– Dzięki – wszedł do środka.
– Napijesz się czegoś?
– Nie, dziękuję.
– A może kieliszek jagermeistera? – zaśmiała się, ale po chwili znów spoważniała. Przeszli do salonu. Gina zajęła miejsce w wiszącym siedzisku, tuż przy drzwiach na werandę, podciągnęła kolana i w milczeniu chłonęła wieczorną bryzę wiejącą od zatoki.
Jack usiadł na kanapie przy stoliku koktajlowym i też bez słowa czekał, co będzie dalej. Wreszcie Gina odwróciła się od balkonu. W jej oczach dostrzegł smutek i żal.
– Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz – powiedziała cicho – ale co z Cindy?
Zawahał się, a nawet obruszył, jakby Gina przekroczyła granicę intymności, ale w jej głosie było coś więcej niż ciekawość. Pytała z troską.
– Wyprowadziła się, spakowała rzeczy i wyjechała.
– Przykro mi… – pociągnęła nosem, opuszczając powieki. Milczała przez chwilę. – Nie wiem – westchnęła – naprawdę nie wiem, dlaczego robię te wszystkie głupstwa – głos jej się załamał.
Jack przesunął się na krześle. Wszystkiego się spodziewał, ale nie tego, że przyjdzie mu pocieszać Ginę. A jednak…
– Wszyscy popełniamy błędy.
Pokiwała głową w zamyśleniu, po czym jakby się ocknęła.
– Błędy? Nawet nie masz pojęcia, ile ich popełniłam w życiu. Nie znasz mnie, nikt mnie nie zna, nawet Cindy. Ludzie myślą, że ciało i uroda to wszystko, że osiągnęłam w życiu to, co chciałam. Być może tak było, ale krótko. Gdy miałam szesnaście lat, skasowałam ponad sto tysięcy jako modelka w agencji Forda. Ale rok później utyłam dziesięć kilo i to był koniec. Nie miałam pracy i w ogóle niczego. Był to kubeł zimnej wody i lekcja, że „trzeba korzystać, póki czas". Ale nauczyłam się jeszcze czegoś: im bardziej się korzysta, tym bardziej jest się wykorzystywanym. I możesz mi wierzyć, że czego jak czego, ale tych, co chcą cię wykorzystać, nigdy nie brakuje.
Jack milczał.
– Właśnie – głos jej drżał – właśnie dlatego zadzwoniłam po ciebie. Mam dość tego, że mnie bez przerwy wykorzystują. Nie chcę czuć się jak ostatnia szmata, a tak właśnie się czuję nawet wtedy, gdy próbuję postępować właściwie. Tak było też dziś w sądzie. Powiedziałam prawdę i nic więcej, a mimo to czuję się tak, jakbym znowu popełniła błąd.
– Nie wspomniałaś o pistolecie. Zastanawiałem się, dlaczego.
– Nie wiem, może dlatego, że byli tacy zachwyceni tym wszystkim, co zeznałam, a z własnej woli nie miałam najmniejszej ochoty niczego dodawać.
– Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć.
– Witaj w klubie – rozczesała włosy palcami – tak to już jest, że zapraszają cię do gry, a nie ujawniają zasad.
– Jakiej gry? – Jack już nic nie rozumiał.
Odetchnęła głęboko, zawahała się, ale po chwili zaczęła opowiadać.
– No więc gra polega na tym, że znalazłam się w sądzie, a zaczęła się wtedy, gdy poprosiłeś mnie, żebym ci dała alibi. Wszystko, co wtedy mówiłam i robiłam, było częścią gry. Miałeś nabrać przekonania, że nie chcę się w nic mieszać, a jeśli już do tego dojdzie, to raczej ci pomogę, niż zaszkodzę. Pomysł polegał na tym, aby cię zaskoczyć i zaszokować faktem, że zeznaję przeciwko tobie. Taka była umowa.
– Umowa? – Jack podejrzliwie zmrużył oczy – umowa z kim?
– Z tym gliną, Staffordem – odparła zmieszana. Widać było, że wyznanie sprawia jej ból. – Prawda jest taka, że kiedy tylko postawiono cię w stan oskarżenia, Stafford zjawił się u mnie i zaczął wypytywać. Gnida. W pewnej chwili zapytał, czy może skorzystać z łazienki. Zgodziłam się jak głupia. Gdy wrócił, powiedział, że tyle amfetaminy, ile zobaczył na półce, wystarczy, żeby mnie zapudłować na parę dobrych lat, ale zaraz dodał, że nie wniesie oskarżenia, jeśli mu pomogę, i że nie chodzi o nic specjalnego, tylko o prawdę. Od lat biorę amfetaminę na odchudzanie, ale nie o to chodzi. Największe obrzydzenie wzbudza we mnie to, co ze mną zrobili, bo jak myślisz, skąd prokurator tak dokładnie wiedział, co zaszło między tobą a Cindy tamtego ranka? Otóż ona zwierzyła mi się, a ja opowiedziałam wszystko Staffordowi. Kółko się zamyka, a Cindy wychodzi na kretynkę w sądzie.
Jack poczuł ogarniającą go złość, ale opanował się, rozumiejąc, że oto trafia się niebywała szansa.
– Gina – rzekł spokojnie, tonem pełnym zrozumienia – to bardzo ważne. Nie chodzi o to, że Stafford postąpił obrzydliwe, ale o to, że prokurator naruszył prawo nie informując ani Manny'ego, ani mnie o umowie ze świadkiem oskarżenia, czyli z tobą. Na tej podstawie można unieważnić całą sprawę. Już jutro proces może się zakończyć, a ja będę wolny.
– Co chcesz, żebym zrobiła? – spytała z nutą podejrzliwości.
– Jutro w sądzie powiedz tylko dokładnie to, co mnie – prawdę, nic więcej.
– A co będzie ze mną? Zamkną mnie za narkotyki?
Zastanowił się.
– Nie, prokuratura musi honorować umowę z tobą. Stafford złożył przecież oświadczenie wobec ciebie. Ty spełniłaś warunki umowy, powiedziałaś prawdę, a jeśli sprawa teraz pieprznie, to nie z twojej winy, tylko Stafforda.
– Czy ja wiem… – wahała się.
– Gina – naciskał – do tej pory mówiłaś prawdę i szanuję cię za to, ale jeśli powiedziałaś prawdę w interesie Stafforda, to zrób to samo dla mnie.
– To wszystko jest takie głupie – westchnęła – ale w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin doszłam do wniosku, że najwyższy czas odpokutować za wszystkie kłamstwa, jakie wypowiedziałam w życiu. Trzeba zacząć mówić prawdę.
– Prawda jest najlepsza, nawet jeśli boli.
– W porządku – powiedziała zdecydowanie – tak zrobię.
Jack poczuł ucisk w gardle.
– A może zadzwonię po Manny'ego i obgadamy wszystko dokładnie? – zaryzykował.
– Nie, nie chcę żadnego scenariusza.
– Rozumiem – zgodził się, czując, że lepiej nie naciskać.
– Do zobaczenia w sądzie, o wpół do dziewiątej – Gina wstała i odprowadziła go do drzwi – teraz muszę się przespać.
– Do jutra.
– Przykro mi, że tak to wyszło z Cindy – zatrzymała go jeszcze przy drzwiach, kładąc mu rękę na ramieniu – bardzo żałuję, możesz mi wierzyć.
– Dzięki.
Jechał do domu nieprzytomny z radości, miał wrażenie, że unosi się w powietrzu. Dzięki Ginie poczuł, że żyje. Gina przywróciła mu nadzieję.
40
O wpół do czwartej nad ranem, gdy Jack z Mannym kończyli opracowywanie listy pytań do świadka, Giny Terisi, w barze Jiggles – zapuszczonej, pełnej dymu mordowni z „działalnością artystyczną" równie podłą jak serwowane tam trunki – tancerki w obowiązkowym stroju topless zaczynały ostatni numer. Biuściasta Murzynka, której całe odzienie stanowiły szpilki i nie wiedzieć dlaczego kabura na pasku, dreptała po długim barze w rytm rapu, ku radości pijanej gromady gości. Gdy w głośnikach nastawionych na fuli rozlegał się refren: „A ja lubię duży zadek", artystka zarzucała rozłożystymi biodrami, a tłum wpadał w ekstazę. Czarnoskóra byłą zapewne największą atrakcją, bo tylko ją wyławiał z mroku czerwono-pomarańczowy reflektor i tylko ona tańczyła na barze. Inne panienki podrygiwały na okrągłych stolikach porozrzucanych po całej sali. Odziane były równie skąpo, choć inaczej: w kowbojskie buty i takież kapelusze. Wszystkie też miały podwiązki, za które co bardziej rozemocjonowani widzowie zatykali banknoty, dając materialny wyraz zachwytowi i własnym marzeniom.
Tuż przed zamknięciem do drzwi jął się dobijać wysoki, barczysty mężczyzna, o wygolonej starannie czaszce, z diamentowym kolczykiem w uchu. Brodaty bramkarz, wyglądający tak, jakby w barze tylko dorabiał, a na co dzień występował na zawodowym ringu zapaśniczym, potraktował przybysza z góry.