— No to co?
— Mamy obraz tego obszaru w czasie rzeczywistym?
— Na dwójce — odparła. Ekran po prawej rozbłysnął i pojawiła się satelitarna mapa regionu.
— Burza piaskowa, zgadza się — rzekł Jamie. — Dość duża.
— I rośnie.
Zaczął głośno myśleć:
— Nawet jeśli urośnie do rozmiarów globalnych, potrwa z tydzień, zanim może nam zagrozić. Fuchida i Rodriguez zdążą do tego czasu wrócić.
— Ale Dex i Opos…
Jamie wyobraził sobie reakcję Dexa na odwołanie do bazy z powodu zagrażającej im burzy piaskowej. Będę musiał wydać im rozkaz odwrotu. A on może go po prostu zignorować.
— Powiedz Tarawie, ze chcę natychmiast rozmawiać ze specami od meteo — zwrócił się do Stacy.
— Tak jest.
— Hej, Mitsuo — zawołał Rodriguez.
Fuchida odruchowo spojrzał w górę. Astronauta pozostawał jednak poza zasięgiem jego wzroku. Fuchida był sam na półce skalnej opadającego zbocza kaldery. Fulerenowa lina łączyła go nie tylko z wyciągarką, ale też zapewniała komunikację między skafandrami.
— Co jest? — odpowiedział, ciesząc się, że słyszy głos Rodrigueza.
— Jak leci, chłopie?
— Zależy — odparł Fuchida.
— Od czego?
Biolog zawahał się. Pracował na tej półce od paru godzin, odłupując próbki, mierząc przepływ ciepła, cierpliwie nawiercając twardy bazalt, by sprawdzić, czy jakiś lód jest uwięziony w skale.
Znajdował się teraz w cieniu. Słońce przesunęło się. Patrząc w górę zobaczył, że niebo jest nadal granatowe. Zatem w górze ciągle był dzień. Rodriguez nie pozwoli mu przebywać na dole po zachodzie słońca i doskonale o tym wiedział, więc poczuł ulgę, że nadal świeci słońce.
— Zależy — rzekł powoli — od tego, czego szukasz. Czy jesteś geologiem czy biologiem.
— Ach, tak — odparł Rodriguez.
— Geolog byłby tu szczęśliwy. Skały wydzielają znaczne ilości ciepła. O wiele więcej, niż można przypisać promieniowaniu słonecznemu.
— Chcesz powiedzieć, że wulkan jest nadal aktywny?
— Nie. Jest martwy, ale zwłoki jeszcze nie ostygły — są trochę ciepłe.
Rodriguez nie odpowiedział.
— Wiesz, co to znaczy? Wulkan jest młodszy, niż sądziliśmy. O wiele młodszy?
— O ile?
— Może tylko o parę milionów lat — rzekł z przejęciem Fuchida. — Nie więcej niż dziesięć milionów.
— To i tak strasznie dawno temu, amigo.
— Ale tu może być życie! Jeśli jest ciepło, w skałach może być woda w postaci płynnej.
— Myślałem, że nie może być płynnej wody na powierzchni Marsa.
— Na powierzchni nie — odparł Fuchida, czując, jak drży z ekscytacji. — Ale gdzieś głębiej, w skale, gdzie ciśnienie jest większe… może.
— Chyba jest tam dość ciemno.
— Rzeczywiście — odparł Fuchida, wyglądając na brzeg półki, na której siedział. Ogrzewanie skafandra działało doskonale; w cieniu mogło być ze sto stopni poniżej zera, ale wcale nie marzł.
— Nie podoba mi się, że siedzisz tam po ciemku.
— Mnie też, ale po to tu przylecieliśmy, nie? Brak odpowiedzi.
— Mamy jeszcze paręset metrów liny, tak?
— Zgodnie z miernikiem, tysiąc sto dziewięćdziesiąt dwa.
— Więc mogę jeszcze zejść spory kawałek w dół.
— Nie podobają mi się te ciemności.
— Lampa na hełmie działa. — Ale…
— Przestań się zamartwiać — oświadczył Fuchida, ucinając marudzenie astronauty. Walka z własnym strachem była wystarczająco absorbująca; nie chciał tego robić za Rodrigueza.
— Na końcu tej półki widziałem szczelinę — zwrócił się do astronauty. — Wygląda jak wylot starego komina lawowego. Pewnie schodzi głęboko w dół.
— Sądzisz, że to dobry pomysł?
— Tylko rzucę okiem.
— Nie ryzykuj, jeśli nie musisz.
Fuchida skrzywił się, wstając powoli. Całe ciało bolało go od kolejnych upadków i zesztywniał od siedzenia na półce przez tak długi czas. Idź ostrożnie, ostrzegł sam siebie. Skała jest tu cieplejsza, ale mogą być plamy lodu.
— Słyszysz?
— Gdybym posłuchał twojej rady, leżałbym w łóżku w Nagasaki — odparł, starając się, by zabrzmiało to lekko i dowcipnie.
— Tak, jasne.
Ruszył niepewnie w kierunku ujrzanej wcześniej szczeliny. Lampa na hełmie rzucała jasne światło, ale musiał się trochę schylić, by wiązka światła padła na ziemię.
I wtedy ją zobaczył. Wąska, lekko zaokrąglona dziura w bazaltowej powierzchni. Jak wejście do pirackiej jaskini.
Fuchida wszedł do otworu i obracał się na wszystkie strony, omiatając ściany światłem lampy.
To był komin lawowy, tego był pewien. Jak tunel wyryty przez jakąś pozaziemską dżdżownicę, zakręcał w dół. Jak daleko? — zastanowił się.
Poskramiając głos w głowie, który szeptał mu o strachu i niebezpieczeństwie, Fuchida ruszył w głąb zimnego, ciemnego komina.
Soi 49: Zachód słońca
Dex Trumball skrzywił się, słuchając słów Jamiego dobiegających z konsoli łączności łazika.
— Ludzie od meteo nie sądzą, żeby burza dotarła do równika, ale uważnie jej pilnują.
— To w czym problem? — spytał Trumball, rzucając spojrzenie Craigowi, pochłoniętemu prowadzeniem łazika.
Teren, który pokonywali, lekko się wznosił i był nieco bardziej kamienisty. Po lewej stronie ciągnęły się wystrzępione wzgórza, a ostatnie promienie zachodzącego słońca rzucały długie cienie na ich drogę, zmieniając nawet najmniejsze kamyki w ciemne fantomy usiłujące zagrodzić im drogę.
— To kwestia czasu — odparł Jamie. — Codziennie jesteście coraz dalej od bazy. Jeśli nie zawrócicie zanim burza stanie się realnym zagrożeniem, może być za późno.
— Ale nie wiesz, czy burza rzeczywiście będzie groźna, prawda?
— Rozsądnym posunięciem — odparł Jamie — jest zawrócić i podjąć wyprawę ponownie późnym latem, kiedy szansa na burze jest praktycznie zerowa.
— Nie chcę zawracać z powodu jakiegoś teoretycznego zagrożenia, które prawdopodobnie się nie zmaterializuje.
— To lepsze niż dać się złapać burzy, Dex.
Trumball znów spojrzał na Craiga. Starszy kolega rzucił mu długie spojrzenie, po czym ponownie zaczął patrzeć przed siebie.
— Przecież przetrwaliście burzę piaskową, prawda? Jamie odpowiedział dopiero po dłuższej chwili.
— My nie mieliśmy wyboru. Ty go masz.
— Dobrze, Jamie, to ja coś ci powiem. Jedziemy dalej. Nie mam zamiaru zatrzymywać się i wracać z powodu jakiejś pieprzonej burzy, która i tak jest parę tysięcy kilosów stąd.
Siedząc przy konsoli łączności, ze Stacy obok i Vijay z tyłu, Jamie wbił pięści w uda.
Jeśli rozkażę mu wrócić, a on odmówi, cały autorytet, jaki mam wobec tych ludzi, mogę wylać do ścieku. Jeśli pozwolę mu jechać dalej, wszyscy będą wiedzieć, że Dex może robić, co mu się podoba, a ja nie mam nad nim żadnej kontroli.
Uświadomił sobie, że to Dex podejmuje decyzje. Pomysł ustanowiania Craiga dowódcą był od początku farsą. Opos nie podnosił głosu, przeważnie w ogóle się nie odzywał.
Którędy iść? Jaką drogą? Jamie przez chwilę zastanawiał się intensywnie. Wyobraził sobie trasę Trumballa z Lunae Planum do Xanthe Terra.
— Poczekaj chwilę, Dex — rzekł i przerwał transmisję. Zwracając się do Dezhurovej, rzekł:
— Pokaż mi ich marszrutę, Stacy.