On i Craig byli w drodze od prawie godziny, gdy Dex ujrzał czerwone światełko, które nagle zapaliło się na tablicy rozdzielczej.
— Hej, Wiley — zawołał przez ramię. — Mamy tu jakiś problem. Craig wszedł do kokpitu i usiadł w fotelu po prawej stronie.
— Co to znaczy „my”, białasie?
Dex stuknął palcem w złowieszcze światełko.
— Aha — odparł Craig.
— To nie wygląda dobrze, Wiley.
— Ogniwa paliwowe się rozładowują. A nie powinny.
— Może powinniśmy się zatrzymać?
— Nie — odparł Craig. — Zaraz rzucę okiem.
Ruszył do tylnej części modułu łazika. Ogniwa paliwowe zastępowały zasilanie elektryczne i miały być używane wtedy, gdy panele słoneczne nie były w stanie doładować akumulatorów zasilających układy łazika nocą. Ogniwa paliwowe starego łazika były zasilane wodorem i tlenem, co oznaczało, że ich produktem ubocznym jest woda pitna. Ogniwa paliwowe nowych łazików wykorzystywały metan i tlen otrzymywane z wody wiecznej zmarzliny i marsjańskiej atmosfery.
Trumball jechał przez monotonny krajobraz.
— Całe mile pustki. Nic, tylko pustka — mruczał do siebie.
Wiedział, że powinien badać krajobraz ciekawskim okiem geologa, klasyfikując formacje skalne, obserwując, jak usypane są wydmy, sprawdzając gęstość rozrzuconych wszędzie skał, szukając kraterów. A tymczasem czuł zwykłe znudzenie.
Stoper wydał z siebie odgłos dokładnie na znaczku jednej godziny.
— Czas na zainstalowanie stacji, Wiley — zawołał do Craiga Dex.
— Jedź dalej — odparł Craig. — Włożę skafander i wyjdę na zewnątrz sprawdzić te pieprzone ogniwa.
Dex kontynuował jazdę, zaś Craig walczył ze skafandrem. Kiedy Craig ogłosił gotowość, Dex zatrzymał pojazd i poszedł do tyłu, by sprawdzić skafander i plecak starszego kolegi.
— Chyba w porządku, Wiley — rzekł.
— Super — dobiegł głos Craiga, stłumiony przez zamknięty hełm. — Daj mi stację.
Dex podał mu stację, a następnie zaczął wciągać skafander. Głupie, bezduszne przepisy bezpieczeństwa, mówił sobie w duchu, gdy Craig czekał na koniec cyklu i wychodził na zewnątrz. Muszę siedzieć w tej puszce, jak jakiś dureń, tylko dlatego, że Wiley jest na zewnątrz. Jeśli coś nawali, wskoczy szybko do śluzy; nie będzie potrzebował, żebym wyskakiwał na zewnątrz i ratował go.
Gdy tak Dex narzekał w myślach, przyszedł mu do głowy przepis nakazujący, by ktoś sprawdził jego skafander. Jak do licha miałoby się to odbyć, skoro druga osoba jest na zewnątrz? — poskarżył się w duchu. I tak nie miał zamiaru wychodzić na zewnątrz, chyba że Craig wpakuje się w jakieś bliżej nieokreślone tarapaty. Durnie, którzy pisali ten regulamin, to faceci z gatunku noszących równocześnie pasek i szelki. Stare pierdziochy jak Jamie.
Dex przecisnął się z powrotem do kokpitu i niezgrabnie opadł na lewy fotel. Wszystkie światełka paliły się na zielono, z wyjątkiem jednego — dla ogniw paliwowych.
— Jak leci, Wiley? — zawołał do interkomu.
— Sprawdzam te pieprzone ogniwa paliwowe. Jeszcze parę minut.
— Nie spiesz się — odparł Dex.
Siedząc i nudząc się, Dex obserwował horyzont. Nic. Martwy jak Beethoven. A może jeszcze bardziej. Tylko skały, piasek i wszystkie odcienie czerwieni, jakie może dojrzeć ludzkie oko. Ani śladu ruchu…
Poderwał się do pionu, niełatwa rzecz w skafandrze. Coś tam się ruszało! Jakiś błysk na horyzoncie i już go nie ma.
Dex podszedł do szafek ze sprzętem za pryczami w części środkowej. Schylanie się w skafandrze było niewygodne, musiał opaść na kolana, by dosięgnąć zamknięć szafek. Przeklinając skafander i rękawice, grzebał w starannie ułożonych narzędziach, aż znalazł elektroniczną lornetkę. Wtedy pobiegł z powrotem do kokpitu, jak jakiś potwór ze starych filmów, próbujący galopować.
Szybka hełmu była uniesiona, więc Dex przyłożył lornetkę do oczu i zaczął przeszukiwać horyzont. Nic. Co by to nie było, już znikło.
Zaraz! Jakiś błysk…
Dex wyregulował lornetkę i uzyskał ostry obraz. Trąba powietrzna. Wirująca chmura pyłu, czerwona jak sam diabeł. W Starym Testamencie tak mógł wyglądać słup ognisty, tylko że jesteśmy na Marsie, nie w Izraelu czy Egipcie. Przypomniał sobie, że na Marsie jest region zwany Synajem, na południe od Wielkiego Kanionu.
— Szkoda, że cię tu nie ma — mruknął, obserwując minicyklon, jak wiruje i tańczy na odległym horyzoncie.
Odkładając lornetkę, Dex przypomniał sobie, że na Marsie gigantyczne burze piaskowe czasem omiatały planetę od bieguna do bieguna. Zwykle na wiosnę. Potrząsnął głową w hełmie. Jest już za późno; zaplanowaliśmy lądowanie tak, by nastąpiło po porze burz. Poza tym w tym roku nie było żadnych.
Jeszcze nie, ostrzegł go cichutki głosik w głowie. Wiosna trwa na Marsie sześć miesięcy.
Przy śniadaniu Jamie czuł się stanowczo nieswojo. Zwykle członkowie ekspedycji jadali poranny posiłek osobno; nie było żadnej ustalonej pory zbiórki w kuchni. A jednak tego ranka, gdy Jamie wyszedł z sypialni, trzy kobiety siedziały już przy stole, głowa przy głowie, radośnie paplając.
Paplanina ustała, gdy Jamie się zbliżył. Powiedział „dzień dobry” i odpowiedział mu chór głosów. Następnie napięta cisza, gdy wyjmował pakiet śniadaniowy z zamrażarki. Czuł na sobie ich oczy.
— Za parę dni będzie można zacząć zbierać truskawki — powiedział w przestrzeń.
— Tak, i pomidory też — odparła Trudy Hali.
Jamie usiadł na szczycie stołu, mając Trudy i Stacy po lewej, a Vijay naprzeciwko. Uśmiechnęła się, a on odwzajemnił się uśmiechem, z którego emanowała pewność siebie.
— Dobrze spałeś? — spytała Trudy, z wyrazem ucieleśnionej niewinności.
Jamie skinął głową i skierował uwagę na miskę z gotowymi płatkami.
Rozmowa się nie kleiła. Wszystko, co powiedziały Hali czy Dezhurova, wydawało mu się aluzjami do seksu. Vijay wyglądała na absolutnie zrelaksowaną. Ona dobrze się bawi, pomyślał Jamie.
Skończył posiłek najszybciej, jak się dało i poszedł do centrum łączności.
— Muszę sprawdzić, co się dzieje z resztą — powiedział.
— Już rozmawiałam z obiema grupami — zawołała Stacy do jego oddalających się pleców. — Opos ma problemy z ogniwami paliwowymi, poza tym wszystko gra.
Jamie zatrzymał się i odwrócił w jej stronę.
— A Tomas?
— Wyruszyli w stronę wielkiej kaldery, zgodnie z planem.
— Dobrze — odparł Jamie i ruszył dalej.
Po paru minutach, gdy już porozmawiał z Fuchidą, do centrum łączności wkroczyła Vijay i usiadła przy nim.
— Wiesz, to nie jest zbrodnia — powiedziała z lekkim uśmiechem na ustach.
— Wiem.
— Dorosłe osoby, wyrażające zgodę i tak dalej.
— Wiem — powtórzył.
— Sądzisz, że one mogą być zazdrosne?
— O rany, daj spokój, Vijay… Zaśmiała się lekko.
— To już lepiej. Boże, jaki ty byłeś spięty!
— Czy one wiedzą?
— Nic im nie mówiłam, ale mogły się domyśleć, obserwując twoje zachowanie.
— Do licha.
— Nie ma się czego wstydzić. — Wiem, ale…
— Stało się, Jamie. A teraz o wszystkim zapomnij. Pracuj dalej przy programie. Nie zamierzam zmuszać cię do angażowania się. Nie chcę tego.
Poczuł zarazem ulgę i rozczarowanie.
— Vijay, ja… posłuchaj, to wszystko komplikuje. Potrząsnęła głową.
— Spokojnie, chłopie. Żadnych komplikacji. Stało się i było bardzo miło. Może stanie się jeszcze raz, kiedy księżyc będzie we właściwej fazie. Może nie. Nie myśl o tym za wiele.
— Jak, u licha, mam o tym nie myśleć? Znów się uśmiechała.
— I właśnie to chciałam od ciebie usłyszeć, Jamie. Właśnie to chciałam usłyszeć.