Выбрать главу

— Straż też nie. A mają wilkołaka. Wszyscy szukają tego psa. Ten pies zniknął. Ale to bez znaczenia. Znaczenie ma to małe pudełko.

— To bardzo niewiele, jeśli chodzi o dowody…

— Doprawdy? Pyta pan o psa. Mówi o zabójcach. Tak sobie myślę, że ten jakiś Vimes mocno się przyczepi do czegoś takiego. Jak słyszałem, nie jest typem, który odpuszcza. — Pan Szpila uśmiechnął się ponuro. — Ma pan na nas trochę materiału, a tak między nami… Niektóre z naszych wyczynów dałoby się określić jako… jak by to wyrazić… zbliżone do zbrodni…

— Wszystkie te …one morderstwa na początek — wtrącił pan Tulipan.

— …które jednak — ciągnął pan Szpila — można uznać za zachowanie typowe, ponieważ jesteśmy zbrodniarzami. Podczas gdy pan… pan jest szanowanym obywatelem. To nie wygląda dobrze, kiedy szanowani obywatele prowadzą takie rozmowy. Ludzie gadają…

— Aby zaoszczędzić nam… nieporozumień — rzekł pan Slant — zaraz wypiszę zlecenie wypłaty…

— Klejnoty — przerwał mu pan Szpila.

— Lubimy klejnoty — zaznaczył pan Tulipan.

— Czy wykonał pan kopie… tego czegoś? — zapytał Slant.

— Niczego nie potwierdzam — oświadczył pan Szpila, który kopii nie zrobił i nawet nie wiedział, jak się do tego zabrać. Uznał jednak, że pozycja pana Slanta zmusza go do ostrożności. Wyglądało na to, że pan Slant także to uznał.

— Zastanawiam się, czy można panu zaufać — powiedział jakby do siebie.

— Widzi pan, to jest tak — tłumaczył pan Szpila cierpliwie. Głowa bolała go coraz bardziej. — Jeśli rozejdzie się pogłoska, że szantażowaliśmy klienta, nie będzie to dla nas dobre. Ludzie uznają, że nie można ufać takim jak my. Że nie potrafimy się zachować. Ale jeśli ludzie, z którymi mamy do czynienia, dowiedzą się, że załatwiliśmy klienta, ponieważ klient nie grał uczciwie, wtedy powiedzą sobie: Oto ludzie interesu. Pilnują interesu. Robią interesy… — Przerwał i zapatrzył się w cienie w kącie pokoju.

— I…? — zachęcił go pan Slant.

— I… i… do demona z tym. — Pan Szpila zamrugał i potrząsnął głową. — Dawaj klejnoty, Slant, bo poprosi o nie pan Tulipan, jasne? Wynosimy się stąd, byle dalej od tych waszych przeklętych krasnoludów, wampirów, trolli i chodzących trupów. To miasto budzi we mnie dreszcze! Więc dawaj pan diamenty! Ale już!

— Doskonale — zgodził się pan Slant. — A chochlik?

— Chochlik jedzie z nami. Nas złapią, jego złapią. Zginiemy w tajemniczych okolicznościach, to… pewni ludzie dowiedzą się o pewnych sprawach. Kiedy będziemy już bezpieczni daleko stąd… nie ma pan podstaw, żeby się targować, Slant. — Pan Szpila zadygotał. — Dzisiaj nie jest mój najlepszy dzień.

Pan Slant wysunął szufladę biurka i na kryty skórą blat rzucił trzy aksamitne woreczki. Pan Szpila otarł czoło chustką.

— Proszę się im przyjrzeć, panie Tulipanie.

Obaj w milczeniu obserwowali, jak pan Tulipan wysypuje klejnoty na wielką dłoń. Obejrzał kilka przez lupę. Powąchał. Ostrożnie polizał jeden czy dwa.

Po czym wybrał ze stosu cztery i rzucił je prawnikowi.

— Bierze mnie pan za …onego idiotę? — zapytał.

— Niech pan nawet nie myśli o dyskusji — ostrzegł pan Szpila.

— Może jubilerzy się pomylili — stwierdził pan Slant.

— Tak? — mruknął pan Szpila.

Znowu sięgnął do kieszeni, ale tym razem wyciągnął broń.

Pan Slant spojrzał prosto w wylot sprężynowego rusznica. Technicznie i formalnie była to kusza — w tym sensie, że siła mięśni magazynowała się w ściśniętej sprężynie. Jednak cierpliwy rozwój techniczny doprowadził broń do takiego stanu, że składała się mniej więcej z rury, uchwytu i spustu. Gildia Skrytobójców ogłosiła, że jeśli schwyta kogokolwiek z takim narzędziem, do ostatecznych granic przetestuje możliwości ukrycia go przy sobie (a nawet w sobie). Każda miejska straż, przeciwko której taki sprzęt zostałby użyty, z pewnością by dopilnowała, żeby stopy napastnika nie dotknęły gruntu, tylko kołysały się lekko w podmuchach wiatru.

Slant też musiał mieć w biurku jakiś przełącznik, ponieważ drzwi otworzyły się gwałtownie i wpadło dwóch ludzi, jeden uzbrojony w kuszę, a drugi w dwa długie noże.

To było przerażające, co zrobił z nimi pan Tulipan.

Była to w pewnym sensie prawdziwa sztuka. Kiedy uzbrojony człowiek wpada do pomieszczenia, wiedząc, że czekają go kłopoty, potrzebuje ułamka sekundy, by ocenić sytuację, obliczyć szansę… pomyśleć. Pan Tulipan nie potrzebował ułamka sekundy. Nie myślał. Jego ręce poruszały się samodzielnie.

Nawet wyrachowane oczy pana Slanta potrzebowały myślowego odtworzenia wydarzeń. Ale w tej grozie, choć odgrywanej w zwolnionym tempie, i one z ledwością dostrzegły, jak pan Tulipan chwyta najbliższe krzesło i uderza. Na końcu rozmazanej smugi dwaj mężczyźni leżeli nieruchomo, jeden z wykręconą w niepokojący sposób ręką, a nóż wibrował wbity w sufit.

Pan Szpila nie obejrzał się nawet. Trzymał rusznic wymierzony w zombi. Ale wyjął z kieszeni małą zapalniczkę w kształcie smoka, a wtedy pan Slant… pan Slant, który skrzypiał przy chodzeniu i pachniał kurzem… pan Slant zobaczył kawałek szmaty owinięty wokół wystającego z rury grotu małego, groźnego bełtu.

Nie odrywając wzroku od prawnika, pan Szpila skrzesał ogień. Szmata zapłonęła. A pan Slant był bardzo suchy.

— Uczynek, który właśnie zamierzam popełnić, jest zły — rzekł pan Szpila tonem, jakby był zahipnotyzowany. — Ale popełniłem ich już tak wiele, że kolejny właściwie się nie liczy. To jest tak… Zabójstwo jest złe, lecz następne zabójstwo staje się jakby o połowę mniej ważne. Czyli wychodzi na to, że średnio po dwudziestu zabójstwach człowiek przestaje zwracać uwagę. Ale… mamy dziś piękny dzień, ptaszki śpiewają, są takie, no… kotki i różne inne, i śnieżek błyszczy w słońcu, niosąc obietnicę przyszłej wiosny z kwiatami, świeżą trawą, następnymi kociakami, a potem gorących letnich dni, łagodnych pocałunków wiatru i cudownie czystego powietrza… których ty nigdy nie zobaczysz, draniu, jeśli zaraz mi nie dasz tego, co trzymasz tam w szufladzie, bo spalisz się jak pochodnia, oszukańczy, kłamliwy, zasuszony sukinsynu!

Pan Slant nerwowo sięgnął do szuflady i rzucił na biurko następny aksamitny woreczek.

Zerkając niepewnie na partnera, który nigdy wcześniej nie wspominał o kotkach, chyba że w tym samym zdaniu co o beczce z wodą, pan Tulipan sięgnął po woreczek i zbadał jego zawartość.

— Rubiny — stwierdził. — Bardzo piękne …one rubiny.

— A teraz wynoście się stąd — wychrypiał pan Slant. — Natychmiast. I nie wracajcie. Nigdy o was nie słyszałem. Nigdy was nie widziałem.

Patrzył na migoczący płomień.

Przez ostatnie kilkaset lat pan Slant spotykał się z wieloma groźbami. Ale w tej chwili wydawało mu się, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego od pana Szpili. Pan Szpila chwiał się nieco, a jego wzrok bezustannie przemykał po ciemnych zakamarkach gabinetu.

Pan Tulipan szarpnął partnera za ramię.

— Załatwmy tego …onego zombi i chodźmy stąd.

Szpila zamrugał.

— Dobra — odparł, wracając do siebie. — Dobra. — Spojrzał na prawnika. — Myślę, że dziś jeszcze pozwolę ci żyć. Jutro… kto wie?

Nie była to mocna groźba, ale jakoś nie włożył w nią serca.

A potem Nowa Firma zniknęła.

Pan Slant usiadł ciężko, wpatrzony w zamknięte drzwi. Było jasne — a martwy człowiek ma doświadczenie w takich sprawach — że jego dwóm uzbrojonym urzędnikom, weteranom licznych prawniczych batalii, nic już nie zdoła pomóc. Pan Tulipan był ekspertem.