atmosferyczne na szczycie Olympus Mons jest tylko o jedną dziesiątą niższe niż ciśnienie na poziomie gruntu.
Na tej wysokości dwutlenek węgla, będący głównym składnikiem marsjańskiej atmosfery zamarza, osadzając się na chłodnej, nagiej skale, pokrywając ją cienką, niewidoczną warstewką suchego lodu.
Soi 48: Popołudnie
— Jakie to uczucie, mieć nas wszystkie trzy tylko dla siebie? — spytała Vijay.
Jamie w towarzystwie trzech kobiet usiadł do spóźnionego lunchu. Rodriguez i Fuchida za mniej niż godzinę będą lądowali na Olympus Mons. Trumball i Opos Craig zameldowali parę minut temu, że podążają bez problemu w stronę Xanthe.
Vijay uśmiechnęła się złośliwie, gdy to mówiła. Jamie poczuł, jak marszczy czoło.
— Tak — dodała Trudy Hali. — Sprytnie pozbyłeś się reszty facetów, co?
Aby ukryć zmieszanie, Jamie zwrócił się do Dezhurovej.
— Może ty coś o tym powiesz, co, Stacy?
Stacy właśnie żuła oporną kanapkę. Przeżuła ją starannie, połknęła, po czym rzekła:
— Jak na to mówią Amerykanie? Zboczenie?
Wszystkie trzy kobiety zaśmiały się; Jamie uśmiechnął się z przymusem i poświęcił resztę uwagi talerzowi z podgrzanym w kuchence mikrofalowej makaronem i sałatce z tofu z ziołami.
Ucieszył się, kiedy wszystkie trzy kobiety zaczęły rozmawiać ze sobą o jedzeniu, smaku odzyskiwanej wody, o tym, jak ubrania blakną w pralce i suszarce. Wszystkie miały na sobie standardowe kombinezony, ale Jamie zauważył, że każda nadawała im jakiś indywidualny rys: Dezhurova miała modne rosyjskie naszywki z czasów, gdy służyła jako rządowy astronauta, naszyte nad kieszeniami na piersiach; Hali zawsze przypinała jakąś błyszczącą biżuterię, a Shektar zakładała jasną apaszkę albo kolorowy pasek.
— Powinnyśmy wypróbować ten system czyszczenia ubrań, jakiego używają w Bazie Księżycowej — rzekła Dezhurova. — Z tkaniną jest o wiele łatwiej.
— Słyszałam o tym — rzekła Trudy. — Wystawiają ubrania na zewnątrz, nie?
Stacy skinęła głową z entuzjazmem.
— Tak. W próżni na powierzchni Księżyca płatki zanieczyszczeń odpadają z tkaniny. A niefiltrowany ultrafiolet ze Słońca idealnie je odkaża.
— Nie mamy próżni na zewnątrz — rzekła Vijay.
— Ale coś dość zbliżonego — oznajmiła Dezhurova.
— Mnóstwo ultrafioletu — dodała Trudy.
— Jak myślisz, Vijay? — spytała Dezhurova. — Warto spróbować?
— Potrzebny jest jakiś pojemnik, nie? Przecież nie zawiesimy ciuchów na sznurku.