— Doskonale. Właśnie wymyśliłeś perpetuum mobile.
— Tak, jasne, Wiley, nie jestem aż takim durniem. Wodór będziemy tracić cały czas, wiem. Ale utrata będzie na tyle wolna, że będziemy mogli wykorzystać ogniwa paliwowe, żeby dawały prąd w nocy przez całą drogę do Ares Vallis i z powrotem go generatora! Akumulatory zostawimy jako awaryjne.
— Uczyłeś się matematyki?
— Robiłem różne obliczenia. Przepuszczę je przez komputer, jak mi podasz współczynnik wydajności ogniw paliwowych.
Drapiąc się po pociemniałej szczęce, Craig rzekł:
— Te dane powinny być w archiwum komputerowym.
— OK, to je znajdź.
Starszy mężczyzna zawahał się.
— Powinniśmy najpierw dostać zgodę. Muszę powiedzieć Jamiemu, co planujemy, a on skonsultuje się z Tarawą.
Trumball wyszczerzył się.
— A proś sobie, o jakie zgody chcesz, Wiley, i tak to zrobimy.
— Poczekaj chwilę…
— A co oni nam powiedzą? — przerwał mu Trumball. — Jeśli nam zabronią, to w praktyce będzie oznaczało odwołanie wyprawy. Na to przecież nie pozwolimy, nie?
— Chcesz powiedzieć, że jeśli nam nie pozwolą, to i tak to zrobimy?
— Jasne! Czemu nie? Jak mieliby nas powstrzymać?
— Wykorzystać ogniwa paliwowe, żeby dawały prąd przez noc? — Jamie upewniał się, czy się nie przesłyszał.
— To jak robienie z cytryny lemoniady — odparł Opos.
Jamie gapił się na ekran. Nieogolona twarz Craiga była śmiertelnie poważna. Dex pewnie jest koło niego i prowadzi. Rzut okiem na odczyty danych poza głównym ekranem wykazał, że łazik porusza się ze stałą prędkością około trzydziestu kilometrów na godzinę.
— Dla mnie brzmi to ryzykownie — rzekł Jamie, zyskując czas do namysłu.
— Przeliczyliśmy to — odparł Craig. — Powinno zadziałać. — A jeśli nie?
— To pojedziemy dalej bez zapasowego zasilania, tak jak teraz.
— Nie podoba mi się to.
— Alternatywą jest odwołanie ekspedycji — wtrącił się głos Trumballa — i powrót do domu z podwiniętym ogonem.
— A tego właśnie chce twój ojciec — rzekł Jamie. Miał zamiar poczekać do wieczora i porozmawiać z Dexem na osobności o ataku wściekłości ojca. Ojciec Dexa w ciągu ostatnich dwunastu godzin wysłał trzy odpowiedzi na wiadomość Jamiego, każda bardziej rozzłoszczona od poprzedniej.
Ktoś przesunął kamerę z widoku kokpitu łazika na twarz Dexa.
— Kochany stary tatusiek lubi pokazać temperament — powiedział lekko, uśmiechając się. — Wystarczy, jak mi prześlesz te wiadomości. Ja to załatwię.
— Być może właśnie utrąciłeś fundusze na następną ekspedycję — ostrzegł go Jamie.
Trumball energicznie potrząsnął głową.
— Niemożliwe. Kiedy przywieziemy Pathfmdera, inwestorzy będą do nas biegli z workami pieniędzy.
Więc wrócisz na Marsa i wyszabrujesz wszystko, co tylko wpadnie ci w łapy, pomyślał Jamie. Wyobraził się Trumballa jako konkwistadora w zbroi i hełmie.
Ręka znów przesunęła kamerę.
— Ja tam nie martwię się o następną ekspedycję — rzekł przytomnie Craig. — Ja tylko chcę wrócić z tej w jednym kawałku.
— Będę musiał pogadać z Tarawą — rzekł Jamie, czując do siebie niechęć z powodu zwalania decyzji na górę.
— Dobrze, świetnie — doleciał głos Trumballa. — Dojechanie do generatora zajmie nam co najmniej kolejny tydzień.
Diabli! Pomyślał Jamie, analizując dalsze opcje prowadzenia tej rozmowy. Dex doskonale wie, że im dalej odjadą, tym mniejsza szansa na ich odwołanie.
Wylogował się i przerwał połączenie z łazikiem; przyszła mu do głowy kolejna myśclass="underline" im dłużej są na wyprawie, tym dłużej nie ma Dexa w bazie. Nie ma go przy Vijay.
I za tę myśl nienawidził siebie jeszcze bardziej.
— Wszystko gotowe? — spytał Rodriguez.
Fuchida założył uprząż na skafander i przypiął do niej mocno linę.
— Gotów — odparł biolog z pewnością, której tak naprawdę nie czuł. Ciemna, ziejąca otchłań wywoływała w obu mężczyznach pierwotny lęk, ale Fuchida nie przyznawał się do tego sam przed sobą, a co dopiero przed partnerem.
Rodriguez spędził cały ranek przygotowując sprzęt wspinaczkowy, zaś Fuchida zbierał próbki skał, po czym dał półgodzinny show VR dla widzów na Ziemi. Skał było tutaj mniej niż na nizinach i żadne nie miały kolorowych wykwitów, charakterystycznych dla kolonii marsjańskich porostów.
Zbieranie próbek było pierwszym obowiązkiem biologa. Myślał o nich jako o prezencie dla geologów, gdyż był prawie pewien, że na dachu świata nie ma nic, co mogłoby zainteresować biologa. Poniżej, w kalderze… to może być co innego.
Fuchida nadal miał sprzęt VR przyczepiony do hełmu Nie będzie transmisji w czasie rzeczywistym, ale pierwsze zejście do głównej kaldery Olympus Mons zostanie zarejestrowane, co może być bardzo przydatne — zarówno dla celów naukowych, jak i rozrywkowych.
— Dobrze — rzekł Rodriguez, a ociąganie dało się wyczuć w jego głosie. — Jestem gotowy, powiedz, kiedy możemy zaczynać.
Kiwając głową w środku hełmu, Fuchida oznajmił:
— No to zaczynajmy.
— Uważaj — rzekł Rodriguez, gdy biolog zaczął powoli się cofać.
Fuchida nie odpowiedział. Skręcił i przekroczył łagodnie zaokrąglony brzeg wielkiej dziury w ziemi. Kaldera był tak wielka, że zejście poniżej poziomu, na którym widział go Rodriguez bez potrzeby ruszania się ze swego stanowiska obok wyciągarki, zajmie mu pół godziny.
Powinienem był przeczytać Piekło Dantego podczas przygotowań do tego zadania, powiedział sobie Fuchida.
Wiedział, że droga do piekła zaczyna się od łagodnego zbocza. Zaraz jednak stanie się ono strome.
I wtedy poczuł, jak obie obute stopy tracą oparcie.
Zapis w dzienniku
Czasem myślę o sobie jako o niewidzialnym człowieku. Oni mnie zwyczajnie nie widzą. Jestem pośród nich, robię, co do mnie należy, ale dla nich jakby mnie tu nie było. Mówię, a oni mnie nie słyszą. A przynajmniej nie słuchają. Nie są lepsi ode mnie, ale prawie przez cały czas mnie ignorują. Niewidzialny człowiek. Jestem dla nich niczym.
Soi 49: Popołudnie
— Nic ci się nie stało? — głos Rodrigueza w słuchawkach Fuchidy brzmiał, jakby był zaniepokojony.
— Trafiłem na śliskie miejsce. Muszą tu być plamy suchego lodu, pokrywające skały w cieniu.
Biolog leżał na boku, stłuczone podczas upadku biodro dawało boleśnie o sobie znać. W tym tempie, pomyślał, zaraz będę siny od pasa w dół.
— Możesz wstać?
— Tak. Pewnie.
Fuchida czuł się bardziej zawstydzony niż obolały. Chwycił ze złością linę i podciągnął się do pionu. Nawet w marsjańskiej grawitacji, równej jednej trzeciej ziemskiej, był to niezły wysiłek. Skafander i plecak ciągnęły go w dół. I cały ekwipunek przyczepiony do pasa i uprzęży.
Kiedy już udało mu się stanąć, spojrzał raz jeszcze w dół, w ciemną otchłań kaldery. Wygląda jak pysk olbrzymiej bestii, pomyślał. Jak brama do piekielnych czeluści. Wziął głęboki oddech, po czym powiedział do mikrofonu:
— Dobrze, ruszam na dół. — Uważaj, chłopie.
— Dzięki za radę — warknął Fuchida.
Rodriguez najwyraźniej nie był zakłopotany jego irytacją.
— Może powinienem bardziej napiąć linę — podsunął. — Żeby nie była taka luźna.