Przez dwie godziny niczego nie znaleźli. Wreszcie Pawłysz stanął, popatrzył na Sally i zapytał:
— Zmęczyłaś się?
— Tak.
— Przepraszam, zagalopowałem się — uśmiechnął się przepraszająco.
— Wcale się na ciebie nie gniewam.
— Wracajmy na stację. Po obiedzie wrócę tu i będę dalej szukał.
— Dlaczego sądzisz, że ktoś mógł przeżyć?
— Na statku nie ma żadnych zwłok poza tymi, które zostały umieszczone w hibernatorni.
— Ale jeśli nawet zdołali się wydostać, to zginęli w górach.
— A jeśli dotarli mimo trudności do lasu?
— Przecież wiesz, czym jest tutejszy las.
— Wiem, ale stosunkowo niedawno ktoś był na statku. Widziałaś, jak wyglądał magazyn?
— To nie byli ludzie.
— Ci nieludzie wspięli się do włazu, otworzyli go, dotarli korytarzem do magazynu, a wychodząc zamknęli właz za sobą?
— To tylko twoje przypuszczenia.
— Wystarczająco jednak poważne, aby rzucić wszystko inne i szukać!
Podeszli do kutra.
— Klaudia pewnie okropnie się o nas niepokoi. Zapomnieliśmy o niej.
— Nic strasznego się nie stało — powiedział lekceważąco Pawłysz. Sally wywołała stację. Klaudia nie odpowiadała.
Pawłysz zahermetyzował właz kutra i przeszedł na miejsce pilota.
— Klaudia milczy — powiedziała Sally.
— Mogła po prostu odejść od nadajnika. Stacja nie jest znowu taka mała.
Kuter wystartował i po chwili „Polus” przekształcił się w czarny guziczek na białym kitlu doliny. Sally wciąż bez powodzenia wywoływała Klaudię.
Pawłysz zatoczył ciasny krąg i, nabierając prędkości nad jeziorem, zamierzał opaść pionowo przy stacji.
Pod chmurami lał deszcz i było mrocznie.
Zatrzymali się przy kopule laboratorium. Pawłysz wyłączył silniki i zabrał dużą torbę z rzeczami z „Polusa”.
— Niczego nie zostawiłaś? — zapytał. Sally pokręciła głową.
Ruszyli wprost do wejścia. Wewnątrz paliło się światło i okrągłe iluminatory stacji rzucały ciepłe błyski na szare strugi ulewy.
Stacja była zamknięta. Klaudia nie otworzyła drzwi, kiedy kuter wylądował. Sally nacisnęła guzik przy drzwiach. Słychać było, jak wewnątrz rozdźwięczał się dzwonek.
Pawłysz usiłował zajrzeć do środka, ale woda płynęła po szybie i wszystko zamazywała.
Sally wystukała kod. Drzwi do śluzy odsunęły się na bok. Weszli do środka.
— Tam dzieje się coś złego — powiedział Pawłysz. Strumienie cieczy dezynfekującej uderzyły w skafandry.
Sally wyłączyła prysznic, zerwała z głowy hełm i pierwsza wbiegła do mesy. Pawłysz zaczął ściągać skafander i w tym momencie usłyszał krzyk Sally.
Wbiegł do jasno oświetlonego pokoju i gdyby nie to jaskrawe światło, nie uwierzyłby własnym oczom.
Mesa wyglądała tak, jakby przeszedł przez nią pułk szaleńców. Ślady walki widać było wszędzie: na poprzewracanych meblach, na porozbijanych przyrządach, na ścianach, a wśród tego całego chaosu na podłodze leżała Klaudia, ściskając w bezwładnie odrzuconej ręce aneblaster.
Sally pochyliła się nad nią, przyłożyła ucho do piersi.
— Poczekaj — odsunął ją Pawłysz i uniósł powiekę Klaudii. Reagowała. — Żyje — powiedział — ale jest w głębokim szoku.
Szybko przesunął rękami wzdłuż jej ciała, wymacując ewentualne rany, ale nic poważniejszego nie znalazł.
— Ostrzeliwała się — powiedziała Sally.
Pawłysz również zauważył ślady strzałów na meblach i ścianach.
Klaudia miała pokrwawione, porozbijane ręce. Pawłysz nie mógł wiedzieć, że w napadzie szaleństwa spowodowanym ukąszeniem śnieżnej pchły kobieta walczyła z niewidzialnymi wrogami. Pomyślał, że wrogowie byli realni, że ktoś wtargnął do wnętrza stacji i omal nie zabił Klaudii.
Przeniósł ją na kanapę, potem zmontował przenośny diagnost, który niestety nie potrafił mu w niczym pomóc. Dał jedynie ogólną diagnozę głębokiej utraty przytomności i wyczerpania nerwowego, ale ani szans, ani sposobów leczenia nie potrafił określić, ponieważ z niczym podobnym nigdy się dotąd nie spotkał.
Wszystkie próby wyciągnięcia Klaudii z szoku okazały się bezskuteczne.
Czas płynął. Byli na stacji już od dwudziestu minut.
— Moim zdaniem puls jej słabnie — wyszeptała Sally.
Pawłysz zerknął na przyrządy i pokręcił głową.
— Powinnam była przeczuć! — rozpaczała Sally.
— Nic nie rozumiem — powiedział Pawłysz. — Wypisz wymaluj tajemnica zamkniętego pokoju. Drzwi były zamknięte, zamek w porządku, żadnych obcych śladów nie widzę. A jednak ktoś tu się musiał wedrzeć…
— Co my o tym świecie wiemy! — odparła z goryczą Sally.
— Odrobinę zadrapaliśmy powierzchnię tej planety i nawet nie zajrzeliśmy do jej wnętrza.
— I żeby coś takiego przydarzyło się właśnie ostrożnej do przesady Klaudii!
— Lepiej powiedz, co robić, bo ja tak dłużej nie mogę.
— Jest chyba tylko jedno wyjście — powiedział Pawłysz.
— Musimy uruchomić lądownik.
— I lecieć do radiolatarni?
— Tak, przy maksymalnej szybkości za trzy godziny będziemy na miejscu.
Radiolatarnia wisiała w otwartej przestrzeni, poza granicami pola grawitacyjnego planety, które zakłócało łączność kosmiczną.
— Chyba masz rację — zgodziła się Sally.
Z radiolatarni można było wywołać Centrum Galaktyczne, połączyć się z informacją diagnostyczną i uzyskać fachową poradę.
Przenieśli Klaudię do lądownika, a potem Pawłysz wrócił biegiem pod kopułę. Mogło się zdarzyć, że trzeba będzie lecieć na spotkanie z przelatującym w pobliżu statkiem i szybko tu nie wrócą. A może nie wrócą w ogóle.
Pawłysz włączył kamerę — miał pół minuty, podczas której Sally programowała autopilota kutra — i utrwalił obraz zniszczeń w mesie. Zdjęcia mogą pomóc w ustaleniu przyczyn dramatu. Przyczyny mogą okazać się na tyle poważne, że badania na tej planecie zostaną zakazane i przejdzie ona do kategorii światów niebezpiecznych.
Tuż przed wyjściem na zewnątrz włączył program konserwacji stacji. Teraz stacja sama rozmontuje się, zapakuje w pojemniki i przygotuje do ewentualnej ewakuacji.
Wrócił biegiem do kutra, gdzie Sally, siedząc na podłodze, ostrożnie podtrzymywała głowę Klaudii.
Wślizgnął się na fotel pilota i ostrożnie wystartował.
— Dick — zawołała Marianna. — Dick.
Pochylił się nad nią. Zbierało się na burzę i akurat zamierzał przykryć dziewczynę resztkami błony.
— Myślałem, że śpisz — powiedział.
— Nie śpię. Płynęłam… byłam daleko… Gdzie jest Kazik?
— Sam się martwię. Powinien dawno wrócić.
— Idź po niego, czuję, że zdarzyło się coś złego, rozumiesz?
— Skąd wiesz?
— Nic nie wiem, ale jest mi źle, bo przydarzyło mu się nieszczęście.
— Nie, nie mogę cię zostawić samej.
— Ze mną nic… się nie stanie. Idź.
Marianna mówiła tak, jakby odprawiała czary, jakby nie widziała ani Dicka, ani lasu — niczego. Patrzyła gdzieś w dal. W jej głosie brzmiał rozkaz.
— Nadchodzi deszcz — powiedział Dick, zastanawiając się na głos. — Ulewa szybko zmyje ślady. Jeśli mam iść, to zaraz.
— Szybciej, bo będzie za późno — powiedziała Marianna. — Może już jest za późno.