Выбрать главу

— To znaczy, że ja tu rządzę, o ile będziesz grzeczny.

— Jestem grzeczny — rzekł Dex.

— To wszystko super i git.

Zsuwając gotowe danie z tacki, na której przebywało w zamrażarce, Trumball rzekł do starszego mężczyzny:

— Nie, serio, Wiley. Jamie zrobił cię szefem, mnie nic do tego. Nadal się przeciągając, z rękami splecionymi nad głową, Craig rzekł:

— Dobra. Super.

— Coś cię gryzie?

— Nic. Daj spokój.

Wkładając tackę do mikrofalówki, Dex powiedział:

— No, przestań, Wiley. Nikogo poza nami tu nie ma. Jeśli coś nie gra, powiedz mi.

Craig zrobił minę, która plasowała się gdzieś między złością a zakłopotaniem.

— Bo to trochę głupie, nie?

— Co takiego, na litość boską? Wypuszczając powietrze, Craig opadł na pryczę.

— Bo mnie wkurza, że jestem obywatelem drugiej kategorii. Trumball patrzył na niego ze zdumieniem.

— Obywatelem drugiej kategorii?

— Tak, wszyscy myślą, że robię tu za hydraulika. — Ale…

— Jestem naukowcem, tak jak ty i cała reszta — warknął Craig. — Może nie mam dyplomu pierwszorzędnego uniwersytetu, może i spędziłem całe życie pracując dla koncernów naftowych — wymówił „naftowych” jakimś dziwnym tonem — ale byłem wystarczająco cwany, żeby prześcignąć stado facecików z lepszymi rodowodami.

— Pewnie.

— Ten Fuchida. Pieprzony żółtek, taki wysztywniony, że rozleci się na kawałki przy próbie kichnięcia. Patrzy na mnie, jakbym był tu jakimś służącym.

— On się tak zachowuje i już.

— I te baby! Zachowują się, jakbym był jakimś ich dziadkiem. Do licha, jestem młodszy od Jamiego. Jestem młodszy od Stacy, wiedziałeś o tym?

Po raz pierwszy Dex Trumball zrozumiał, że Craig cierpi. I jest wrażliwy. Ten jowialny, kudłaty, dobroduszny misio z wystającym nosem i szczeciną pojawiającą się na podbródku wieczorem, chce być traktowany z szacunkiem. I dzięki temu można go wykorzystać, uprzytomnił sobie Dex.

— Posłuchaj, Wiley — zaczął Dex. — Nie wiedziałem, że ranimy twoje uczucia.

— Ty nie, nie tak bardzo. To cała reszta. Myślą, że jestem tu jakimś pieprzonym cieciem. Ty przynajmniej mówisz na mnie Wiley. Nigdy nie lubiłem, jak ktoś mówi na mnie Opos. Nazywam się Peter J. Craig.

Mikrofalówka zapiszczała. Dex zignorował ją i usiadł na własnej pryczy, naprzeciwko Craiga.

— Powiem im, żeby nazywali cię Wiley. Albo Peter, jak wolisz.

— Wiley może być.

Po twarzy Trumballa przemknął uśmiech.

— Dobrze. Od dziś jesteś Wiley. Postaram się, żeby do Jamiego i reszty to dotarło.

Z zawstydzoną miną Craig wymamrotał:

— Głupio, wiem.

— Nie, nie — rzekł Dex. — Jeśli Jamie i inni sprawiają ci przykrość, masz prawo się poskarżyć.

Jeśli kiedyś dotrę do miejsca, gdzie będę musiał zmierzyć się z Jamicm, rozmyślał Dex, będę potrzebował Wileya. Wileya i kogo tylko zdołam zwerbować.

Jamie spędził po kolacji prawie godzinę gadając z Fuchidą i Rodriguezem przebywającymi na Olympus Mons. Nocowali w fotelach kokpitu samolotu. To jak spanie podczas lotu samolotem pasażerskim, pomyślał Jamie. Nie zazdrościł im tego.

W centrum łączności przejrzał wiadomości, które nagromadziły się podczas tego długiego, pełnego wydarzeń dnia. Zajęło mu ponad godzinę załatwienie ich wszystkich: od prośby o większą liczbę sesji VR od Międzynarodowej Rady Nauczycieli Nauk Przyrodniczych do przypomnienia, że do rana powinien przesłać tygodniowy raport statusu misji.

Jedna wiadomość pochodziła od Darryla C. Trumballa. Ponieważ była oznaczona jako OSOBISTE I POUFNE, Jamie zapisał ją i chciał pójść do swojej kwatery przed odsłuchaniem jej.

Kiedy jednak skończył z pozostałymi wiadomościami, podniósł wzrok od konsoli łączności i zauważył, że w kopule pociemniało. Wydało mu się, że zrobiło się chłodniej, jakby mroźna marsjańska noc przenikała przez plastykowe ściany kopuły.

Chyba nikogo nie było w pobliżu. Cisza, tylko pomruk maszynerii w tle oraz, gdyby uważnie się wsłuchać, delikatny szum wiatru na zewnątrz.

Otworzył więc osobistą wiadomość od Trumballa.

Oczy Darryla C. Trumballa płonęły, twarz miał ponurąjak śmierć.

— Kto do licha dał panu prawo wysyłania mojego syna na wyprawę do stacji Sagana? — zaczął z wściekłością, nie bawiąc się we wstępy.

— Do licha, szlag by to trafił, Waterman, wydałem jednoznaczne rozkazy, żeby nie pozwolić Dexowi tam jechać!

I tak dalej, przez prawie piętnaście nieznośnych minut. Jamie patrzył na rozzłoszczoną twarz Trumballa, najpierw zdumiony, potem coraz bardziej sam wściekły.

Starszy mężczyzna ciskał się na ekranie, gniew Jamiego powoli znikał. Za wściekłością starszego mężczyzny dostrzegł strach o bezpieczeństwo syna, człowieka przyzwyczajonego do władzy i autorytetu, ale w tej chwili absolutnie sfrustrowanego, gdyż nie było szans, by mógł w jakikolwiek sposób kontrolować tych, którzy byli na Marsie. Nie mógł kontrolować nawet własnego syna.

Nie może nawet porozmawiać z nami twarzą w twarz, rzekł Jamie. Może tylko trochę pociskać się i powściekać, a potem poczekać i zobaczyć, czy odpowiemy.

Trumball wreszcie zakończył:

— Chcę, żeby pan wiedział, Waterman, że przeciwstawianie się moim rozkazom nie ujdzie panu na sucho. Zapłaci mi pan za to. A jeśli coś stanie się mojemu synowi, zapłaci mi pan za to głową!

Ekran ściemniał. Jamie odtworzył wiadomość jeszcze raz, a na końcu zatrzymał: obraz wściekłej, rozzłoszczonej twarzy Trumballa.

Opierając się wygodnie na małym, trzeszczącym krześle z kółkami, Jamie zastanawiał się, czy ma być stanowczy, czy ugodowy. „Łagodna odpowiedź uśmierza gniew”, pomyślał, ale Trumballa nie da się tak łatwo pozbyć.

Problem jest szerszy niż konflikt między Trumballem a mną, powiedział sobie w duchu. Staruszek jest głównym źródłem finansowania ekspedycji — i być może następnej. Jeśli chcesz bez problemu zorganizować następną ekspedycję, lepiej nie wyrzucaj Trumballa z zespołu.

Gdy tak jednak patrzył na obraz rozwścieczonego Trumballa na ekranie, znów zaczął odczuwać złość. Trumball nie ma prawa wrzeszczeć na mnie ani na nikogo w ten sposób. Jeśli się boi o syna, powinien porozmawiać o tym z nim, nie ze mną. A jeśli pozwolę mu odnieść wrażenie, że może mną pomiatać, zacznie wysuwać kolejne roszczenia. Dam mu palec, a odgryzie całą rękę.

Jaka jest najlepsza ścieżka, dziadku? Jak mogę nią przejść, nie powodując cierpienia?

Wziął głęboki oddech, po czym wcisnął klawisz uruchamiający malutką kamerę komputera. Jamie zobaczył, jak zapala się małe czerwone oko, tuż nad zatrzymanym obrazem Trumballa na ekranie.

— Panie Trumball — zaczął powoli. — Rozumiem pana troskę o bezpieczeństwo syna. Nie miałem pojęcia, że wysłał pan Dexowi wiadomość zakazującą mu udziału w wyprawie po Pathfindera. Ja takiej wiadomości nie otrzymałem. Poza tym, z całym szacunkiem, nie jest pan dowódcą ekspedycji. Ja nim jestem. Nie ma pan prawa wydawać mi rozkazów.

Jamie patrzył prosto w płonące światełko kamery i mówił dalej:

— Ani Dex, ani nikt inny w tym zespole nie otrzyma żadnych specjalnych przywilejów. To on wpadł na pomysł odzyskania Pathfindera i chciał pojechać na tę wyprawę. Gdybym nawet znał pańskie życzenia, obawiam, się, że nie mógłbym ich spełnić. To jest zadanie Dexa i jestem pewien, że bez problemu sobie z tym poradzi.