– Tak źle? – W głosie łapacza czaiła się ledwie uchwytna nutka żalu. – Chyba nie będziesz tutaj umierał?
– Szkoda… – wykrztusił z trudem olbrzym. – Szkoda… Nie zdążyłem ci podziękować, łapaczu…
– Panie – odezwała się cicho kobieta. – Dzięki za wybawienie. Tamtego opatrzyłam. Przeżyje, ale krew z niego wyszła…
Idalgo nawet nie odwrócił głowy. Przyglądał się młodej twarzy Humana i chwytał nozdrzami powiew śmierci. Szła powoli, ale nieomylnie. Łapacz pochylił się do ucha olbrzyma i szepnął:
– Jesteś dobrym… mutantem, Human. Bardzo dobrym…
Oczy olbrzyma rozszerzyły się w ostatnim zdziwieniu. Idalgo uśmiechnął się i pozwolił mu widzieć swoją twarz.
– Tylko koty widzą tak dobrze w nocy… – wyjaśnił cicho.
Ręka olbrzyma podniosła się i oparła na ramieniu łapacza. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale śmierć była szybsza. Jego ciałem wstrząsnął silny dreszcz, po czym nagle zesztywniał. Głowa opadła na bok, a otwarte oczy straciły swój blask. Nie żył.
– Panie. – Kobieta była blisko. Uklękła przy łapaczu i dotknęła jego ręki. Jej oczy były załzawione. – On nie musiał umierać… On…
– Dziecko… – Z boku rozległ się słaby głos Maquiego. – Połóżcie na nim dziecko…
Łapacz spojrzał ze zdziwieniem na żołnierza. Kobieta również otworzyła oczy i mocniej, jakby z lękiem, przycisnęła dziecko do siebie. Maqui był bliski omdlenia. Jego rany nie były groźne, ale upływ krwi wyraźnie go wyczerpał. Z uporem, ciężko chwytając powietrze, powtarzał:
– Połóżcie na nim dziecko… Będzie żył… Tylko połóżcie na nim…
Zemdlał. Kobieta podała dziecko łapaczowi i ostrożnie pochyliła się nad żołnierzem. Wprawnie odszukała jego ranę, po czym oddarła część swojej mokrej sukienki. Powoli, z zaciśniętymi zębami, zaczęła opatrywać Humana. Idalgo wpatrywał się niepewnie w twarz dziecka i coraz bardziej przekonywał się, że uczestniczy w jakiejś tajemnicy. Czerwone, niezwykłe oczy dziecka spoglądały na niego ciekawie, a twarz wcale nie przypominała twarzy niemowlęcia. Kiedy łapacz położył dziecko na piersi nieżyjącego Humana, oczy te zrobiły się jeszcze bardziej czerwone, a całe ciało znieruchomiało. Idalgo miał wrażenie, że przenika go nieogarnione zimno. Po raz pierwszy przeszył go lęk. Dziki, nieokreślony i silny. Taki, przed którym nie można się obronić. Przychodził znikąd i odchodził nie wiadomo kiedy. Miał wrażenie, że przez chwilę dotykał śmierci. Instynkt, jak przez zasłonę, podpowiadał mu, że sam jest częścią tajemniczego misterium.
Palce Humana drgnęły. Łapacz o mało nie krzyknął. Setki razy zadawał śmierć, nigdy jednak nie widział, aby umarli ożywali. Tym razem działo się coś niezrozumiałego, coś, o czym legenda opowiadała tylko w tajemniczych zarysach. Dziecko posiadało siłę, o której ludzie od tysięcy lat mogli wyłącznie marzyć. Tantra, matka chłopca, była tak samo zdziwiona. Podniosła dziecko i przytuliła do piersi. Odeszła kilka kroków i zaczęła je karmić. Jej oczy błądziły jednak gdzieś daleko, tak jakby próbowała uspokoić myśli i o wszystkim zapomnieć. Od czasu do czasu przesuwała skrycie wzrok w stronę Idalga i wówczas malował się na jej twarzy wyraz niepewności i skupienia. Żylasty łapacz ze szponem orła wytatuowanym na skroni w dziwny sposób wydawał jej się bliski.
Human otworzył oczy i z wysiłkiem usiadł. Dotknął rany, która przypominała teraz świeżą bliznę.
– Co się stało? – szepnął niewyraźnie.
– Nie wiem – odpowiedział Idalgo. Wzrok kobiety zaniepokoił go jeszcze bardziej. – Ona też nie wie… Nikt nie wie. Może tylko…
– Dziecko, panie. – Maqui odzyskał przytomność i powoli wracał do sił. – To dziecko jest… inne.
– Nie żyłeś. Usiekli cię… – wyjaśnił najlepiej, jak potrafił, Idalgo. – Nie pamiętasz? – Łapacz ściszył głos. Przez moment wydawało mu się, że ktoś ich słucha. – Koń poślizgnął się i dostałeś sztych w piersi… mutancie…
Human drgnął. Podejrzliwie popatrzył na łapacza. Niczego nie rozumiał. Skąd tamten wiedział o jego tajemnicy i w jaki sposób udało mu się ocalić życie? Spojrzeniem odnalazł swoją szablę i powoli sięgnął po nią ręką.
– Powiedziałeś… mutancie? – zapytał bardzo cicho. Mimo to łapacz doskonale go usłyszał. Maqui ciężko oddychał i patrzył w niebo. Nadal świeciło słońce, a chmury wędrowały bokiem. Kobieta nie oglądała się. Karmiła dziecko, nucąc pod nosem jakąś kołysankę.
– Powiedziałem ci już, że tylko koty tak dobrze widzą w nocy – odparł szeptem Idalgo. – Cudów nie ma…
– Chyba są – przerwał mu olbrzym. – Mówiłeś, że było po mnie… – Zmienił temat.
– Dzieciak cię uratował – przytaknął łapacz. – Wystarczyło, że poleżał na tobie… Słyszałeś o legendzie? Ma przyjść czas wielkiej wojny. Czytacze gadali, że urodzi się ktoś całkiem inny, ktoś mocny jak samo życie…
– Jak to możliwe? – Human wstał i pokręcił z podziwem głową. Dotykał swojej rany, napinał mięśnie i patrzył w stronę dziecka. – A więc nie żyłem, tak? – Dopytywał się z niewyraźnym wyrazem twarzy.
– To pewne. Na tym się znam – potwierdził łapacz, drapiąc się w szpon orła na skroni. – Ducha wyzionąłeś i tyle. Gdybym sam tego nie widział, śmierdziałoby mi czarami na odległość. A ja w żadne czary nie wierzę. Śmierć jest śmierć i powrotu nie ma. A ty… wróciłeś…
Łapacz odwrócił się i ruszył obejrzeć ciała pozabijanych i rannych strażników. Po drodze schylał się i wyciągał z nich swoje noże. Ci, którzy przeżyli, patrzyli na niego zimno i mruczeli swoją bojową pieśń. Dowódca żołnierzy księcia Syriusa zbliżał się z wysiłkiem w ich stronę. Był blady i ledwie trzymał się na nogach. Idalgo schował ostatni nóż do pochwy i popatrzył na żołnierza nieufnym wzrokiem.
– Dzięki wam, panie, za pomoc – wykrztusił Pinto. – Widać grób nie był nam dzisiaj pisany. Wyście chyba nie stąd. Za dobrze bronią robicie… A strażnicy w czerwonych płaszczach z czarnymi znakami to nie byle ochłap. Jestem Pinto. Dowódca od księcia Syriusa. Jeśli wam po drodze, to zapraszamy. W zamku miejsce się znajdzie i gościna…
Łapacz pokiwał głową i obejrzał się na Humana. Olbrzym wybierał sobie właśnie konia. Sprawdzał nogi i zaglądał do pysków. Nawet siodło opukał i zajrzał do kieszeni. W końcu zadowolony wspiął się na jednego z wierzchowców i po raz pierwszy się uśmiechnął.
– Róbcie, co trzeba – zgodził się Idalgo. – Pojedziemy za wami. Marniście obaj… – Spojrzał na podnoszącego się Maquiego. – Dzieciaka trza przypilnować. Chociaż on mocny, to byle kto mógłby mu łeb jeszcze ukręcić. To pewne.
Tantra od dłuższej chwili nie spuszczała z łapacza oczu. Dziecko zasnęło, a ona poczuła się zmarznięta i samotna. Nigdy o legendzie nie słyszała, a tajemnicza moc dziecka przerażała ją. Czuła, że jej los także wymaga wielu wyjaśnień. Nie znała nawet ojca dziecka. Poczęła je w ciemnościach, w upale nocy i stygnącym piasku plaży. Najpierw poczuła zapach kadzidła, a potem otworzyła się na przeznaczenie. Kiedy brzuch zaczął jej rosnąć, zrozumiała, że stała się kobietą. Każda inna byłaby wyklęta i wygoniona ze wsi. Ona została. Była obca i innej krwi. Chłopi znaleźli ją przed laty w koszyku i przygarnęli. Zawsze jednak wołali, że nie jest z nich. Rosła jak jemioła, piękna i tajemnicza,
Może dlatego spojrzenie łapacza nie przerażało jej, a szpon wytatuowany na jego skroni wydawał się bliski. Uśmiechnęła się.
Human był jakiś inny. Obojętnie podchodził do rannych strażników i bez słowa dobijał ich cięciem swojej szabli. Pinto i Maqui odwrócili wzrok i w zamyśleniu żuli zimny, gotowany bób. Tantra zaledwie prześlizgnęła się spojrzeniem po zabijanych strażnikach, a uśmiech na jej twarzy nie zmienił się. Łapacz przyglądał się w milczeniu olbrzymowi i spokojnie palił fajkę. Nie reagował. Kiedy zbliżył się do Maquiego i Pinta, usłyszał niepewne pytanie: