Więc nazajutrz po południu wybrał się do Giny. Zamyślony jechał tak wolno, że wyprzedzały go nawet autobusy z turystami zwiedzającymi miasto.
Właśnie wróciła do domu po przebieżce. Miała na sobie pomarańczowe szorty, adidasy i skąpą górę, mokrą od potu, która przylgnęła do biustu. Brązowe włosy związała w kok na karku.
– Mogę wejść? – spytał od progu Jack.
Gina sączyła lemoniadę. Powitała go spojrzeniem równie chłodnym jak kostka lodu w szklance.
– Wejdź – wzruszyła obojętnie ramionami.
Wszedł więc, zamknął za sobą drzwi i podążył w ślad za nią do kuchni.
– Rozumiem, że nie jest to twój ulubiony temat, ale po przedstawieniu, jakie urządziłaś wczoraj u Manny'ego, doszedłem do wniosku, że musimy porozmawiać.
– Nie sądzę, abym chciała coś dodać – Gina otworzyła lodówkę i dolała soku do szklanki.
– Właśnie chciałbym się upewnić. Zmartwiłem się, gdy zapowiedziałaś, że nie zechcesz mi pomóc.
– No cóż – odrzekała z wymuszonym uśmiechem – może rzeczywiście powinnam ująć to trochę delikatniej, choć nie zmieniłoby to istoty sprawy. Po prostu nie chcę się mieszać, co chyba cię nie dziwi ani martwi. Tak myślę, Jack, i tak czytam w twojej twarzy. Mam wrażenie, że ja jako alibi to ostatnia rzecz, na której ci zależy.
– Skąd wiesz, na czym mi naprawdę zależy?
– Czyżby? – spytała kusząco, niskim, ciepłym głosem, który wyrażał wszystko. Pytanie Jacka potraktowała jak wyzwanie. Przysunęła się do niego tak blisko, że czuł na policzku jej oddech, a w nozdrzach zapach rozgrzanego ciała, co przypomniało mu o wydarzeniach, do których nie powinien dopuścić. Sięgnęła ręką do tyłu i rozpuściła włosy. – A zresztą spytam inaczej. Czy naprawdę chciałbyś, abym zeznała, że znam nie tylko ciebie, ale i twoje ciało – przesunęła palce na wysokości jego piersi, nie dotknęła go, ale czuł ciepło jej dłoni – że czułam jego ciężar na sobie, że wnikaliśmy w siebie przez całą noc, że pełno było westchnień, krzyków i potu, że za każdym spazmem rozkoszy wbijałam ci paznokcie w plecy, a zęby w piersi, domagając się jeszcze i jeszcze, choć dałeś mi więcej, niż kobieta może oczekiwać? Naprawdę tego chcesz? A jeśli już zacznę mówić przed sądem, to wolałbyś, żeby Cindy była przy tym, czy nie?
Jack odsunął ją od siebie.
– To, co zdarzyło się między nami, było błędem i chyba oboje tego żałujemy, a sądzę, że mogłabyś dać mi alibi bez tych sensacyjnych szczegółów.
Gina wylała resztę lemoniady do zlewu, otworzyła barek, odmierzyła sobie porcję campari.
– Chcesz mnie namówić?
– Namówić do czego?
Uniosła wymownie brwi, pociągnęła łyk ze szklanki.
– Chcesz, żebym zeznała, iż nie wyszedłeś ode mnie przed czwartą?
Jack znał ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, kiedy mówi na serio. Teraz z pewnością nie żartowała.
– Daj spokój, Gina, nie o to chodzi, nie po to przyszedłem.
– Nie mówiłam, że taki miałeś zamiar, ale nie zawsze przychodzi się z określonym zamiarem. Przypomnij sobie, jak to było ostatnim razem. Nie przyszedłeś, żeby się ze mną przespać, a jednak…
– I żałuję, że tak się stało.
– Czyżby? A może chodzi ci tylko o to, aby Cindy nigdy się nie dowiedziała.
Odwrócił wzrok, starając się opanować. Irytacją nic nie wskóra.
– Nie przyszedłem tu, aby dostać od ciebie alibi. Chciałem się tylko upewnić, że nie będziesz zeznawać przeciwko mnie.
– Nie wygłupiaj się – spojrzała nań zdziwiona – to absurd. Nigdy nie zrobiłabym czegoś podobnego.
– A jeśli chodzi o to, co zdarzyło się między nami, niczego Cindy nie powiedziałem, ale powiem w odpowiedniej chwili.
– Takiej chwili nie będzie. Znam Cindy, znam ją lepiej niż ty. Jeśli tylko dowie się o wszystkim, nigdy więcej jej nie zobaczymy, ani ty, ani ja. W jednym tylko przypadku można i trzeba by jej powiedzieć, a mianowicie, gdybym zaświadczała o twoim alibi, a tego nie zrobię, więc nie ma o czym mówić. Nie pozwolę, żebyś mnie obsmarował wobec niej tylko dlatego, że ogarnęły cię spóźnione wyrzuty sumienia. Nigdy! Rozumiesz? Nigdy na to nie pozwolę.
– To nie od ciebie zależy.
– A właśnie, że tak, ponieważ zawsze mogę zmienić zdanie i zacząć zeznawać przeciwko tobie. Nie mam innego wyjścia i przysięgam, że jeśli piśniesz choćby słowo i Cindy się o nas dowie, to idę na policję i wszystko mówię, nie wyłączając tego, że zjawiłeś się wtedy u mnie, bo byłeś przekonany, że Eddy Goss ściga was oboje. Powiem zresztą więcej, także o tym, co tu naprawdę się zdarzyło i skąd się wzięły twoje zadrapania. Powiem, że wpuściłam cię do domu, bo śmiertelnie mnie przestraszyłeś opowieścią o Gossie. Powiem, że miałeś spać na kanapie w salonie I darzyłam cię pełnym zaufaniem, a podrapałam cię dopiero wtedy, gdy wdarłeś się do sypialni, zerwałeś ze mnie koszulę i rzuciłeś się na mnie. – Przerwała i dopiła campari do końca. – A więc – ciągnęła – wybór należy do ciebie: albo postąpisz jak dorosły mężczyzna i to, co zdarzyło się między nami, zachowasz dla siebie, albo licz się z konsekwencjami.
Jacka zamurowało, nie wierzył własnym uszom.
– Ale dlaczego? – nie rozumiał – dlaczego nie chcesz powiedzieć prawdy?
– Bo to nikomu nie jest potrzebne. Jeśli powiem prawdę policji, nic ci nie pomogę. Jeśli powiem prawdę Cindy, obojgu nam to zaszkodzi. Tak więc znasz moje warunki: albo oboje milczymy, albo oboje mówimy. Decyzja należy do ciebie.
Miał ochotę jej odpalić, żeby nie wtykała nosa w sprawy jego i Cindy, ale w tej sytuacji nie mógł sobie na to pozwolić. Niewykluczone, że bluffowała, nie wierzył, że gotowa byłaby sfabrykować historię o rzekomym gwałcie, ale też nie mógł niczego ryzykować. To ona rozdawała karty.
– Trudno – powiedział zrezygnowany – przyjmuję warunki, nie mam wyboru.
– Rozsądny chłopak – pochwaliła go. – Napijesz się campari? – podniosła szklankę.
Nie odpowiedział, wyszedł bez słowa.
Była piąta trzydzieści rano, gdy Wilfreda Garcię obudziło głośne pukanie do drzwi. Nie spał prawie całą noc, bez przerwy myślał, martwił się i zastanawiał, upłynęło bowiem prawie trzydzieści sześć godzin od czasu, gdy dał znać temu sympatycznemu policjantowi, Cooksonowi, a ten tymczasem wcale się nie odezwał.
Pukanie nie ustawało. Wilfredo podniósł się z materaca na podłodze – nigdy nie sprawił sobie łóżka.
– Uno momento – narzucił szlafrok, wsunął kapcie i poczłapał do drzwi.
W drzwiach – owszem – był stosowny otwór na wizjer, ale urządzenie dawno ktoś wymontował. Wilfredo zasłaniał dziurę kawałkiem waty. Wyjął ją teraz i zerknął na korytarz. Panowały ciemności, ale w mroku dostrzegł granatowy mundur policjanta.
– To ja, Cookson – dobiegł głos z ciemności.
Stary Kubańczyk uchylił trochę drzwi i wyjrzał przez szparę. Policjant był co najmniej o głowę wyższy i miał pewnie połowę tych lat co Wilfredo.
– Czy pozwoli mi pan wejść?
Wilfredo nie bardzo wiedział, co o tym myśleć. Ucieszył się na widok policjanta, ale nie spodziewał się wizyty o tak dziwnej porze. Był więc trochę zaniepokojony, ale mimo wszystko otworzył i zaprosił przybysza do środka. Policjant wszedł, zamknął za sobą drzwi. Wilfredo zapalił światło, obrócił się w stronę przybysza i zamarł.
W mroku nie widział rysów, ale teraz, w świetle żarówki, rozpoznał natychmiast. Ta sama sylwetka, cera, krzaczaste ciemne brwi – znał tego człowieka, widział go w nocy, kiedy zabito Gossa. Ręce mu zadrżały, a serce zaczęło bić młotem, gdy zdał sobie sprawę, że stoi oko w oko z mordercą. Chciał uciec, ale człowiek w mundurze chwycił go za koszulę i przyciągnął do siebie. Wilfredo otworzył usta, ale nie zdążył już dobyć głosu, żeby wezwać pomoc. Pięść zabójcy jak błyskawica spadła na jego szczękę. Głowa starca rażona potężnym ciosem poleciała do tyłu, kręgi szyjne puściły, czaszka wsparła się na plecach, ciało zwiotczało.