Nieomal się uśmiechnął. Ja też będę w „Księdze rekordów Guinessa”, pomyślał.
— Dobrze się czujesz? — spytał Rodriguez.
— Tak, jasne.
— Nic nie mówisz, Mitsuo.
— Podziwiam widoki — odparł Fuchida.
Na zewnątrz nie było nic poza skałami ciągnącymi się we wszystkich kierunkach. Niebo nad nimi szybko ciemniało. Fuchida zobaczył kilka gwiazd gapiących się na nich.
— Sam dach świata! — rzuci Rodriguez. Zachichotał radośnie, jakby niczym na świecie się nie przejmował. — Na dwóch światach.
Dossier: Tomas Rodriguez
„Nigdy nie pokazuj po sobie strachu” — Tomas Rodriguez nauczył się tego jako chude, astmatyczne dziecko, wyrastające w opanowanych przez zbrodnię i przemoc slumsach San Diego.
— Nigdy nie pokazuj, że się boisz — powiedział mu jego starszy brat, Luis. — Nigdy nie wycofuj się z walki.
Tomas nie był silny fizycznie, ale miał dużego brata, który go bronił. Przez większość czasu. Potem znalazł coś w rodzaju schronienia w spelunkowatej siłowni w sąsiedztwie. Za zamiatanie i czyszczenie przyrządów mógł poćwiczyć za darmo. Gdy nabierał ciała, nauczył się od brata podstaw ulicznej walki. W szkole został zauważony i zwerbowany przez starszego Koreańczyka, który nauczał sztuk walki jako ochotnik.
W szkole średniej odkrył, że jest sprytny i inteligentny, inteligentny na tyle, że potrafi zrozumieć zawiłości algebry oraz chce je poznać wraz z innymi tajemnicami matematyki. Przyjaźnił się z kujonami i siłaczami, często chroniąc tych pierwszych przed okrucieństwem drugich.
Wyrósł na dobrze zbudowanego młodzieńca, szerokiego w ramionach i na tyle wygadanego, że potrafił poradzić sobie prawie w każdej sytuacji. Nie szukał bójek, ale doskonale sobie radził, kiedy walka była nieunikniona. Pracował, uczył się, był zawsze w dobrym humorze i był odważny — więc nawet przedstawiciele najgorszych subkultur w szkole zostawiali go w spokoju. Nigdy nie należał do żadnego gangu i nie brał narkotyków. Nawet nie palił. Nie mógł sobie pozwolić na takie luksusy.
Uniknął też pułapki, w którą wpadła większość jego kumpli: ojcostwa. W małżeństwie czy nie, większość chłopców szybko wią zała się z jakąś kobietą. Tomas miał mnóstwo dziewczyn i poznał przyjemności płynące z seksu długo przed szkołą średnią. Nigdy jednak nie dążył do stałego związku. Nie chciał. Dziewczęta z sąsiedztwa były atrakcyjne — dopóki nie zaczęły mówić. Tomas nie mógł znieść myśli, że będzie musiał którejś słuchać dłużej niż przez parę godzin. Nie miały nic do powiedzenia. Ich życie było puste. Tęsknił do czegoś innego.
Większość nauczycieli była kompletnymi zerami, z wyjątkiem jednego — starszego mężczyzny, który uczył matematyki. To on zachęcił go do ubiegania się o stypendium w college’u. Ku niepomiernemu zdumieniu, otrzymał je: pokrycie całego czesnego w UCSD. Niestety, Tomasa nie było stać na pokrycie pozostałych kosztów, więc znów posłuchał rady swojego mentora i wstąpił do sił powietrznych. Wuj Sam zapłacił za jego studia, a kończąc je, Tomas został pilotem myśliwca. „To większa zabawa niż seks”, mawiał, dodając zawsze: „No, prawie”.
Nigdy nie okazuj strachu. Oznaczało to, że nigdy nie cofnie się przed żadnym wyzwaniem. Nigdy. Czy to w kokpicie czy w barze, postawny Latynos z wielkim uśmiechem stawiał czoło każdemu wyzwaniu. Zasłynął z tego.
Strach czuł zawsze, ale nigdy nie dawał po sobie poznać, że się boi. I zawsze miał wątpliwości. Uczucie, że to nie jego miejsce na Ziemi. Pozwolili chicano udawać, że jest równie cwany jak białasy, pozwolili mu przebrnąć przez college na malutkim stypendium, pozwolili mu nosić mundur lotnika i bawić się szybkimi odrzutowcami.
Tak naprawdę jednak nie był jednym z nich. Dawali mu to dość jasno do zrozumienia, na tysiące sposobów, codziennie. Był pieprzonym Latynosem, tolerowano go, dopóki stał na swoim miejscu. Nie próbuj się wspinać za wysoko: nie popisuj się; a przede wszystkim, nie umawiaj się na randki z nikim spoza „swoich”.
Latanie było czymś innym. Sam w samolocie, dziewięć lub dziesięć kilometrów nad ziemią, tylko on i Bóg, reszta świata daleko stąd, z oczu, z serca.
Potem pojawiła się szansa na skrzydła astronauty. Nie mógł nie podjąć tego wyzwania. I znów inni dali mu do zrozumienia, że w tej konkurencji nie jest mile widziany. Tomas jednak zgłosił się i został przyjęty do oddziału szkoleniowego astronautów. „Korzyści z pozytywnego myślenia” — nabijali się inni piloci.
Ze wszystkiego, co udało mu się osiągnąć, starał się czerpać radość. Nie dawał po sobie poznać uczuć: ukrywał rany, krwawił do środka.
Dwa lata po tym, jak został astronautą, pojawiła się perspektywa drugiej wyprawy na Marsa. Uśmiechając się od ucha do ucha, Tomas zgłosił się. Ani cienia strachu. Nikomu nie było dane zobaczyć jego zaciśniętych zębów, ale udało mu się.
— Wielkie mi co — mówili jego kumple. — Drugi za jakąś ruską zdzirą.
Tomas wzruszył ramionami i pokiwał głową.
— Taa — przyznał. — Chyba wszyscy będą mi rozkazywać.
I dodał w duchu: ale ja będę na Marsie, dupki, a wy zostaniecie tutaj.
Soi 48: Noc
Była już noc na szerokiej nizinie Lunae Planum, Opos jednak nadal siedział za kierownicą łazika — prowadził ostrożnie, zaledwie dziesięć kilometrów na godzinę. On i Dex uzgodnili, że będą trochę nadganiać po zachodzie słońca, nim zatrzymają się na postój.
Trumball ustawił radio na ogólną częstotliwość łączności, usłyszeli więc, jak Rodriguez i Fuchida lądują, w tym samym momencie, co baza.
— Tych dwóch biedaków musi siedzieć w skafandrach, dopóki nie wrócą do domu — rzekł Craig.
— Spójrz na to od lepszej strony, Wiley. Muszą przetestować SUW.
Skafandiy miały specjalne urządzenie, które zapewniało szczelne połączenie z chemiczną toaletą. Inżynierowie nazwali je Systemem Usuwania Wydalin.
— Stara pułapka — mruknął Craig. — I tak skończą, korzystając z leku na sraczkę.
Siedząc obok niego w kokpicie, Dex odpowiedział z uśmieszkiem:
— A w kopule wszystkie wygody.
Craig przybrał pełen namysłu wyraz twarzy.
— Jak na takiego starego grzmota, maszynka spisuje się nieźle. Nie mam reklamacji.
— Na razie.
Dex spędził większość dnia w skafandrze. Zatrzymywali się co sto kilometrów, żeby wyjść na zewnątrz i rozstawić stacje pomiarowe. A teraz siedział zrelaksowany w zwykłym kombinezonie, patrząc na mały wycinek gruntu omiatany reflektorami łazika.
— Może przyspiesz do dwudziestki — zaproponował Dex.
— Jasne, i wpakuję się w krater, zanim zdołam się zatrzymać albo skręcić? — odburknął Craig. Postukał palcem wskazującym w cyfrowy zegar. — Czas na fajrant.
— Jesteś zmęczony?
— Nie i nie chcę prowadzić, jak jestem zmęczony.
— Mógłbym chwilę poprowadzić — podsunął Dex. Naciskając lekko na hamulec, Craig oświadczył:
— Fajrant, chłopie. Czas mamy dziś niezły. Starczy. Trumball pomyślał przez moment, po czym wstał z fotela.
— Dobra. Ty tu rządzisz. Craig zaśmiał się.
— Jasne, że rządzę.
— Co chciałeś przez to powiedzieć? — rzucił przez ramię Trumball, idąc w kierunku maleńkiej kuchni.
Craig nasunął izolację termiczną na przednią szybę, po czym wstał i przeciągnął się tak mocno, że Dex usłyszał, jak strzelają mu ścięgna.