Выбрать главу

Uśmiechnął się, błyskając idealnymi, białymi zębami. Sula zauważyła, że kiedy się uśmiechał, wokół oczu tworzyły mu się drobne zmarszczki.

— Wobec tego uznajemy sprawę za załatwioną.

— Ach… milordzie. — Poczuła, że znów się czerwieni. — Wie pan, że kuję do egzaminów.

— Ach, tak. Cóż, teraz nie będzie to potrzebne. Może się pani bawić.

Lord Richard kroczył już ku wyjściu po puszystym dywanie z Tupy.

— Miałam zamiar zdobyć pierwszą lokatę, milordzie — oznajmiła Sula.

Lord Richard zatrzymał się w pół kroku.

— Doprawdy?

— Ach… tak. — Wyobrażała sobie, że z jej policzków bije żar gwiazdy nowej.

— Myśli pani, że ma szanse?

To kluczowe pytanie, pomyślała. Kadet, który zajął pierwszą lokatę — osiągnął najwyższą punktację we wszystkich egzaminach promocyjnych na poruczników, przeprowadzanych w imperium w danym roku — mógł być niemal pewien rozgłosu we flocie oraz zainteresowania jakiegoś patrona. Dla Suli otworzyłoby się wiele drzwi. Nie zależałaby całkowicie od poparcia lorda Richarda.

— Zdawałam testy treningowe z bardzo dobrymi wynikami — wyjaśniła. — Choć oczywiście pierwsza lokata jest… nie da się tego przewidzieć.

— Tak. — Zmarszczył czoło. — Egzaminy są za dziesięć dni, prawda?

— Tak, milordzie. Nieznacznie wzruszył ramionami.

— W takim razie moja oferta pozostanie aktualna. W ciągu najbliższych dziesięciu dni nie będę potrzebował poruczników, a jeśli dostanę osobę z pierwszą lokatą w roku 12481, wówczas „Nieustraszony” jedynie zyska na prestiżu.

— Ja… dziękuję, milordzie. — Wyrazy wdzięczności nadal z trudem przechodziły jej przez gardło.

Lord Richard ujął ją pod rękę i razem skierowali się ku wyjściu.

— Powodzenia we wszystkim, Caro. Caroline. Nigdy nie wypadałem specjalnie dobrze na egzaminach, dlatego bardzo się ucieszyłem z oferty porucznikostwa, którą złożył mi wujek Otis.

Sula przystanęła, zaskoczona wiadomością, że lord Richard nie był w czymś dobry, ale potraktowała ją jako przejaw skromności kapitana.

Oboje wrócili na przyjęcie do lorda i lady Chen oraz ich dwudziestu gości. Terza podpłynęła do nich, spojrzała na Sulę i spytała:

— Czy to już postanowione?

— Lord Richard był bardzo uprzejmy — odparła Sula.

— Tak się cieszę — powiedziała Terza i klasnęła dłonią o dłoń Suli.

Sula nagle się zorientowała, że oferta awansu była pomysłem lady Terzy.

— Pomoże ustawić cię zawodowo.

— Okazuje się, że cała sprawa jest trochę bardziej skomplikowana — wtrącił lord Richard — ale lady Sula rozpocznie wspinaczkę po szczeblach kariery tak czy inaczej. I to bardzo szybko.

Terza zawahała się, a potem uznała, że trzeba się uśmiechnąć.

— O, to bardzo dobrze — skomentowała.

Sula poczuła ostrzegawcze mrowienie, gdy dostrzegła lady Vipsanię Martinez, wspartą na ramieniu elegancko ubranego mężczyzny o cofniętej linii włosów. Oczy lady Vipsanii nieco się rozszerzyły na widok Suli, a potem dziewczyna podeszła z budzącą respekt godnością. Mężczyzna podążał jej śladem.

— Lady Sula. Z pewnością pamięta pani narzeczonego Sempronii, lorda P.J. Ngeniego.

Sula zupełnie nie pamiętała lorda P.J., ale powiedziała:

— Oczywiście. Czy Sempronia jest tutaj?

Na długiej twarzy P.J. pojawił się wyraz melancholii.

— Tam, z oficerami. — P.J. wskazał głową róg sali.

Sula obróciła się i zobaczyła Sempronię, rozmawiającą z dwoma mężczyznami w cywilu.

— To oficerowie? — Nie rozpoznawała ich.

— To zawsze są oficerowie — stwierdził P.J. ze wzrastającą melancholią.

— Idź i przyprowadź ją, kochanie — poradziła Vipsania. Na pewno chciałaby porozmawiać z lady Sulą.

— Jaka piękna suknia — powiedziała Sula.

Rzeczywiście: jakaś starsza szwaczka prawdopodobnie oślepła, naszywając te tysiące paciorków.

— Dziękuję. Żałowaliśmy, że nie mogłaś przybyć na nasze małe spotkanie. — Przez czoło Vipsanii przebiegła leciutka zmarszczka zatroskania.

— Wyjechałam z miasta — wyjaśniła Sula. — Kułam do egzaminów.

— Ach. — Vipsania skinęła głową z widoczną satysfakcją. — Więc nie miało to żadnego związku z moim bratem.

Serce Suli podskoczyło.

— Z lordem Garethem?

— Myślał, że czymś cię obraził. Czasami potrafi być okropnym idiotą.

— Okropnym idiotą? — spytała Sempronia, gdy podeszła z P.J. — Przypuszczam, że rozmawiamy o Garecie?

Sula postanowiła postawić sprawę jasno.

— Nie obraził mnie — powiedziała wprost. — I jest całkowitym przeciwieństwem idioty.

Sempronia zmrużyła orzechowe oczy.

— Nienawidzę go — oświadczyła. — Nie powiem ani słowa na jego korzyść.

Mówiąc to, uśmiechała się, ale jej oczy wcale się nie śmiały. Lord Richard wydawał się zarówno rozbawiony, jak i nieco zmieszany, że jest świadkiem rodzinnych dramatów.

— Co masz przeciwko mojemu bliźniemu, oficerowi? — spytał w końcu.

Sempronia obrzuciła go szybkim spojrzeniem.

— To sprawa między mną a Garethem — odparła.

— Czasami mam wrażenie, że wżeniam się w stado tygrysów — oznajmił P.J. — Będę musiał uważać na siebie w dzień i w nocy.

Sempronia poklepała go po dłoni.

— Zachowaj to wrażenie, kochanie, a doskonale nam się ułoży. P.J. poprawił wyłogi marynarki, szarpnął nieco kołnierz, jakby nagle zrobiło mu się za gorąco.

— Lady Sula — wtrąciła Terza swym łagodnym głosem — Richard mówi, że interesujesz się porcelaną. Czy chciałabyś obejrzeć coś z naszych zbiorów?

— Bardzo — oznajmiła Sula, szczęśliwa, że Terza taktownie zmieniła temat rozmowy. — I zastanawiam się — zaryzykowała — czy mogłabym rzucić okiem również na niektóre z waszych książek.

Terza była nieco zdziwiona.

— Och, książki. Naturalnie.

— Czy macie jakieś książki pochodzące ze starej Terry?

— Tak. Ale są napisane w językach, którymi już nikt nie włada.

Sula uśmiechnęła się z zadowoleniem.

— Będę uszczęśliwiona, mogąc obejrzeć choćby obrazki.

* * *

Sprawa brakujących zapasów w mesie oficerskiej wyjaśniła się, kiedy Martinez wieczorem wszedł tam na filiżankę kawy i zastał kapitana porucznika Tarafaha, grzebiącego w stalowym wnętrzu szafki na jedzenie. Tarafah właśnie powrócił z drużyną z całodziennego treningu i wkładał dwie gomółki wędzonego sera do kosza trzymanego przez ordynansa. Martinez zauważył, że w koszu już są trzy butelki wina i dwie wyśmienitej brandy.

— Milordzie? — zapytał Martinez. — Czy mogę panu pomóc?

Tarafah obejrzał się przez ramię na Martineza, a potem skinął głową.

— Może pan, lordzie poruczniku Martinez. — Sięgnął do szafki i wyciągał dwie butelki starego kaszmentu. — Woli pan marynowany czy moczony w wermucie?

— Marynowany, milordzie. — Martinez nie cierpiał tego produktu i chętnie by się go pozbył. Marynowany kaszment powędrował do kosza, a za nim kilka herbatników w puszkach, fioletowoczarny kawior z Cendis i klin niebieskiego sera.

— To powinno wystarczyć — oznajmił z satysfakcją Tarafah, po czym kluczem kapitańskim zamknął ciężkie drzwi.