Czerwonawy kawałek ściany zamienił się nagle w strumień eksplodującej pary, który uniósł Fuchidę i cisnął nim mocno o ścianę tunelu.
Soi 49: Wieczór
Fuchida był bliski utraty przytomności, gdy uderzył głową o ściankę hełmu. Upadł na podłoże z zaparowaną szybką hełmu, ujrzał wszystkie gwiazdy, a czaszka prawie pękała mu od bólu.
Całą siłą woli usiłował nie stracić przytomności. Mimo łomotu w głowie, zmusił się do czuwania. Tylko nie zemdleć! nakazał sobie. Nie pozwól sobie na bycie tchórzem. Nie możesz stracić przytomności, jeśli chcesz pozostać przy życiu. Czuł, jak pot rosi mu czoło, spływa do oczu, zmusza do mrugania.
Potem ogarnęła go fala gniewu. Jakie to było głupie! Ciek hydrotermainy. Woda. Płynna woda, tu, na Marsie. Powinienem był wiedzieć. Powinienem był się domyśleć. Muszą tu być mikroorganizmy syderofilne, bakterie metabolizujące żelazo i wodę. Nadżarły ścianę, a ty wydrapałeś kawałek na tyle głęboki, że ciśnienie przebiło ścianę. Spowodowałeś erupcję wulkanu.
Tak, przytaknął sobie. Dokonałeś odkrycia, to teraz musisz przeżyć, żeby je ogłosić światu.
Hełm miał paskudnie zaparowany. Fuchida sięgnął do przełącznika na nadgarstku, który miał podkręcić wentylatory skafandra. Wydawało mu się, że znalazł właściwy przycisk i wcisnął go. Nic się nie stało. Nasłuchując, nie słyszał w ogóle cichego szumu wentylatorów. Cisza. Słychać było wyłącznie jego własny oddech.
Zaraz. Spokojnie. Pomyśl.
Wywołaj Rodrigueza. Powiedz mu, co się stało.
— Tomas, miałem mały wypadek. Brak odpowiedzi.
— Rodriguez! Słyszysz mnie? Cisza.
Powoli, ostrożnie, wyciągnął najpierw ramiona, potem nogi. Bolało go całe ciało, ale chyba niczego nie złamał. Wentylatory milczały, a krople potu ściekały mu do oczu.
Mrugając i mrużąc oczy zobaczył, że szybka hełmu zaczyna się oczyszczać sama. Ten gejzer musiał być raczej słaby, pomyślał z wdzięcznością. Nie słyszał już szumu. Tunel przestał się trząść.
Prawie z ociąganiem podniósł ramię do poziomu wzroku i przysunął do szybki hełmu klawiaturę. Była ciemna. Awaria! Zaczął w panice naciskać klawisze: nic. Ogrzewanie, wymiennik ciepła, wentylatory, radio — nie ma nic.
Jestem martwy.
Zimna fala paniki ogarnęła go, aż poczuł ukłucie w sercu. Dlatego już nie słyszysz szumu wentylatorów! Akumulatory skafandra musiały ulec uszkodzeniu, kiedy uderzyłem o skałę.
Fuchida słyszał łomotanie pulsu w uszach. Uspokój się! — nakazał sobie. Nie jest tak źle. Skafander ma powietrze na jakąś godzinę, może więcej. Jest bardzo dobrze izolowany — nie zamarznę, a przynajmniej nie przez najbliższe parę godzin. Bez wentylatorów też sobie poradzę. Przez jakiś czas.
Prawdziwy strach ogarnął go dopiero wtedy, gdy próbował wstać. Prawa kostka straszliwie zabolała. Złamana lub paskudnie nadwerężona, uświadomił sobie Fuchida. Nie mogę na niej stanąć. Nie mogę stąd wyjść!
Uświadomił sobie ironię tej sytuacji. Mogę być pierwszym człowiekiem na Marsie, który zmarł z powodu wysokiej temperatury.
Problem polega na tym, powiedział sobie Rodriguez, że mamy tylko jedną uprząż do wspinaczki i ma ją Mitsuo. Zanim dotrę do samolotu, wezmę drugą uprząż, wrócę i wszystko przygotuję, on może umrzeć.
Muszę tam zejść bez liny, bez żadnego sprzętu wspinaczkowego, który on ma.
Szlag by trafił! Rodriguez potrząsnął głową w hełmie. Nie mogę go zostawić. Robi się ciemno, a nocy na pewni nie przeżyje.
Z drugiej strony, mamy niezłe szansę, żeby zostać tam obaj — martwi.
Podwójny szlag.
Przez długą, bezużyteczną chwilę gapił się w ciemne głębie kaldery, pozostające teraz w pełnym cieniu, jako że słońce podpełzło już bliżej odległego horyzontu.
Nie okazuj strachu, powtarzał sobie Rodriguez. Nawet przed samym sobą. Pokiwał wewnątrz hełmu. Tak, łatwo powiedzieć. Teraz niech moje wystraszone bebechy w to uwierzą.
Ruszył w dół, powoli, z rozmysłem, trzymając się liny.
Po paru krokach od brzegu kaldery było już całkowicie ciemno. Jedynym światłem był poblask rzucany przez lampę na hełmie i miał wrażenie, że ciemne skały dookoła połykają go łapczywie. Ostrożnie stawiał obute stopy, z rozmysłem, wiedząc, że dwutlenek węgla z powietrza już zaczął zamarzać na lodowato zimnych skałach.
Rodriguez spojrzał w górę na pociemniałe niebo, jak więzień patrzący po raz ostatni na świat wolnych ludzi przed zanurzeniem się w mroku.
Przynajmniej mogę iść za liną, pomyślał. Poruszał się z ostrożną celowością, martwiąc się o plamy lodu. Jeśli coś mi się stanie, to już po nas, powiedział sobie. Tylko spokojnie. Nie spiesz się. Nie popełniaj błędów.
Zajrzał do tunelu. Przypominało to patrzenie w studnię czerni.
— Hej, Mitsuo! — zawołał. — Słyszysz mnie?
Cisza. Jest martwy albo nieprzytomny, pomyślał. Leży gdzieś głęboko w tunelu, a ja muszę go znaleźć. Albo to, co z niego zostało.
Wziął głęboki oddech. Tylko się nie bać, przypomniał sobie.
Kroczył w głąb tunelu, ignorując trzepot własnych wnętrzności, nie zwracając uwagi na głos w swojej głowie, który mówił mu, że zaszedł za daleko, facet nie żyje, nie ma sensu iść dalej, bo sam zginie.
Nie mogę go zostawić, odkrzyknął Rodriguez bezgłośnie wewnętrznemu suflerowi. Martwy czy żywy, nie mogę go zostawić.
To będzie twój pogrzeb, rzekł głos.
Tak, jasne. Tak po prostu sobie wrócę do bazy bez niego. Co oni o mnie pomyślą? Jak ja mam…
Zobaczył poskręcane ciało biologa, wzniesienie skafandra pośród porozrzucanego pod ścianą ekwipunku.
— Hej, Mitsuo! — zawołał. Bezwładna forma nie poruszyła siq.
Rodriguez przypadł do biologa i spróbował zajrzeć do wnętrza hełmu. Było paskudnie zaparowane.
— Mitsuo! — krzyknął. — Nic ci nie jest? — zabrzmiało to idiotycznie już w chwili, gdy wymówił te słowa.
Fuchida nagle poruszył się i złapał go za rękę.
— Żyjesz!
Nadal cisza. Radio mu wysiadło, zrozumiał wreszcie Rodriguez. A powietrze jest zbyt rzadkie, by przekazać mój głos. Zetknął swój hełm z hełmem Fuchidy.
— Hej, chłopie, co się stało?
— Akumulator — wyjaśnił biolog; jego głos był stłumiony, ale dało się go zrozumieć. — Akumulator nie działa. I moja kostka. Nie mogę chodzić.
— Jezu! Możesz wstać, jeśli cię podeprę?
— Nie wiem. Wentylatory nie działają. Boję się ruszać. Nie chcę wytwarzać za dużo ciepła.
Szlag by trafił, powiedział w duchu Rodriguez. Czy ja mam go nieść całą drogę na powierzchnię?
Siedząc w pułapce jak naiwny szczeniak na pierwszej wycieczce do jaskini, Fuchida żałował, że nie poświęcił więcej czasu swoim buddyjskim nauczycielom. To byłby dobry moment na medytację, osiągnąć wewnętrzny spokój i wejść w stan alfa. Czy beta?
Wentylatory skafandra nie działały, krążenie powietrza w solidnie izolowanym skafandrze prawie nie istniało. Ciepła wytwarzanego przez jego ciało nie dało się odprowadzić do wymiennika w plecaku; temperaturawewnątrz powoli rosła.
Co gorsza, odprowadzanie dwutlenku węgla, który wydychał w skafandrze, było jeszcze trudniejsze, podobnie jak zdobycie powietrza do oddychania. Zadusi się własnymi wyziewami.
Należało leżeć spokojnie, nie ruszać się, nie mrugać. Spokój. Nic nie robić. Nie ruszać się. Czekać. Czekać na pomoc.
Rodrigucz tu przyjdzie, powtarzał sobie. Tomas nie zostawi mnie, żebym tu umarł. Przyjdzie po mnie.