Выбрать главу

— E, czemu nie — rzekła Trudy.

— W Bazie Księżycowej wkładają ubrania do wielkiego kosza, który jeździ po szynach zamocowanych na podłożu — wyjaśniła Stacy. — Kosz obraca się, co działa jak wirówka w pralce.

— Nie mamy tu nic takiego.

— Mogłabym jakiś zrobić — rzekła Stacy z przekonaniem. — To powinno być dość proste.

— Sądzisz, że byś umiała? Skinęła głową poważnie.

— Opos nie jest tu jedyną złotą rączką.

— Jak myślisz. Jamie? — spytała Shektar. Wdzięczny, że już się z niego nic nabijają, odparł:

— A pył? Przecież osiadłby na ubraniach.

— Na Księżycu też jest pył — rzekła Trudy.

— Ale nie ma wiatru.

— No tak.

— Moglibyśmy zawiesić kosz na drągach, wysoko nad ziemią.

— Chyba tak — rzekł Jamie.

— W przeciwnym razie nasze ubrania będą dalej blaknąć i strzępić się.

— W końcu i tak całkiem się rozpadną — przypomniała Trudy. Złośliwy uśmieszek Shektar powrócił.

— Jamie nie miałby nic przeciwko temu, co, Jamie? Próbował zmiażdżyć ją spojrzeniem, ale w końcu wstał od stołu.

— Tomas powinien się zameldować za jakieś pięć minut. Umykając do centrum łączności, Jamie był prawie pewien, że słyszy za sobą chichotanie.

Rodriguez był szczęśliwy. Samolot reagował na jego dotyk jak piękna kobieta, czuła i słodka.

Przelatywali na wysokości — rzucił okiem na wysokościomierz — dwadzieścia dwa tysiące osiemset sześć metrów. Policzmy, pomyślał. Jakieś trzy przecinek dwa stopy w metrze, czyli osiemdziesiąt dziewięć, prawie dziewięćdziesiąt tysięcy stóp. Nieźle. Nie najgorzej.

Wiedział, że rekord wysokości dla samolotu napędzanego energią słoneczną wyniósł jakieś sto tysięcy stóp. Był to pojazd bezzałogowy. Żaden pilot nie leciał na takiej wysokości samolotem napędzanym energią słoneczną i tego był pewien. Przez szybkę hełmu uśmiechnął się do śmigła o sześciu łopatkach kręcącego się leniwie przed jego oczami.

Obok niego siedział milczący i nieruchomy Fuchida. Mógłby wykitować w tym skafandrze, nigdy bym się nie zorientował, pomyślał Rodriguez. Boi się. Śmiertelnie się boi. Nie ufa mi. Pewnie chciał lecieć ze Stacy, nie ze mną.

Cóż, mój milczący japoński kolego. To ze mną tu utknąłeś, czy tego chcesz, czy nie. Więc siedź sobie jak jakaś pieprzona kukła, mam to gdzieś.

Mitsuo Fuchida poczuł dziwny skurcz strachu, który ścisnął mu wnętrzności. Zaskoczyło go to, przecież od dwóch lat wiedział, że będzie leciał na Olympus Mons. Wykonał symulację setki razy. Cała wyprawa była jego pomysłem. Ciężko się napracował, żeby włączyć ją do planu wyprawy.

Nauczył się latać jeszcze jako student biologii i szybko został wybrany prezesem uniwersyteckiego klubu lotniczego. Z uporczywym zapałem kogoś, kto wiedział, że będzie musiał pobić najlepszych z najlepszych, by zakwalifikować się do drugiej wyprawy na Marsa, Fuchida zadał sobie trud otrzymania uprawnień pilota superlekkich samolotów w lotach nad górami jego ojczystego Kiusiu, a następnie pilotował szybowce nas wyszczerbionymi szczytami Sinkiang.

Nigdy nie bał się latania. Wręcz przeciwnie: w powietrzu zawsze czuł się odprężony i szczęśliwy, wolny od zmartwień i nacisków życia.

Ale teraz, gdy słońce opadało ku skalistemu horyzontowi, rzucając dziwne czerwone światło na jałowy krajobraz, Fuchida wie dział, że się boi. A jeśli silnik zawiedzie? Jeśli Rodriguez rozbije samolot przy lądowaniu na górze? Jeden z samolotów zwiadowczych roztrzaskał się, kiedy przelatywał nad górą podczas rekonesansu. Jeśli to samo stanie się z nami?

Nawet w górach Sinkiang była szansa przeżycia awaryjnego lądowania. Powietrzem dało siq oddychać, można było dojść do wioski, nawet jeśli spacer zajmował wiele dni. Ale nie na Marsie.

A jeśli Rodriguezowi coś się stanie, gdy tam będziemy? Latałem tym samolotem tylko na symulatorach. Nie wiem, czy naprawdę potrafiłbym tym latać.

Rodriguez wyglądał na całkowicie rozluźnionego, radosnego, podekscytowanego lotem. Zawstydza mnie, pomyślał Fuchida. Ale… czy on naprawdę jest skuteczny? Jak zareagowałby w sytuacji zagrożenia? Fuchida miał nadzieję, że nie będzie musiał się tego dowiedzieć.

Zostawili po lewej stronie Pavonis Mons, jeden z trzech gigantycznych wulkanów, które tworzyły jedną linię na wschodnim brzegu wypiętrzenia Tharsis. Był tak wielki, że rozciągał się do horyzontu i jeszcze dalej, wielka kupa kamienia, który kiedyś dyszał rozpaloną do czerwoności lawą na obszarze wielkości Japonii. Teraz jest cichy. Zimny i martwy. Jak długo?

Na horyzoncie widać było cały szereg małych wulkanów, a za nimi Olympus Mons. Co się tu stało, że powstał łańcuch wulkanów o długości tysiąca metrów? Fuchida próbował zastanawiać się nad tym problemem, ale jego umysł ciągle wracał do ryzyka, jakie podejmował.

I do Elisabeth.

Dossier: Mitsuo Fuchida

Ich ślub musiał odbyć się w tajemnicy. W wyprawie na Marsa nie mogli brać udziału żonaci mężczyźni i zamężne kobiety. Co gorsza, Mitsuo Fuchida zakochał się w cudzoziemce, młodej irlandzkiej biolog o ognistych włosach i skórze jak biała porcelana.

— Możesz z nią spać — poradził Fuchidzie ojciec — zabaw się z niąjak chcesz, ale pamiętaj: żadnych dzieci! Pod żadnym pozorem nie wolno ci się z nią ożenić.

Elisabet Yernon chyba to nie przeszkadzało. Kochała Mitsuo.

Poznali się na Uniwersytecie Tokijskim. Była biologiem, jak on. W przeciwieństwie do niego, nie miała ani talentu, ani zapału, żeby startować do wyścigu o stanowisko czy profesurą.

— Wszystko będzie dobrze — powiedziała Mitsuo. — Nie zmarnuj swojej szansy lotu na Marsa. Czeka na ciebie.

Zdaniem Fuchidy nie było to ani dobre, ani uczciwe. Jak ma polecieć na Marsa, spędzić tam ponad rok, z dala od niej i oczekiwać, że ona zachowa swoje uczucia, jakby ktoś zatrzymał film, przez tak długo?

Ojciec miał jeszcze inne żądania.

— Jedynym człowiekiem, który zginął podczas pierwszej wyprawy na Marsa, był twój kuzyn, Konoye. Zhańbił nas wszystkich.

Isoruku Konoye zmarł z powodu wylewu podczas próby eksploracji mniejszego z księżyców Marsa, Dejmosa. Jego rosyjski kolega, kosmonauta Leonid, powiedział, że Konoye dostał ataku paniki, gdy przebywał na zewnątrz statku w skafandrze, przerażony wiszącą nad nim wielką skałą Dejmosa.

— Musisz zmazać tę hańbę — oznajmił Fuchida-ojciec. — Musisz sprawić, żeby świat znów zaczął szanować Japonię. Twój imiennik był wielkim wojownikiem. Musisz dopisać nowe zaszczyty do tego imienia.

Mitsuo wiedział, że nie może jawnie ożenić się z Elisabeth, choć bardzo tego pragnął. Zabrał ją więc do klasztoru w dalekich górach Kiusiu, gdzie uprawiał wspinaczkę.

— Nie musimy tego robić, Mitsuo — zaprotestowała Elisabeth, gdy zorientowała się, co zamierza zrobić. — Kocham cię. Ceremonia niczego nie zmieni.

— Wolisz obrządek katolicki? — spytał. Zarzuciła mu ręce na szyję. Poczuł łzy na policzku.

Kiedy nadszedł dzień odlotu, Mitsuo przyrzekł Eiisabeth, że wróci do niej.

— A kiedy wrócę, pobierzemy się oficjalnie, żeby cały świat to zobaczył.

— Twój ojciec też? Mitsuo uśmiechnął się.

— Tak, mój czcigodny ojciec też.

I odleciał na Marsa, z zamiarem zmazania hańby z rodziny i powrotu do kobiety, którą kochał.

Soi 48: Zachód słońca