Plan Fuchidy zakładał, że wylądują późnym popołudniem, prawie o zachodzie, kiedy nisko zawieszone słońce rzuca najdłuższe cienie. Dzięki temu mogli lecieć w dzień, a gdy już znajdą się w rejonie Olympus Mons będą mieli doskonały widok terenu lądowania. Każdy kamień i każdą skałę będzie wyraźnie widać, co pozwoli im wybrać najlepsze miejsce do lądowania.
Oznaczało to także, z czego Fuchida doskonale zdawał sobie sprawę, że zaraz po ich lądowaniu zapadnie ciemna, zimna noc. Co się stanie, jeśli akumulatory zawiodą? Akumulatory litowo-polimerowe testowano od lat, co Fuchida wiedział. Przechowywały elektryczność wygenerowaną przez panele słoneczne za dnia i zasilały sprzęt samolotu przez długie, mroźne godziny ciemności. Co się jednak stanie, jeśli zawiodą przy temperaturze stu trzydzieści stopni poniżej zera?
Rodriguez wydał z siebie dziwny, jękliwy odgłos. Odwracając się gwałtownie w stronę siedzącego obok niego astronauty, Fuchida dojrzał tylko wnętrze własnego hełmu. Musiał obrócić się całym ciałem, żeby zobaczyć zapakowanego w skafander pilota, który coś nucił.
— Wszystko w porządku? — spytał nerwowo Fuchida.
— Pewnie.
— Śpiewałeś coś meksykańskiego?
— Nie. Beatlesów. „Lucy in the Sky with Diamonds”.
— Ach tak.
Rodriguez westchnął z zadowoleniem.
— Oto i ona. — Co?
— Olympus Mons. Wskazał prosto przed siebie.
Fuchida nie widział góry, tylko horyzont. Wydawał się zaokrąglony, dopiero teraz zwrócił na to uwagę: wielkie, lekko wznoszące się wypiętrzenie.
Rosło w miarę ich zbliżania. Rosło. I rosło. Olympus Mons była olbrzymią wyspą, kontynentem wznoszącym się nad pustą, czerwoną płaszczyną, jak jakaś mityczna bestia. Jej zbocza były łagodne, jeśli nie liczyć ostrych klifów podstawy. Człowiek mógłby się tam bez problemu wspiąć, pomyślał Fuchida. I wtedy sobie uprzytomnił, że góra jest tak wielka, że wspięcie się na wierzchołek zajęłoby człowiekowi całe tygodnie.
Rodriguez znów coś nucił, spokojny i zrelaksowany, jak facet siedzący w domu w ulubionym fotelu.
— Lubisz latać, nie? — zauważył Fuchida.
— Wiesz, jak to mówią — odparł Rodriguez. — Latanie jest drugą na liście najbardziej podniecających rzeczy, jakie może robić człowiek.
Fuchida skinął głową wewnątrz hełmu.
— A pierwszą jest seks?
— Nie. Najbardziej ekscytującą rzeczą jest lądowanie. Fuchida ponuro milczał.
Jamie był w centrum łączności, gapiąc się na trójwymiarowy wyświetlacz, próbując nie patrzeć na zegarek.
Tomas zgłosi się, kiedy wylądują. Nie ma sensu ich wywoływać, dopóki bezpiecznie nie wylądują. Pewnie dotarli już w rejon góry i szukają bezpiecznego miejsca do lądowania.
Usłyszał z tyłu Stacy Dezhurovą, która odezwała się krótko:
— Sąjuż nad górą. Radiolatarnia daje silny i wyraźny sygnał, telemetria działa jak trzeba. Zero problemów.
Jamie skinął głową, nie odwracając się. Wyświetlacz ukazywał trójwymiarową mapę Titonium Chasma, ale jeśli odwróciło się głowę, poczucie głębi znikało i trzeba było przez chwilę mrugać i ruszać głową, by powróciło.
Oznaczył elektroniczny wyświetlacz tak, że nisza, która widział na klifie — artefakt, jak ją nazywał — była oznaczona na biało. Nie było to daleko od miejsca, gdzie zjechali na dno kanionu. Oszczędziliby dzień jazdy, gdyby pojechali prosto do tego miejsca i Jamie opuścił się na linie. Nie ma sensu jechać na dno kanionu; nisza leży gdzieś w trzech czwartych drogi na górę.
Wiedział, że wzdłuż kanionu są też inne nisze. Czy tam też są budynki? Nie przyglądaliśmy się jeszcze południowej części kanionu. Tam mogą być dziesiątki wiosek. Setki.
Usłyszał, że za nim ktoś wchodzi do centrum łączności, po czym usłyszał niski, gardłowy głos Vijay:
— Jakieś wieści?
— Nic, jak dotąd — odparła Stacy. Po czym dołączyła Trudy Halł: — Nic?
— Nic — powtórzyła Stacy.
Jamie porzucił planowanie własnej wyprawy. Zamknął trójwymiarowy wyświetlacz, który zmienił się w zwykły stół ze szklanym blatem. Następnie zwrócił się do Dezhurovej, siedzącej przy konsoli łączności. Główny ekran pokazywał trójwymiarową mapę Olympus Mons i malutką, czerwoną kropkę pełzającą po niej powoli: samolot z Rodriguezem i Fuchidą.
— Rodriguez do bazy — w głośniku nagle rozległ się głos astronauty. — Zrobię kółko obserwacyjne nad terenem lądowania. Przesyłam obraz z kamery.
— Baza do Rodrigueza — rzuciła Stacy, całkiem formalna. — Zrozumiałam, kółko obserwacyjne.
Jej palce przebiegły po klawiaturze, a główny ekran nagle wyświetlił wyszczerbioną, upstrzoną głazami powierzchnię.
— Mamy obraz.
Jamie poczuł suchość w ustach. Jeśli to ma być lądowisko, to oni tam nigdy bezpiecznie nie wylądują.
Rodriguez lekko przechylił samolot, by lepiej widzieć powierzchnię ziemi. Fuchidzie wydawało się, że samolot stoi na lewym skrzydle, a twarde, nagie skały pod nimi zataczają kręgi.
— Cóż — rzekł Rodriguez. — Mamy wybór: głazy albo kratery.
— Gdzie jest pusty obszar pokazany przez samolot zwiadowczy? — spytał Fuchida.
— „Pusty” to określenie względne — mruknął Rodriguez. Fuchida przełknął ślinę. Spaliła mu gardło.
— Rodriguez do bazy. Robię jeszcze jedno kółko. Powiedzcie mi, gdybym coś przegapił.
— Zrozumiałam, kolejne kółko — głos Dezhurovej był chłodny i profesjonalny.
Rodriguez przyglądał się intensywnie ziemi w dole. Zachodzące słońce rzucało długie cienie, wyolbrzymiające każdy kamyk i zagłębienie. Między wyglądającym na nowy kraterem a grupą skał rozciągał się stosunkowo pusty teren, o długości jakiegoś kilometra. Wystarczy na lądowanie, jeśli tylko silniki hamujące zadziałają na czas.
— Jak dla mnie może być — powiedział do mikrofonu.
— Ledwo, ledwo — to głos Dezhurovej.
— Koła poradzą sobie z małymi kamykami.
— Amortyzatory nie zastąpią płaskiego gruntu, Tomas.
Rodriguez zaśmiał się. On i Dezhurova kłócili się o to dziesiątki razy, odkąd dostali pierwsze zdjęcia z samolotów zwiadowczych.
— Skręcam do lądowania — zameldował.
Dezhurova milczała. Jako kontroler lotu miała prawo zabronić mu lądowania.
— Podchodzę do lądowania.
— Tracimy obraz.
— Szybko robi się ciemno. — Tak.
Fuchida zobaczył, że grunt pędzi w jego stronę. Był pokryty głazami i upstrzony kraterami, wyglądał na twardy jak beton albo jeszcze twardszy. Zbliżają się za szybko, pomyślał. Chciał złapać wolant przed nim i pociągnąć, podkręcić silniki rakietowe i uciec, póki jeszcze się da. Zamiast tego jednak zamknął tylko oczy.
Coś uderzyło w samolot tak mocno, że Fuchida pomyślał, iż wypadł z kabiny. Uprząż wytrzymała jednak, a po ułamku sekundy usłyszał wycie malutkich silników rakietowych. Miał wrażenie, że przód samolotu płonie. Odbijali się, podskakiwali, rzucało ich, jak puszkę kopaną po gruzowisku.
Wreszcie przyszło ostatnie szarpnięcie, hałas i ruch ustały.
— Wylądowaliśmy — oznajmił Rodriguez. — Bułka z masłem.
— Dobrze — napłynął spokojny głos Dezhurovej. Fuchida poczuł nagle nieodpartą ochotę oddania moczu.
— Dobrze — zwrócił się Rodriguez do partnera. — Teraz tu sobie posiedzimy do wschodu słońca.
Jak para sardynek w puszce, pomyślał Fuchida, gdy ulżył sobie do rurki wbudowanej w skafander. Nie zachwycał go pomysł spania w fotelach kokpitu, w skafandrach. Taka była jednak cena za zaszczyt zostania jednym z dwóch pierwszych ludzi, którzy stanęli na najwyższej górze w Układzie Słonecznym.