Выбрать главу

– Za piętnaście minut zamykamy – oznajmił.

– Tyle mi wystarczy – napierał spóźniony gość. Bramkarz przytrzymał go wprawną ręką.

– Dycha za wstęp.

– Kurwa! – warknął przybysz, ale było mu spieszno, więc nic więcej nie powiedział, zapłacił i wszedł do środka. Przyjrzał się uważnie tancerkom na stolikach i primadonnie na barze. Szukał Rebekki. Ta znała go jako Buzza, co w tych kręgach oznaczało sępa. Sama zresztą nadała mu taki właśnie przydomek, bo świecił łysą czaszką jak skrzydlaty drapieżnik, a haczykowaty nos, długa i jakby za cienka w stosunku do postaci szyja sprawiały, że naprawdę przypominał sępa, zwłaszcza w nocy, gdy jego oczy nabiegały krwią. Rebecca zwykle pracowała do zamknięcia lokalu, ale teraz nigdzie jej nie było, ani na żadnym ze stolików, ani na barze. Po chwili dopiero Buzz zauważył, że dziewczyna stoi przy automacie z papierosami.

Rebecca była dość niska, o kręconych, czarnych – przynajmniej dziś – włosach i miała najlepszą figurę ze wszystkich tancerek w barze. W odróżnieniu od dziewcząt z baletu była ubrana, wręcz wystrojona w obcisły sweterek bez rękawów, z dekoltem do pępka, częściowo przysłoniętym złotym łańcuchem długości i średnicy psiej smyczy, miała też obcisłe szorty z czarnej skóry, ze srebrnymi guzami na kieszeniach i obiecującym rozcięciem z tyłu. Stroju dopełniały błyszczące, czarne boty do pół uda, a ściślej – do miejsca, gdzie widniał tatuowany motyl. Zerknęła na Buzza z daleka, ale jakby obojętnie.

– Skończyłam na dziś – oznajmiła, gdy podszedł do niej. Dmuchnęła mu kłębem dymu prosto w nos.

Buzz znał miejscowe obyczaje, więc spytał tylko:

– Ile?

– Trzy stówy.

– Ja pierdolę!

– To będzie ekstra.

– Mam tylko sto sześćdziesiąt – pokazał puste kieszenie – albo tyle, albo nic.

– Zgoda – wzięła zwitek i wcisnęła za cholewkę – ale nie idę do auta. Jak już chcesz, to tylko tu, na miejscu.

– Tu? – zdziwił się.

– Tak, idź tam – pokazała mroczny kąt – zaraz przyjdę.

Kiwnął głową i ruszył tam, gdzie mu kazała. Ona tymczasem podeszła do baru.

– Margarita dla wariata – zamówiła – sama sól bez tequili. Barman skrzywił się w szyderczym półuśmiechu. Nasypał trochę soli do szklanki, skrapiając zawartość cytryną.

– Dzięki. – Pomaszerowała w kąt.

– Tęskniłem za tobą – szepnął na powitanie Buzz. Rebecca postawiła szklankę na stole, władczym ruchem wsparła ręce na biodrach.

– Nie pieprz – powiedziała ostro.

– Racja – szepnął ochryple – zawiniłem.

– Tak myślałam – splunęła. – Wiesz, co ci za to grozi – warknęła jak kapral na rekruta.

Spojrzał na nią wiernie jak pies.

Rebecca wsadziła palec do ust, oblizała go zmysłowo, a następnie zaczęła wolno mieszać sól w szklance, po czym oszroniony solą palec zbliżyła mu do oka.

– Jak bardzo zawiniłeś? – spytała surowo.

– Bardzo – jęknął, padając na kolana.

Wolnym, sadystycznym ruchem wbiła palec w kąt oka. Zawył z bólu i perwersyjnej rozkoszy, jęki mieszały się z muzyką dobiegającą z głośników. Rebecca znała reguły gry. Wiedziała, że jej rola polega na tym, aby być brutalną i bezlitosną, z trudem jednak ukrywała strach. Widziała wielu psychopatów, zwykle nieszkodliwych czubków, którzy onanizują się przy barze łypiąc na nagie ciała dziewcząt. Ten jednak napawał ją strachem. Przeżywał swoją perwersyjną ekstazę jak wybuch.

Nie wstając z kolan spojrzał na nią jednym okiem. Drugiego opuchniętego od soli i łez nie był w stanie otworzyć. Sok z cytryny i łzy spływały strumieniem po policzku. Za sto sześćdziesiąt zielonych należało mu się jeszcze coś.

– Teraz bez soli – poprosił – bardzo zawiniłem.

Rebecca westchnęła ciężko. Wiedziała, o co mu chodzi. Zapaliła papierosa.

– No i co zrobiłeś?

Też westchnął głęboko. Sięgnął do kieszeni i dobył chusteczkę, w której z lubością ściskał dwa zakrwawione kobiece sutki.

– Nic, nic takiego, czego bym już nie robił – odparł z perwersyjnym uśmiechem i wtedy jego ciałem znów wstrząsnął dreszcz rozkoszy, na co Rebecca, dopełniając scenariusza, zgasiła zapalonego papierosa o jego prawą dłoń.

41

Jack i Manny zjawili się w sądzie parę minut przed dziewiątą. Sala rozpraw była pełna. Jack zaniepokoił się nie widząc nigdzie Giny, pomyślał jednak, że pewnie się spóźni, jak to ona, ale na pewno przybędzie, bo przecież poprzedniego wieczoru solennie postanowiła powiedzieć całą prawdę – odczytał to w jej oczach.

Rychło jednak wyczuł, że w sądzie coś się dzieje. Po pierwsze – i to budziło podejrzenia – nie było McCue'a, choć zazwyczaj przychodził wcześnie. Nie było też woźnego sądowego.

Minęło dziesięć minut, w ławach publiczności podniósł się szmer, prokuratora w dalszym ciągu nie było, natomiast zjawił się woźny. Z jego twarzy niczego jednak nie dało się wyczytać. Podszedł do stołu obrony.

– Mr. Cardenal – zwrócił się z należnym szacunkiem do adwokata – sędzia Tate prosi pana i pana Swytecka do gabinetu.

Jackowi serce podeszło do gardła, Manny'emu zresztą też. Zaproszenie nie wróżyło niczego dobrego. Sędzia rzadko zaprasza strony do siebie, coś więc musiało się stać.

Atmosfera w gabinecie przypominała dom pogrzebowy. Pani Tate siedziała w skórzanym fotelu za wielkim biurkiem na tle dwóch flag – federalnej i stanowej. McCue zajął miejsce po lewej stronie, przy półkach pełnych prawniczych dzieł. Oboje wyglądali posępnie.

– Dzień dobry – Manny wszedł pierwszy.

– Proszę, panowie, usiądźcie – zaprosiła sędzia Tate tonem, który nie pozostawiał wątpliwości, że chodzi o poważną sprawę.

Jack i Manny zajęli miejsca na składanych krzesłach naprzeciwko McCue'a. Jack poczuł uścisk w dołku, oczekiwał najgorszego. Może nowego punktu oskarżenia, że na przykład groził Ginie. Sędzia splotła dłonie na biurku, pochyliła się nieco do przodu i zaczęła:

– Pan McCue poinformował mnie właśnie, że Gina Terisi nie żyje.

– Co? – Manny nie wierzył własnym uszom.

– Została zamordowana – rzekł prokurator.

– To niemożliwe… – Jacka zamurowało.

– Panie Swyteck – pouczyła sędzia – proszę nie zabierać głosu.

Miała rację, Jack starał się opanować.

Pani Tate spojrzała na Manny'ego, po chwili przeniosła wzrok na McCue'a.

– Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale nie zaprosiłam panów na debatę o tym, jak i dlaczego zginęła panna Terisi. Chodzi o to, abyśmy się zastanowili, czy ta śmierć może wpłynąć na bieg niniejszej rozprawy. Na szczęście zarządziłam odosobnienie przysięgłych, więc nie dowiedzą się o niczym.

– Ależ, Wysoki Sądzie – wtrącił Manny – przysięgli wysłuchali już odpowiedzi świadka na pytania prokuratora. W obecnej zaś sytuacji nie ma mowy o pytaniach obrony, co oznacza, że nie zostaną spełnione warunki bezstronności sądu. Należałoby więc ogłosić unieważnienie procesu I sprawę rozpocząć od nowa.

McCue przesunął się niecierpliwie na krześle.

– Pani sędzio – argumentował – spodziewałem się, że obrona postawi taki wniosek. Uważam jednak, że nie powinna pani unieważniać procesu. Byłoby to im tylko na rękę. Popatrzmy na sekwencję wydarzeń, na motywy. Nie ma tu przypadku. Zeznania Giny Terisi obciążyły pana Swytecka. Kilka godzin później świadek została zamordowana. Nie trzeba wielkiej przenikliwości, aby…

– Pan prokurator posuwa się stanowczo za daleko – zaprotestował Manny.

– Czyżby? – zgasił go McCue. – Wczoraj wieczorem widziano samochód Swytecka przed domem panny Terisi!