Выбрать главу

Żałując swojego wybuchu, Fuchida zgodził się:

— Tak, to może mi pomóc wygramolić się.

Biodro bolało porządnie, a jego tylna część ciała nadal mu dokuczała po pierwszym upadku.

Mam szczęście, że nie rozdarłem skafandra, pomyślał. Ani nie uszkodziłem plecaka.

— Dobra, wyregulowałem napięcie liny. Spróbuj teraz. Podróż na tysiące mil musi zaczynać się od jednego kroku.

Stawiając obutą stopę na gruncie przed sobą, Mitsuo zacytował starożytne motto Lao-tsu. Naga skała wyglądała na stabilną.

Nie widać lodu, powiedział sobie w duchu. Jest za cienki, żeby go dojrzeć. Parędziesiąt metrów na prawo promienie słońca oświetlały pochylone zbocze kaldery. Tam nie będzie lodu, pomyślał Fuchida. Zaczął przesuwać się w tamtym kierunku, powoli, sprawdzając grunt przy każdym kroku.

Lina była przywiązana do uprzęży na piersi, więc w razie potrzeby mógł ją łatwo odczepić. Zwiększone naprężenie liny utrudniało przemieszczanie się. Fuchida czuł się prawie jak marionetka na sznurku.

— Popuść trochę — zawołał do Rodrigueza.

— Na pewno?

Odwrócił się, by spojrzeć na partnera i zobaczył, że astronauta jest tylko małym punkcikiem na brzegu kaldery, stojącym w pełnym słońcu, z granatowym niebem za plecami.

— Tak, na pewno — odparł cierpliwie. Kilka sekund później Rodriguez spytał: — I jak teraz?

Różnica była niewyczuwalna, ale Fuchida odparł:

— Lepiej.

W słońcu zobaczył półkę skalną jakieś dwadzieścia metrów poniżej i ruszył w jej stronę. Opuszczał się powoli i ostrożnie.

— Nie widzę cię — głos Rodrigueza sugerował, że martwi się tylko trochę.

Unosząc wzrok, Fuchida zobaczył połać granatowego nieba i nic poza tym, nie licząc łagodnego skalnego zbocza. I liny, jego linii życia, trzymającej mocno.

— Wszystko gra — odparł. — Włączę kamery i będę nagrywał, jak schodzę. Zatrzymam się koło półki i odłupię parę próbek skały.

— Wiesz, ale do stacji Sagana to powinniśmy byli polecieć — droczył się z Dexem Wiley Craig, prowadząc łazik w suche, zimne popołudnie przez Równinę Księżycową.

— Co, zmęczyłeś się prowadzeniem? — spytał Trumball, siadając na prawym fotelu kokpitu.

— Trochę to nudne.

— Sprawdziłem ten pomysł — rzekł Dex. — Rakietoplan nie ma wystarczającego zasięgu, żeby dolecieć do Ares Vallis.

— Mogliśmy wystrzelić generator paliwa i zatankować, dokładnie tak jak teraz.

— Pewnie tak. Ale trzeba by tankować parę razy, co oznacza przemieszczanie generatora ze dwa razy. I dwukrotne lądowanie rakietoplanem.

— Za ryzykowne, nie?

— Och, ryzyko mi nie przeszkadza — rzekł Dex. — Ale rakietoplanem nie przewieziesz Pathfindera, jeśli już tam się znajdziesz. A przynajmniej nie z pełnym ładunkiem paliwa.

Craig wydał z siebie długie westchnienie, które brzmiało prawie jak jęk.

— No to jedziemy.

— Dostaniemy się tam, Wiley.

— Potwornie wolno.

— Ustanawiamy rekord przejazdu lądem na obcej planecie. Wracając do bazy zbliżymy się gdzieś do dziesięciu tysięcy kilosów.

— Więcej niż ci faceci, co pokonali Marę Imbrium na Księżycu?

— Och, pewnie. Oni zrobili tylko dwa i pół tysiąca. — Aha.

— Cieniasy.

— Przejażdżka.

Trumball uśmiechnął się do partnera. Obaj byli nieogoleni, ich policzki i podbródki lśniły od zaczątków bród, które zgodnie z umową mieli ogolić dopiero po powrocie do bazy.

— Jedziemy po czymś, co kiedyś było dnem starożytnego morza — rzekł Trumball, wskazując na monotonny grunt na zewnątrz. — Założę się, że gdybyśmy się zatrzymali, wykopalibyśmy mnóstwo skamielin.

Craig skrzywił się.

— A jak odróżniłbyś skamielinę od zwykłej skały? Myślisz, że znajdziesz tu trylobity i muszle takie jak na Ziemi?

Dex wziął głęboki oddech, że zabrzmiało prawie jak westchnienie.

— Wiem o tym, Wiley. Mówiłem to Jamiemu, kiedy wylądowaliśmy.

Craig coś odmruknął. Po paru sekundach ciszy Dex odezwał się:

— Mogę cię o coś zapytać, Wiley?

— O co?

— W kwestii przenoszenia bazy do kanionu: po czyjej jesteś stronie? Po mojej czy Jamiego?

Jamie patrzył na trójwymiarowy obraz klifu, pochylając się nad wyświetlaczem 3D i koncentrując, jakby mógł sprawić, że starożytna wioska pojawi się przed jego oczami dzięki samej sile woli.

Stacy Dezhurova jak zwykle siedziała przy konsoli łączności. Trudy i Vijay pracowały w hydroponicznym ogrodzie. A Jamie czuł, że opuszcza go cierpliwość.

Nie powinienem był pozwolić Dexowi na tę szaleńczą eskapadę, myślał. Nie tylko stawia mnie w niezręcznej sytuacji przed ojcem, ale opóźnia wyprawę do starożytnej wioski.

Jamie wiedział, że nie może wyruszyć w stronę kanionu, mając w terenie czterech członków ekspedycji. Musi poczekać, aż wrócą do bazy. Fuchida i Rodriguez wrócą za parę dni, chyba że wpakują się w kłopoty. Dexa i Oposa nie będzie jednak przez co najmniej cztery tygodnie.

Przestań się tym tak przejmować, powiedział sobie. Cierpliwości. Jeśli to rzeczywiście starożytna wioska uczepiona do klifu, jest tam od bardzo, bardzo dawna. Parę tygodni nie zrobi jej żadnej różnicy.

Bardzo chciał tam pojechać, wyrwać się z bazy w teren, z dala od pozostałych.

Z dala od Vijay, uświadomił sobie.

Owinęła mnie wokół palca jak sprężynkę. Najpierw nie, potem tak, teraz może. Czy ona robi to specjalnie? Próbując doprowadzić mnie do szaleństwa? Czy takie po prostu ma poczucie humoru?

Nagle, ku swojemu zdziwieniu, stwierdził, że się uśmiecha. Wszyscy jesteśmy stuknięci. W przeciwnym razie nie byłoby nas tutaj. To tylko nadaje szaleństwu inny wymiar.

Uspokój się, podpowiedziała mu nawajska część umysłu. Szukaj wyważonej drogi. Piękno znajdziesz tylko w harmonii z samym sobą.

Seks. Przez seks wiążemy się z innymi. Dlaczego? Przecież ona nie zajdzie w ciążę. Nie tutaj. Tylko wtedy, gdy będzie tego chciała, jest na to za sprytna. Jaką różnicę robi więc mała kotłowaninka na sianie?

Wtedy przypomniał sobie, jak przyznała się do sypiania z Trutnballem, a Jamie wiedział, że seks może być lontem, który wywoła eksplozję.

Idź krok za krokiem, pomyślał. Dzień za dniem. I wtedy znów się uśmiechnął. Noc za nocą.

Do rzeczywistości przywołał go głos Dezhurovej.

— Jamie, powinieneś to zobaczyć.

Jamie wyprostował się, poczuł, jak strzelają mu kręgi i odwrócił się w stroną konsoli łączności, gdzie siedziała Dezhurova ze słuchawkami na jej włosach upodobniających ją do płowowłosego pazia.

— Co się dzieje?

— Najnowsze prognozy meteorologiczne z Tarawy.

Jamie zobaczył mapę obu półkul Marsa w rzucie biegunowym, jedna obok drugiej, na głównym ekranie Dezhurovej. Na nią były nałożone izobary i symbole niży oraz wyży.

Stacy stuknęła paznokciem w czerwone L na półkuli południowej. Jamie zauważył, że zrobiła sobie manikiur i pomalowała paznokcie na ciemnoczerwono.

— Burza piaskowa — rzekła.

Pochylając się nad nią, by rzucić okiem na mapę, Jamie pokiwał głową. I zauważył, że Stacy pachnie jakimiś kwiatowymi perfumami.

— Dość daleko po drugiej stronie Hel las — mruknął.

— Ale są prognozy, że urośnie — dotknęła klawisza i na ekranie pojawiła się prognoza z mapą na następny dzień. Burza była większa i przesuwała się na zachód.

— Dalej jest poniżej równika — rzekł Jamie.