Выбрать главу

Foote odwrócił się w kierunku sali, gdzie za wysokimi szklanymi drzwiami bawili się jego goście. Oparł się plecami o żelazną barierkę i skrzyżował ramiona. Sula widziała jego przystojną twarz z profilu — nieporuszoną.

— Nie wiem, dlaczego mówisz w ten sposób.

— Po prostu uważam, że od samego początku wszystko powinno być jasne i zrozumiałe. A warunki umowy handlowej najlepiej spisać w kontrakcie.

— Proponowałem tylko pomoc. Sula zaśmiała się.

— Co tydzień dostaję takie oferty. Nawet lepsze od twojej.

To gruba przesada, ale usprawiedliwiona okolicznościami, pomyślała Sula.

Postanowiła sobie pójść, nim Foote się pozbiera. Poklepała go po rękawie gestem ironicznej pociechy i przez otwarte drzwi weszła do sali.

Poza Parkerem i jego towarzyszką wszyscy wygramolili się już spod stołu. Muzycy grali hałaśliwie. Sula usiadła na swoim miejscu, sięgnęła po kieliszek z gazowaną wodą i wyczuła, że ktoś doprawił ją alkoholem.

Ach ci rozbrykani młodzi, pomyślała znużona.

Przez chwilę miała ochotę wypić drinka i jeszcze poprawić swoim nietkniętym szampanem. Ta myśl była bardzo kusząca. Sula pamiętała siebie, gdy ostatni raz się upiła. Uśmiechnęła się… tutaj obecnym ta osoba na pewno by się nie spodobała.

Problem polegał na tym, że również ona by się sobie nie spodobała.

Odstawiła kieliszek na stół i po chwili przewróciła go, wylewając zawartość na kolana siedzącego obok gościa.

— Och, tak mi przykro — powiedziała. — Chciałby się pan zrewanżować?

* * *

— Sygnał od statku flagowego, milordzie — powiedział Martinez. — „Druga dywizja, zmienić kurs w formacji na dwa-dwa-sie-dem przez jeden-dwa-zero przez zero-osiem-zero i przyśpieszyć do dwa koma osiem. Rozpocząć manewr o 27:10:000 czasu statkowego.

— Łączność, potwierdzić — polecił Tarafah. Siedział w obrotowym fotelu akceleracyjnym pośrodku sterowni. W prostopadłościennym pomieszczeniu o wyściełanych ścianach panowała niezwykła cisza, przygaszone oświetlenie nie konkurowało z jarzącymi się barwnymi światłami różnych displejów — zielenią, pomarańczowym, żółtym i niebieskim. Przez otwartą przyłbicę swego hełmu Martinez czuł zapach oleju maszynowego, którym niedawno nasmarowano klatki akceleracyjne, zmieszany z zapachem plastiku uszczelnień własnego skafandra.

Siedział w fotelu za kapitanem i obserwował ciało Tarafaha tak sztywne z napięcia, że aż pręty klatki wibrowały w rytm jego naprężonych, drżących kończyn.

— Tak jest, lordzie kaporze — powiedział Martinez. „Kapor”, przyjęty skrót od kapitan porucznik, w pośpiechu łatwiej się wymawiało niż pełny stopień Tarafaha.

Tarafah wpatrywał się w displeje, jeden mięsień policzka drgał mu, co było widoczne, ponieważ kapitan nie miał na głowie hełmu — stanowiło to złamanie zasad, na które mógł sobie pozwolić tylko kapitan, ale oprócz niego prawie nikt inny z załogi. Skoncentrowany na odczytach, przypominał futbolistę, studiującego nową księgę z zasadami gry. Martinez zrozumiał, że kapitan usiłuje wykonać wyznaczony manewr, co nie było łatwe, gdyż tak wielu z najniezbędniejszych podoficerów niezawodowych, stanowiących zasadniczy trzon załogi, było bezużytecznymi osłami.

Na szczęście Martinez miał u siebie tylko jednego osła, sygnalizatora pierwszej klasy, Sorensena, będącego również środkowym napastnikiem, gwiazdą „Korony”. Nie chodziło o to, że Sorensen nie chciał się nauczyć tego, co należało do jego oficjalnych obowiązków, przeciwnie, w odróżnieniu od innych piłkarzy był pogodny i chętny do współpracy, ale nie potrafił zrozumieć żadnych szczegółów technicznych.

Nie, to nieprawda, pomyślał Martinez. Sorensen doskonale rozumiał skomplikowaną taktykę bocznych podań, wbudowaną przez Tarafaha w agresywną ofensywę drużyny „Korony”, a to było technicznie dość skomplikowane. Ponadto Martinez chylił czoło przed każdym, kto potrafił zrozumieć zawiłe zasady i precedensy, decydujące o interpretacji w Lidze Floty reguł spalonego. Chodziło jednak o to, że Sorensen nie potrafił zrozumieć niczego poza futbolem, do którego predestynowało go jakieś nadzwyczaj wybiórcze przeznaczenie.

To wszystko nie miałoby większego znaczenia, gdyby Sorensena nie awansowano powyżej stopnia rekruta pierwszej kategorii. Tarafah chciał jednak podwyższyć płace swych zawodników, więc — poza grubymi sumami, jakie wręczał im pod stołem — promował ośmiu ze swych najlepszych graczy na specjalistów pierwszej kategorii. Niewątpliwie awansowałby ich aż na Specjalistów Mistrzów, gdyby ten stopień nie wymagał egzaminu, który przecież odsłoniłby ich całkowitą zawodową ignorancję.

Jedynym wyjątkiem był starszy porucznik Koslowski, który wprawdzie grał na pozycji bramkarza, ale był chyba dość kompetentnym oficerem. Poza nim Martinez dysponował dziesięciu zawodnikami pierwszej linii oraz rezerwowym (drugim rezerwowym był bosman prosto ze wspaniale zakończonego sezonu w Akademii Cheng Ho). Do tego dochodził trener w przebraniu zbrojeniowca drugiej klasy. Dla sześćdziesięciojednoosobowej załogi wszyscy gracze stanowili spore obciążenie.

Martinez zrozumiał, co kapitan Tarafah miał na myśli, mówiąc, że chce, by cała załoga się sprężyła: niezawodnicy mieli wykonywać zadania za futbolistów.

Martinez łatwo by sobie poradził, gdyby chodziło o zdublowanie uprzejmego, lecz mało pojętnego Sorensena, ale ponieważ dla Tarafaha istniał tylko futbol, a pierwszy oficer był zawodnikiem, Martinez musiał wykonywać większość pracy za Koslowskiego i nawet za samego kapitana, czasami nawet pełnił podwójne wachty za nich i za siebie.

Tak to wyglądało poza sezonem futbolowym i Martinez z przerażeniem myślał, co go czeka, gdy się zaczną rozgrywki.

Zazdrościł również drugiemu oficerowi „Korony”, małej brązowoskórej Garcii. Nie nadawała się na futbolistę, a jej wymowę charakteryzował prowincjonalny akcent, prawie tak silny jak u Martineza; udało jej się jednak wkraść w łaski kapitana i zająć pozycję pierwszej fanki. Skutecznie nakłaniała statkowych nie-graczy, by oglądali mecze i dopingowali drużynę „Korony”, by produkowali znaczki i proporczyki oraz wydawali przyjęcia na cześć zawodników. W ten sposób dostała się w kapitańskie kręgi, choć była zobowiązana do pełnienia wachty i wykonywania własnych zadań, jak również części pracy pierwszego oficera.

— Pilot, obróć statek — polecił Tarafah. Nieco za wcześnie, pomyślał Martinez. Inne statki eskadry jeszcze się nie obróciły, ale to nic nie szkodzi.

— Obracam statek — meldowała drugi pilot Anna Begay, pełniąca dziś obowiązki pierwszego pilota Kostanza, długonogiego pomocnika o owłosionych dłoniach, który, siedząc za nią na stanowisku pilota pomocniczego, wywołał sobie na displejach archiwalne wydania „Klasyki sportu”.

„Korona” obróciła się wokół foteli akceleracyjnych, które zabujały się lekko w klatkach. Martinez wpatrywał się, skupiony, w displeje sygnałów.

— Dwa-dwa-siedem przez jeden-dwa-zero przez zero-osiem-zero, lordzie kaporze — meldowała Begay.

— Silniki przygotować się do przyśpieszania — polecił Tarafah.

— Silniki gotowe — odparł Mabumba, chorąży drugiej klasy, który miał zajęcia z napędów, przygotowujące go do egzaminów na chorążego pierwszej klasy.

Na policzku Tarafaha, obserwującego odczyty cyfrowe, drgnął mały mięsień.

— Silniki, na moją komendę przyśpieszyć. — Po chwili, gdy liczniki wskazały 27:10:000, rozkazał: — Silniki, zapłon.

Wszyscy poczuli, jak grawitacja uderza ich w klatki piersiowe, jak skafandry przeciążeniowe zaciskają się na ramionach i nogach, mimo to Mabumba przepisowo o tym zameldował. Wraz z narastaniem sił ciążenia fotele akceleracyjne przybrały nową pozycję i zaczęły wysyłać niewielkie impulsy falowe, które zapobiegały zastojowi krwi. Drugi oddział, dywizja Osiemnastej Eskadry Krążowników, ustawionych tak, by nie upiekły się wzajemnie swymi żagwiami, pognała w kierunku celu.