– Czy to jest pytanie? – zaciekawił się sarkastycznie Manny, wstając z miejsca.
– Sąd uznaje sprzeciw.
– Moje pytanie brzmi – poprawił się prokurator – czy chciała pani zawiadomić policję, czy nie?
– Oczywiście, że chciałam – odparła nie bez wahania.
McCue poczuł się lepiej, postawił na swoim. Trwało to chwilę, ale udało się opanować świadka, przynajmniej tak sobie pomyślał.
– Skoro tak, to czemu pani tego nie zrobiła?
– Bo uznałam, że lepiej tego nie robić.
– Przepraszam, nie rozumiem. – McCue znów był zaskoczony. Kolejna niespodziewana odpowiedź.
– Doszłam do wniosku, że lepiej tego nie robić… – powtórzyła Gina z wahaniem. Zawiesiła głos, nerwowo splatała palce. – A więc nie zadzwoniłam po policję – ciągnęła, wyraźnie wstydząc się tego, co mówi – bo nie chciałam, aby wyszło na jaw, że poszliśmy z Jackiem do łóżka.
Zaskoczenie było absolutne. Prokurator zamilkł, a po sali poniósł się szum. Dziennikarze pilnie notowali, Jack poczuł się, jakby go torturowano, choć w dalszym ciągu niczego nie dawał po sobie poznać. Tego wymagała taktyka. Patrzył przed siebie, nie śmiał odwrócić się do Cindy, bo wiedział, że nie wytrzyma jej spojrzenia i straci panowanie nad sobą.
– Proszę o spokój – sędzia kilkakrotnie uderzyła młotkiem w pulpit.
Jack jednak nie opanował odruchu. Zerknął przez ramię na Cindy. Na krótką chwilę ich spojrzenia splotły się w jedno. Wystarczyło, żeby odczytać w jej oczach coś, czego nigdy do tej pory nie widział: gniew i wstyd, żal, a zarazem zaskoczenie.
– Rozumiem, panno Terisi… – McCue podjął przesłuchanie, ale znów przerwał. Gina odeszła od przygotowanego scenariusza. Obawiał się, że obrona może wykorzystać fakt, iż publicznie przyznała się do kłamstwa. Temu musi zapobiec, porażkę przekuć w zwycięstwo. – Rozumiem – powtórzył – że są to bolesne sprawy i że wyjawienie prawdy nie przyszło pani łatwo, ale potwierdza to tylko, że jest pani uczciwą i prawdomówną osobą, że nie waha się pani dać świadectwa nawet bardzo bolesnej prawdzie.
– Sprzeciw – poderwał się Manny.
– Uznaję – zgodziła się sędzia – nie do pana należy ocena wiarogodności świadka, panie McCue.
– Przepraszam, Wysoki Sądzie, ale chodzi o sprawę bardzo istotną… Panno Terisi – zwrócił się ponownie do Giny – kiedy rozmawialiśmy u mnie i kiedy, że tak powiem, minęła się pani z prawdą twierdząc, że to pan Swyteck upierał się, żeby nie wzywać policji, otóż wtedy nie składała pani ślubowania prawdomówności, prawda?
– Tak jest.
– Dziś wszakże zeznawała pani pod przysięgą! Proszę nam więc powiedzieć: czy mówi pani prawdę, czy prawdą jest to wszystko, co pani powiedziała?
– To wszystko prawda.
– I jeszcze jedno – prokurator kiwał głową, jakby chciał potwierdzić jej słowa – proszę nam powiedzieć: czy wtedy, kiedy zdecydowała pani nie wzywać policji, czy pan Swyteck protestował, wyrażał inne zdanie?
– Nie, nie protestował.
– A co zrobił?
– Wyszedł – wzruszyła ramionami Gina, jakby mówiła o sprawie oczywistej.
– Która to była godzina?
– Dokładnie nie pamiętam – pokręciła głową – ale chyba przed trzecią.
– Przed trzecią – powtórzył McCue z naciskiem, jakby chciał przypomnieć przysięgłym, że Gossa zamordowano co najmniej godzinę później, co zresztą większość od razu spostrzegła. – Czy był pijany, czy trzeźwy?
Gina zaczęła się wyraźnie denerwować. W ustach jej wyschło, wypiła łyk wody i dopiero wtedy odpowiedziała:
– Wyglądał niezbyt trzeźwo.
– Czy coś zabrał ze sobą?
– Kluczyki do samochodu.
– Jeszcze coś?
– Owszem – kwiat spod poduszki Cindy, chryzantemę od Eddy'ego Gossa, jak mówił.
– Czy coś powiedział przed wyjściem?
Gina wzięła głęboki oddech.
– Powiedział – opuściła głowę – powiedział, że musi temu położyć kres.
McCue spojrzał wymownie na przysięgłych, jak aktor czekający na oklaski, nim zegnie się w głębokim ukłonie.
– Dziękuję, panno Terisi, nie mam więcej pytań – teatralnym gestem zapiął guziki marynarki i syty chwały wrócił na swoje miejsce. Sala ożyła, w ławach publiczności rozległy się szmery, wszyscy zaczęli wymieniać uwagi, dzielić się opiniami, ferować wyroki.
– Proszę o spokój – nad gwarem uniósł się energiczny stuk sędziowskiego młotka. Sala zamilkła. Pani Tate spojrzała na zegar na ścianie, dochodziła piąta. – Nie widzę powodu, aby przedłużać dzisiejsze posiedzenie – oznajmiła. – Ogłaszam przerwę. Obrona będzie mogła przesłuchać świadka jutro rano.
– Wysoki Sądzie – Manny próbował protestować. Zależało mu, aby nie zamykać dnia ogromnie niekorzystnym dla obrony akcentem. – Za pozwoleniem Wysokiego Sądu, chciałbym rozpocząć już dziś. Tylko kilka pytań, dwadzieścia minut – prosił.
– Jutro będzie pan miał tyle czasu, ile pan zechce. Ogłaszam przerwę – uderzenie młotka w pulpit nieodwołalnie zamknęło sprawę.
– Proszę wstać! – zawołał woźny sądowy, choć było to zupełnie niepotrzebne, bo wszyscy zaczęli już wstawać z miejsc. Reporterzy telewizyjni biegli do wyjścia, chcąc zdążyć z materiałem do dzienników o piątej. Dziennikarze z prasy ruszyli ławą w przeciwną stronę, ku głównej scenie, licząc, że uda im się uzyskać wypowiedź prokuratora, obrońcy, a może nawet głównego świadka oskarżenia.
Jack poderwał się z miejsca i szukał wzrokiem Cindy. Musiał jej coś powiedzieć, zaraz, natychmiast, ale dziewczyna już zniknęła. Wybiegła z sali, gdy tylko sędzia Tate ogłosiła koniec posiedzenia.
Stał więc za stołem obok Manny'ego i rozpaczliwie rozglądał się po sali. Gdzie ona jest? Ocknął się, gdy Manny dotknął jego ramienia.
– Musimy porozmawiać – szepnął adwokat.
– A ja muszę porozmawiać z Cindy – westchnął Jack z głębi serca.
37
Jack pędził do domu jak szalony, nie bacząc, ze to godzina szczytu. Z ulgą stwierdził, że auto Cindy stoi na podjeździe. A więc nie odeszła, a przynajmniej – jeszcze nie. Wbiegł do domu i zamarł słysząc hałas otwieranych szuflad i szaf.
– Co robisz? – spytał, wchodząc do sypialni.
Walizki, już prawie spakowane, leżały na łóżku.
– A jak ci się wydaje? – odparła, wrzucając kolejną partię rzeczy do torby.
– No cóż – westchnął – postępujesz dokładnie tak, jak i ja bym postąpił. Zasłużyłem na to. Ale, błagam cię, zmień zdanie.
Nawet na niego nie spojrzała, nie przerwała pakowania.
– A dlaczego?
– Ponieważ proszę cię i przepraszam. Nawet nie wiesz, jak mi jest przykro i jak bardzo cię kocham.
– Przestań, na litość boską, przestań tak mówić!
– Cindy – błagał – to nie jest tak, jak myślisz. Pamiętaj, że było to tuż po procesie Gossa, kiedy cały świat oszalał. Ktoś mnie prześladował, chciał przejechać na ulicy, zabił Czwartka. A wtedy, w nocy, byłem u Gossa, zraniłem się w rękę. Gina przekonywała mnie, że jestem naiwny, jeśli wyobrażam sobie, że wrócisz. Powiedziała, że ty z Chetem, właśnie, że ta podróż wcale nie jest „służbowa".
– Dość tego! – przerwała, nie wierząc w ani jedno słowo. – Czy ty nie zdajesz sobie sprawy, o czym mówisz? Nie minęło nawet dwanaście godzin od czasu, gdy wyjechałam, a już poszedłeś do łóżka z moją najlepszą przyjaciółką, niby dlatego, że straciłeś we mnie wiarę. Toż to bzdura, Jack – zakończyła kpiącym tonem i znów zabrała się do pakowania.
– Byłem pijany…
– Nic mnie to nie obchodzi. A zresztą, czy teraz, przez ostatnie dwa miesiące, też byłeś pijany? Dlatego nic mi nie powiedziałeś? Czy może wyobrażałeś sobie, że najlepiej się stanie, jeśli dowiem się o wszystkim w sądzie, na oczach tłumu, żeby mnie do końca upokorzyć?!