Выбрать главу

— Trzymasz je pan dla specjalnych klientów, co? — zapytał pan Szpila.

— Dla mnie, drogi panie, każdy klient jest kimś specjalnym.

— A masz pan musztardę?

— Ludzie nazywają to musztardą — odparł Dibbler, dając się ponieść entuzjazmowi. — Ale ja nazywam to…

— Lubię …oną musztardę — oznajmił pan Tulipan.

— …naprawdę doskonałą musztardą — dokończył Dibbler, nie tracąc rytmu.

— Weźmiemy dwie — zdecydował pan Szpila. Nie sięgnął po portfel.

— Na koszt firmy! — rzekł Dibbler. Ogłuszył dwie kiełbaski, zabułkował je i podał klientom.

Pan Tulipan wziął obie i jeszcze słój z musztardą.

— A wie pan, jak w Quirmie nazywają kiełbaskę w bułce? — zapytał pan Szpila, kiedy odchodzili.

— Nie — odparł pan Tulipan.

— Nazywają ją „le kiełbaska w le bułce”.

— Jak to, w …onym zagranicznym języku? To jakiś …ony żart!

— Nie jestem …onym żartownisiem, panie Tulipanie.

— No przecież powinni je nazywać jakoś… no… kiełbaska dans le derriere — stwierdził pan Tulipan. Odgryzł kęs smakołyku Dibblera. — Hej, tak właśnie smakuje ta …ona przekąska — dodał z pełnymi ustami.

— W bułce, panie Tulipanie.

— Wiem, co chciałem powiedzieć. To …ona okropna kiełbaska.

Dibbler patrzył za odchodzącymi klientami. W Ankh-Morpork nieczęsto słyszy się taki język. Większość ludzi mówi, nie zostawiając w zdaniach wolnych miejsc, więc zastanowił się, co może znaczyć słowo „ony”.

* * *

Tłum zbierał się przed dużym budynkiem przy Radosnym Mydle, a kolejka wozów sięgała już do Broad-Wayu. A kiedy gdziekolwiek zbiera się tłum ludzi, pomyślał William, ktoś powinien zanotować dlaczego.

W tym przypadku przyczyna była jasna. Jakiś człowiek stał na parapecie na zewnątrz okna na czwartym piętrze, przyciskając plecy do ściany, i z nieruchomym wyrazem twarzy patrzył w dół.

Daleko w dole tłum starał się okazać pomoc. Zniechęcanie kogokolwiek na jego miejscu nie leżało w prostej ankhmorporskiej naturze. To w końcu wolne miasto. Dlatego udzielano mu rad.

— Lepiej spróbować z Gildii Złodziei! — krzyczał jakiś człowiek. — Sześć pięter, a potem porządne, solidne kocie łby! Rozwalisz sobie czaszkę przy pierwszej próbie!

— Dookoła pałacu jest porządny bruk! — poinformował stojący obok.

— Tak, na pewno — zgodził się jego sąsiad. — Ale jeśli spróbuje skoczyć z pałacu, Patrycjusz go zabije. Mam rację?

— I co?

— Wiesz pan, to w końcu kwestia stylu, nie?

— Wieża Sztuk jest niezła — stwierdziła z przekonaniem pewna kobieta. — Prawie dziewięćset stóp. I piękny jest stamtąd widok.

— Fakt, trudno zaprzeczyć. Ale też ma się dużo czasu, żeby sobie wszystko przemyśleć. Po drodze w dół. A to nie jest najlepsza chwila na introspekcję.

— Słuchajcie, mam cały wóz krewetek i jeśli postoję tu dłużej, same wrócą do domu piechotą! — jęknął woźnica. — Dlaczego on po prostu nie skoczy?

— Zastanawia się. To przecież poważny krok.

Człowiek na krawędzi odwrócił głowę, gdy usłyszał szuranie. William przesuwał się bokiem po występie i bardzo się starał, żeby nie patrzeć w dół.

— Witam. Przyszedłeś pan mnie namówić, żebym zszedł, co?

— Ja… — William naprawdę się starał, żeby nie patrzeć w dół.

Z dołu parapet wydawał mu się o wiele szerszy. Zaczynał żałować, że tu wszedł.

— Nawet o tym nie myślę.

— Zawsze jestem otwarty na namowy do zejścia.

— Tak, tak… ehm… Czy zechce mi pan podać swoje nazwisko i adres?

W górze wiał nieprzyjemny wiatr. Tego się nie spodziewał. Ostre podmuchy były wyraźnie odczuwalne między dachami budynków; szarpały kartkami notesu.

— Po co?

— No… Ponieważ po upadku z tej wysokości na twardy grunt trudno ustalić takie szczegóły — odparł William, starając się nie oddychać zbyt głęboko. — A ponieważ chcę o tym napisać, tekst będzie lepiej wyglądał, jeśli powiem, kim pan był.

— Gdzie napisać?

William wyjął z kieszeni „Puls” i bez słowa wręczył go rozmówcy. Papier szeleścił na wietrze.

Desperat usiadł i przeczytał, poruszając przy tym bezgłośnie wargami. Nogi zwisały mu nad pustką.

— Więc to są tak jakby wydarzenia? — zapytał. — Jak u herolda, tylko że zapisane?

— Zgadza się. Od A do Z. No więc jak się pan nazywał?

— Co to znaczy „nazywał”?

— No, wie pan… to chyba oczywiste… — powiedział żałośnie William. Machnął ręką w pustkę i o mało co nie stracił równowagi. — Jeśli pan…

— Artur Crank.

— Gdzie mieszkałeś, Arturze?

— Przy Szczebiotliwej.

— A czym się zajmowałeś?

— Znowu to „zajmowałeś”. Wiesz pan, straż zwykle częstuje mnie herbatą.

W głowie Williama odezwał się dzwonek alarmowy.

— Często tak… skaczesz?

— Zajmuję się tylko trudniejszymi fragmentami.

— To znaczy?

— Tymi, gdzie trzeba się wspinać. Oczywiście samo skakanie pomijam. Nie wymaga kwalifikacji. Bardziej interesuje mnie aspekt wołania o pomoc.

William spróbował przytrzymać się gładkiej ściany.

— A ta pomoc, której oczekujesz? to…?

— Odpalisz pan dwadzieścia dolarów?

— Albo skoczysz?

— No nie, nie dosłownie „skoczę”, to chyba jasne. Nie do końca skoczę. Nie w ścisłym sensie. Ale nadal będę groził, że skoczę, jeśli łapiesz pan, o co mi chodzi.

William uznał, że budynek wydaje się o wiele wyższy niż wtedy, kiedy wspinał się po schodach. Ludzie w dole wyglądali na o wiele mniejszych. Rozpoznawał zwrócone ku górze twarze. Był tam Paskudny Stary Ron ze swoim zapchlonym psem i cała reszta ekipy, ponieważ jakieś niezwykłe ciążenie ściągało ich ku improwizowanym ulicznym widowiskom. William mógł nawet odczytać tabliczkę „Będę groził za jedzenie” Kaszlaka Henry’ego. Widział też kolumny wozów paraliżujące już połowę miasta. Czuł, jak uginają się pod nim kolana…

Artur go przytrzymał.

— Zaraz, to jest moje miejsce! — zawołał. — Znajdź pan sobie jakieś inne.

— Mówił pan, że skakanie nie wymaga kwalifikacji — powiedział William, próbując skoncentrować się na notatkach. Wokół niego świat wirował delikatnie. — A jaki był pański zawód, panie Crank?

— Robotnik dachowy. Rozległ się krzyk:

— Arturze Crank, w tej chwili złaź na dół!

Artur spojrzał na ulicę.

— A niech to, ściągnęli tu moją żonę — westchnął.

— Funkcjonariusz Fiddyment mówi, że… — odległe różowe oblicze pani Crank pochyliło się w stronę stojącego obok strażnika. — Że zakłócasz… handlowy… dobrobyt… miasta, ty stary durniu!

— Z żoną nie można się kłócić — stwierdził Artur z zakłopotaną miną.

— Następnym razem schowam ci portki, głupi staruchu! Złaź natychmiast, bo zobaczysz, jak oberwiesz!

— Trzy szczęśliwe lata małżeństwa — westchnął Artur i pomachał niewielkiej postaci w dole. — Pozostałe trzydzieści dwa też nie były takie złe. Ale nie umie gotować kapusty.

— Naprawdę? — zdziwił się William i jak we śnie runął do przodu. Ocknął się, leżąc na ziemi, tak jak tego oczekiwał, jednak wciąż w wersji trójwymiarowej, na co nie liczył. Uświadomił sobie, że nie jest martwy. Jedną z przesłanek tej tezy była twarz przyglądającego mu się kaprala Nobbsa. William uważał, że prowadził stosunkowo przyzwoite życie i gdyby umarł, nie powinien spotkać niczego o twarzy podobnej do kaprala Nobbsa — a to najgorsze, co może trafić w mundur, jeśli nie liczyć mew.