Jej podróż do Kalifornii zaczęła się od wakacji, na których miała wyleczyć uczuciowe rany i odetchnąć świeżym powietrzem. Została tam na pięć lat i wkroczyła na ścieżkę medycyny kosmicznej. Najpierw NASA, potem w Masterson Aerospace Corporation, Vijay wyspecjalizowała się w dziedzinie wpływu niskiej grawitacji na ludzie ciało i umysł.
Spędziła trzy dziewięćdziesięciodniowe turnusy na stacjach kosmicznych i właśnie zastanawiała się nad zgłoszeniem się na roczny pobyt w Bazie Księżycowej, gdy dowiedziała się o drugiej wyprawie na Marsa.
Vijay Shektar zdobyła stanowisko lekarza psychologa ekspedycji. Nie było to łatwe. Musiała wykazać się w dziedzinie chirurgii, medycyny nuklearnej, a nawet stomatologii w nagłych wypadkach. Konkurencja była zażarta. Ale Vijay wygrała. Choć postanowiła, że nie pójdzie do łóżka z nikim z podejmujących decyzję, wygrała w tej konkurencji i tak.
Vijay nauczyła się bowiem zdobywać to, czego chce. Wiedziała, że jeśli będzie pracować wystarczająco ciężko, wykorzystując wszelkie umiejętności i atuty, zwykle zdobędzie to, czego chce.
Często myślała o bogini — swojej patronce. Miłość i zniszczenie, bliźniacze i niepodzielne atrybuty Śakti. Nie wierzyła w starożytną religię, ale była przekonana, że miłość zawiera w sobie potężną siłę destrukcyjną, siłę, która — jak sobie obiecała — już nigdy jej nie zrani.
Soi 49: Poranek
Idąc za swoim kolegą — astronautą, Mitsuo Fuchida zszedł ostrożnie po drabince z kokpitu samolotu i postawił stopę na szczycie najwyższej góry w Układzie Słonecznym.
W bladym świetle wschodzącego słońca okolica nie wyglądała wcale na szczyt góry. Wspinał się już dużo w Japonii i Kanadzie, ale to ani trochę nie przypominało wyszczerbionych, pokrytych śniegiem granitowych szczytów, gdzie wiatr przenikał do kości, a w dole kłębiły się chmury.
Okolica nie wyglądała szczególnie efektownie — jak szeroka, dość płaska nizina z czystego bazaltu. Tu i ówdzie były porozrzucane kamienie i skały, ale nie tak gęsto, jak w okolicy bazy. Kratery, które widzieli z powietrza, tu były niewidoczne, a przynajmniej nie dostrzegł niczego wyglądającego na krater.
Kiedy jednak uniósł wzrok, zrozumiał, jak wysoko się znajdują. Niebo było prawie granatowe, a nie beżowe, jak zwykle. Cząsteczki pyłu, które nadawały marsjańskiemu niebu czerwoną barwę, pozostały o wiele niżej. Na Ziemi na tej wysokości byliby daleko w stratosferze.
Fuchida zastanawiał się, czy da się stąd zobaczyć jakieś gwiazdy, może Ziemię. Odwrócił się, usiłując ustalić kierunki za pomocą wschodzącego słońca.
— Patrz pod nogi — rozległo się w słuchawkach ostrzeżenie Rodrigueza. — Jest…
But Fuchidy wysunął się spod niego i naukowiec boleśnie klapnął na tylną część ciała.
— …ślisko — dokończył nieporadnie Rodriguez. Astronauta przydreptał ostrożnie do Fuchidy, poruszając się jak człowiek chodzący po lodowisku w normalnych butach. Wyciągnął rękę i pomógł biologowi wstać.
Sztywny i obolały po całej nocy siedzenia w kokpicie, Fuchida poczuł silny ból w miejscu, na które upadł. Muszę mieć tam niezłego siniaka, pomyślał. Całe szczęście, że nie wylądowałem na plecaku i nie rozwaliłem systemu podtrzymywania życia.
— Pod butem robi wrażenie lodu — rzekł Rodriguez.
— To nie może być szron, jesteśmy za wysoko, żeby tworzył się tu lód z wody.
— Suchy lód?
— Ach — pokiwał głową w hełmie Fuchida. — Suchy lód. Dwutlenek węgla z atmosfery osiada na zimnej skale.
— Taa.
— Ale suchy lód nie jest śliski.
— To coś — jest.
Fuchida zastanowił się szybko.
— Może nacisk naszych butów powoduje, że cienka warstwa suchego lodu paruje.
— Więc mamy pod podeszwami warstwę dwutlenku węgla w postaci gazowej. — Rodriguez błyskawicznie pojął sytuację.
— Otóż to. Ślizgamy się po warstewce gazu, jak w smarowanych gazem łożyskach kulkowych.
— To będzie nam się diabelnie trudno poruszać.
Fuchida miał ochotę rozetrzeć sobie pośladek, wiedział jednak, że z powodu skafandra to niemożliwe.
— Jak słońce wzejdzie na dobre, lód zniknie.
— Nie sądzę, żeby tu było wystarczająco ciepło na parowanie.
— On sublimuje przy minus siedemdziesięciu ośmiu przecinek pięć stopniach.
— Przy normalnym ciśnieniu — podkreślił Rodriguez. Fuchida spojrzał na termometr na prawym mankiecie.
— Czterdzieści dwa poniżej zera — rzekł, po raz pierwszy odczuwając radość. — Poza tym, im niższe ciśnienie, tym niższy punkt wrzenia.
— Taa. Zgadza się.
— To miejsce chyba było zacienione skrzydłem samolotu — podsunął Fuchida. — Dalej jest chyba czysto.
— To chodźmy na plażę i poopalajmy się trochę — zaproponował ponuro Rodriguez.
— Nie, chodźmy do kaldery, zgodnie z planem.
— Sądzisz, że poruszanie się tu jest bezpieczne?
Kiwając głową w hełmie, Fuchida wykonał ostrożny krok. Grunt był gładki, ale nie śliski. Jeszcze jeden krok i jeszcze jeden.
— Może powinniśmy włożyć ochraniacze futbolowe.
— Nie ma potrzeby. Grunt jest OK. Rodriguez mruknął.
— Ale uważaj.
— Jasne.
Rodriguez zajął się przesyłaniem porannego raportu z radia w skafandrze, za pośrednictwem silniejszego nadajnika w samolocie, Fuchida otworzył luk ładunkowy i wyciągnął sprzęt. Ponownie zdumiał się, że taki lekki jak pajęczynka, plastykowy samolocik może unieść ich dwóch oraz wyposażenie. Wydawało się to niemożliwe — ale było prawdziwe.
— Jesteś gotowy? — spytał Rodrigueza, czując nagle zapał, by wreszcie wyruszyć.
— Tak. Tylko sprawdzę żyrokompas.
Fuchida nie czekał na wyniki sprawdzania. Wiedział, w którym kierunku należy iść do kaldery, jakby współrzędne były wybrukowane w jego sercu.
Jamie obudził się i zobaczył, że jest sam. Bolały go oczy i marzył o kolejnej godzinie snu. Cyfry na zegarze wskazywały jednak 6:58, a siódma była godziną oficjalnego rozpoczęcia dnia pracy.
Usiadł i uśmiechnął się. Łóżko pachniało seksem. Było cudownie: na początku szybko, z zapałem, gwałtownie, potem spokojnie, łagodniej, z czułością. Rozmawiali, szeptali do siebie w przerwach między miłosnymi uniesieniami. Jamie dowiedział się trochę o tym, co ta ciemnoskóra kobieta musiała pokonać w zdominowanym przez mężczyzn świecie: rodzinę, szkołę, nawet w pracy nie było jej łatwo. A to, że była tak piekielnie atrakcyjna, obracało się przeciwko niej.
Zamrugał i przetarł oczy, próbując sobie przypomnieć, co powiedział jej o sobie. Przypomniał sobie, że mówił coś o Alu i jakichś tajemnicach mistycyzmu Nawahów, które ujawnił mu dziadek. Opowiedział jej o podniebnych tancerzach i obiecał, że pokaże jej ich dziś wieczorem.
Wieczorem. Uśmiech Jamiego zbladł. Czy to był jednorazowy skok, czy początek czegoś poważniejszego? Nie miał pojęcia. Jego ostatni związek zaczął się na Marsie, a skończył rozwodem.
Ze smutnym westchnieniem zwlókł się z łóżka i rozpoczął codzienne zajęcia.
Blade poranne słońce świeciło przez zakrzywioną szybę łazika. Dex jechał powoli przez równą, upstrzoną kamieniami równinę. Każdy kamyk i głaz rzucał długie cienie w porannym słońcu. Światło wygląda tu jakoś inaczej, pomyślał Dex. Jakieś… słabsze… bardziej różowe.