Przynajmniej tak mi się wydaje, pomyślała i odchyliła się na oparcie krzesła. Odetchnęła głęboko i zaczęła się zastanawiać, czy może się mylić.
Była w trudnym położeniu. Przypomniała sobie, że musi być ostrożna. Kochała swoją pracę, ale wiedziała, że każde śledztwo jest decydujące dla kariery. Schrzanisz sprawę gwałtu w kampusie, wracasz do radiowozu. Spaprzesz śledztwo dotyczące narkotyków czy włamania, to w tak małej jednostce prędko tej plamy nie zmażesz. Zamiast machać złotą odznaką drobnym opryszkom i studentom, którzy narozrabiali po pijaku, odbierałaby telefony.
W głębi ducha była wściekła na Jennifer. Do cholery! Czemu po prostu nie paliłaś trawy i nie szwendałaś się po nocy jak inne zbuntowane nastolatki? Dlaczego nie mogłaś pić, uprawiać seksu bez zabezpieczeń i tak przebrnąć przez wiek nastoletni? Dlaczego musiałaś uciec?
Padała z nóg. Zasnęłaby już, gdyby nie nakładające się na siebie obrazy dwojga morderców sprzed pół wieku i Jennifer. Chciała obiecać: „Znajdę cię”, ale wiedziała, że to wciąż mało prawdopodobne.
Szef jej wydziału siedział za biurkiem. Na ścianie za nim wisiało zdjęcie: on w stroju bejsbolisty otoczony wianuszkiem dzieci. Rozgrywki Ligi Dziecięcej. Nieopodal stał tani, ale lśniący puchar, a oprawiona tabliczka ogłaszała komendanta: „Najlepszym Trenerem Świata” – na niej widniało wiele niewprawnych podpisów. Resztę ściany zajmowały świadectwa ukończenia licznych szkół i kursów: programu rozwoju zawodowego FBI, Fitchburg State College i dyplom John Jay College – dość prestiżowej uczelni. Komendant lubił nosić w pracy mundur, ale tego dnia był w garniturze, zdecydowanie za ciasnym na jego pokaźny brzuch i ramiona ciężarowca. Miała wrażenie, że lada moment facet pęknie jak postać z kreskówki, która nadyma się jak balon.
Sączył kawę i bębnił ołówkiem w jej skromny raport.
– Terri – zaczął powoli. – Więcej tu pytań niż odpowiedzi.
– Tak jest.
– Sugerujesz, że powinniśmy wezwać stanowych albo federalnych?
Spodziewała się tego pytania.
– Myślę, że powinniśmy poinformować ich o sytuacji. Ale bez mocnych dowodów będą tak bezradni jak ja.
Nosił okulary. Ciągle zakładał je i zdejmował – zdejmował, kiedy mówił, zakładał, kiedy czytał – i tak był w ciągłym ruchu.
– Czyli rozumiem, że…
– Nastolatka ucieka z domu. Po raz trzeci. Mało wiarygodny świadek twierdzi, że widział, jak uprowadzono ją z ulicy. Furgonetką. Dalsze dochodzenie wykazuje, że skradziony pojazd podobny do tego samochodu mógł zostać spalony kilka godzin po zniknięciu dziewczyny.
– No i?
– No i tyle. Żadnego żądania okupu. Żadnej wiadomości od zaginionej ani nikogo innego. Innymi słowy, jeśli doszło do przestępstwa, tu trop się urywa.
– Jezu. Co sądzisz?
– Sądzę… – Zawahała się. Już miała odpowiedź na końcu języka, kiedy dotarło do niej, że to, co teraz powie, jest niebezpieczne. Musiała dobrze chronić swoją pozycję. – Sądzę, że powinniśmy postępować ostrożnie.
– Czyli jak?
– Świadek… profesor Thomas, emerytowany wykładowca uniwersytecki… dołączyłam do raportu potwierdzające to dokumenty… uważa, że powinniśmy zbadać przypadki uprowadzeń na tle seksualnym. Sprawdzić wszystkich potencjalnych przestępców seksualnych. Może tam znajdzie się jakiś punkt zaczepienia. Jednocześnie dobrze byłoby rozesłać więcej komunikatów o zaginięciu dziewczyny. Nie zaszkodziłoby też, gdybyś poinformował o sprawie swojego łącznika z biura FBI w Springfield. Niewykluczone, że chcieliby w tym uczestniczyć…
– Wątpię. Przynajmniej nie bez czegoś bardziej konkretnego.
Terri milczała. Wiedziała, że szef jeszcze nie skończył.
– No dobra, pracuj dalej nad tą sprawą. To twój priorytet. Większość tych uciekinierów w końcu się odnajduje. Miejmy nadzieję, że ludzie, których zauważył profesor, to jacyś koledzy, tylko matka dziewczyny nic o nich nie wie. Zbierajmy dalej informacje i czekajmy na telefon w stylu „jestem spłukana i chcę do domu”.
Przytaknęła. Szef dostrzegał te same problemy co ona. Chciał się upewnić, że nigdy nie będzie musiał stanąć przed kamerami i dziennikarzami i wyznać: „Nie zrobiliśmy wszystkiego, co należało…” Widziała, jak policjanci z innych dystryktów w podobnych okolicznościach żegnają się z karierą. Jej szef – nawet z mocnym poparciem burmistrza i rady miejskiej – z pewnością nie zamierzał jako następny stanąć pod pręgierzem krytyki ze strony mediów.
Ani też wystąpić przed radą miejską, nawet na zamkniętej sesji, i zameldować: „Panowie, możliwe, że w naszym ładnym, cichym miasteczku mamy seryjnego zabójcę…”, bo to byłoby pod każdym względem równie groźne.
A zatem, jak podejrzewała, tak naprawdę chciał jej powiedzieć: „Rób, co w twojej mocy. Sprawdź wszystkie ewentualności. Trzymaj się regulaminu. Ale nie ryzykuj. Nie szalej. Zachowaj spokój, nie spraw mi zawodu…”
„…Bo jeśli coś pójdzie nie tak, wszystko zwalę na ciebie”.
– Dam znać, jeśli dowiem się czegoś istotnego.
– Koniecznie – odparł. Poluźnił krawat.
Przemówienie, domyśliła się Terri. Może u masonów albo w lokalnym Lions Club. To takie organizacje zwykle lubią wysłuchiwać policyjnych statystyk i zapewnień, że policja fachowo i profesjonalnie podchodzi do każdej sprawy. A nikt nie mówi o tym tak przekonująco jak szef.
Postanowiła zrobić dwie rzeczy. Sprawdzić niewyjaśnione sprawy. Może była jakaś druga Jennifer. A potem namierzyć wszystkich zarejestrowanych przestępców seksualnych w swoim zasięgu. Dużo wizyt, pomyślała. Ale bez tego się nie obejdzie.
Wstała i wyszła z gabinetu szefa. Nie wspomniała ani słowem o teoriach profesora Thomasa. Większość przestępstw wpisuje się w schematy, normy statystyczne, ramy, potem przyszli policjanci się ich uczą w sali zajęć, by następnie tę wiedzę zastosować w praktyce. On chce wyjść poza te ograniczenia, pomyślała.
Nie ma sensu tego robić, stwierdziła. Z drugiej strony, nie ma sensu tego nie robić.
Rozdział 20
Michael był zadowolony.
Skrzynka odbiorcza z reakcjami na Serię numer 4 była zapchana pomysłami, propozycjami i żądaniami. Przeróżnymi: od subtelnego „Muszę zobaczyć jej oczy…” po znacznie bardziej przewidywalne „Ruchaćruchaćruchaćją” i złożone „Zabić ją. Zabić ją już!”
Michael długo pracował nad każdą odpowiedzią. Wiedział, że to ważne. Jak każdy dobry przedsiębiorca obsługujący niejednorodną klientelę, pilnował, by ci, co tylko dawali sugestie, dostawali tak samo starannie sformułowane, przekorne odpowiedzi, jak widzowie, którzy na dobre wciągnęli się w Serię numer 4.
Michael zawsze był wyczulony na potrzeby abonentów tkwiących w sieci obsesyjnych i kompulsywnych pragnień generowanych przez Co będzie potem? Lubił wyobrażać sobie siebie jako pisarza nowej epoki, poetę przyszłości. Uważał, że tradycyjni autorzy, którzy poświęcają miesiące i lata na tworzenie historii na papierze, są dinozaurami i nieuchronnie zmierzają ku zagładzie. Sam z dumą używał innego języka – ten nie był zawężony do angielskiego, rosyjskiego czy japońskiego. Nie ograniczały go ramy płótna, jego pociągnięcia pędzlem stale się zmieniały, przeobrażały. W odróżnieniu od reżysera filmowego, nie musiał zmieścić się w żadnym budżecie i tworzył obrazy pełne niepewności i zaskoczenia. Nie był przywiązany do żadnego dialektu ani środka wyrazu. On – artysta nowoczesny – łączył film, wideo, Internet, słowa i performance w jedno mieszane medium, a jego przekaz zwracał się ku przyszłości, nie czasom minionym. Myślał o sobie jako po części dokumentaliście, po części producencie i w stu procentach nowatorze. Jego projekt był spontaniczny.