Ale wówczas oprzytomniał Oleg. Ocknął się na tyle, że zdołał ponownie rozpalić ogień, zagotować na nim wodę i napoić Siergiejewa. Role się zmieniły. Siergiejew co prawda zupełnie się nie opierał i z wszystkiego zdawał sobie sprawę, tylko po prostu bezsilnie leżał.
Potem ruszyli dalej, pod górę, przez gęstą mgłę, pchani nieziszczalną nadzieją, że miłościwy los doprowadzi ich właśnie do tej kotliny, w której leży „Polus”.
Po dwóch godzinach zwalili się w śnieg. Wydawało się im, że uszli kawał drogi, a w istocie pokonali niecały kilometr. Wygrzebali resztkę drewna i znów jak lekarstwo pili gorącą wodę. Już się nie odzywali, byli poodmrażani, palce rąk i nóg mieli pozbawione czucia. A jednak znów wstali i objąwszy się, podtrzymując się nawzajem, zaczęli drobić w miejscu. Ale wydawało się im, że idą i czekali, że lada moment rozstąpią się chmury i nad głowami ukaże się granatowe niebo…
34
Dick widział, jak kuter zniża się nad stacją. W pierwszej chwili ogarnęła go radość — jednak wrócili!
Jednak zaraz potem przypomniał sobie, że musi się na nich zemścić, że musi ich zabić, bo winni są śmierci Kazika i tego, że Marianna umiera. Mogli ich uratować. Mogli zrobić wszystko, ale nie chcieli.
Nigdy przedtem nie przychodziło mu do głowy, że można zabić człowieka. Ludzi na świecie jest bardzo mało. Ludzie pomagają sobie nawzajem. Bez tego ludzie giną, bo las jest silniejszy od każdego z ludzi. Ale ci tutaj nie mogą być ludźmi.
„Jeśli wszyscy jesteście tacy, to nie chcemy waszej Ziemi, waszych białych prześcieradeł i gładkich stołów. Wiem — myślał gorączkowo. — Wróciliście tylko dlatego, że zapomnieliście zabrać swoje rzeczy. Chcecie je nam odebrać, bo jesteśmy brudni i brzydcy, bo wstyd wam pomyśleć, że pochodzimy z tej samej Ziemi. Nie jesteście nam potrzebni! Odejdźcie. Ale tych rzeczy wam nie oddam. Te rzeczy tu zostaną. Wszyscy tu się przeniesiemy i sami będziemy tu mieszkać. I nigdy nie polecimy na waszą Ziemię!”
Wściekłość na ludzi, którzy chcą odebrać osadzie bazę jak zdobycz, którą Dick ścigał przez tyle dni, stłumiła w nim rozumną pozornie myśclass="underline" skoro ludzie jednak wrócili, to trzeba ich poprosić o wyleczenie Marianny.
Zmordowany do ostateczności, wyczerpany, doprowadzony niemal do szaleństwa Dick nie mógł logicznie myśleć. Był dzikusem, wytworem lasu, szakalem broniącym swej zdobyczy przed innymi drapieżnikami… Ale w przeciwieństwie do szakali Dick miał blaster. Pawłysz zaraz po wylądowaniu pierwszy wyskoczył z kutra. Już umówili się, jak będą działać: najpierw kobiety wystrzelą wszystkie szperacze, ale skierują je nie na normalną wysokość, lecz pod chmury. Obszar do zbadania był stosunkowo niewielki. Ograniczony był od północy grzbietem górskim, pod którym leżał „Polus”, a od południa wielkim jeziorem, nad którego brzegiem stała stacja. Każde osiedle ludzkie znajdujące się na tym terenie musi zostać odnalezione w przeciągu godziny.
A w tym czasie Pawłysz, uzbroiwszy się we wzięty ze stacji aneblaster, obszuka najbliższe okolice bazy. Dzikus, którego widziała Klaudia, nie mógł odejść zbyt daleko.
Otworzywszy właz i wyskoczywszy na mokrą trawę, Pawłysz zobaczył, że małe kopuły już zostały zwinięte — stacja rozpoczęła samokonserwację. Trochę się zdziwił, bo ta praca powinna przebiegać znacznie szybciej, ale głębiej się nad tym nie zastanawiał. Nie wiedział, że przyczyną opóźnienia był Dick, który wystrzelał połowę robotów. Ale Pawłysz o tym nie myślał. Myślał tylko o tym, żeby wziąć z apteczki środki opatrunkowe, a z kuchni glukozę i czekoladę…
Nie zdążył zrobić nawet dwóch kroków — kobiety wciąż jeszcze były w kutrze — gdy zobaczył w oknie ciemną sylwetkę człowieka. Z rozpędu szedł dalej, myśląc równocześnie, że powinien coś powiedzieć, coś pięknego, godnego wielkiej chwili. „Jak to dobrze — zdążył jeszcze pomyśleć — że oni też nas szukali, a my domyśliliśmy się, że trzeba wrócić”.
I w tym momencie usłyszał niski, schrypnięty głos:
— Odejdź!
— Co? — Pawłysz nie zrozumiał i szedł dalej.
— Odejdź! — głos załamał się. — Odejdź, bo cię zabiję!
— Chwileczkę — powiedział głupio Pawłysz, zatrzymując się. Światło wewnątrz stacji było jaśniejsze niż półmrok na zewnątrz, nie widział więc twarzy mówiącego człowieka. Głowa wydawała mu się zbyt duża, ale to chyba z powodu bujnych włosów. Świadomość rejestrowała nieważne szczegóły, detale bez żadnego znaczenia. Pawłysz nie mógł zrozumieć, co się dzieje.
Gdzieś już coś podobnego widział… W dzieciństwie. Bardzo dawno temu. Tak, to była ilustracja do Robinsona Cruzoe. Włosy do pasa, odzież ze skór zwierzęcych. Dobrze jeszcze, że nie oduczyli się mówić.
— Odejdź — powtarzał Dick jak nakręcony. — Odejdź! Ponieważ sam mówił i odpowiadano mu, nie potrafił strzelić. Widział tego człowieka. Był wysoki, wyższy niż Stary, w skafandrze. Dick wiedział, co to jest skafander. Hełm był przezroczystą kulą, przez którą widać było wszystko, nawet twarz. Czystą, zwyczajną twarz. Twarz była ogolona, a ponieważ Dick nigdy jeszcze nie widział dorosłego mężczyzny bez zarostu, to nagle wydało mu się, że stoi przed nim wyrośnięty dzieciak. Przecież nawet on sam miał krótko przyciętą bródkę. Tylko Olegowi broda jeszcze nie rosła.
— Odejdź — powtarzał Dick jak zaklęcie. Już nie chciał, żeby ten człowiek odszedł, ale innych słów nie znajdował. Zupełnie otępiał, jak w napadzie silnej gorączki.
Obok wielkiego mężczyzny stały już dwie kobiety. Jedna niemal tak samo rosła jak on, a druga malutka i chuda jak Marianna. Obie miały na sobie skafandry. Na ich twarzach malowało się zdziwienie, a nawet strach. Zobaczyły blaster w ręku Dicka.
— Nie trzeba! — krzyknęła nagle malutka kobieta. — To ja jestem wszystkiemu winna! Nie zrozumiałam! Kiedy tu przybiegliście, przestraszyłam się i niczego nie zrozumiałam!
Szybkim krokiem ruszyła do stacji. Mężczyzna chciał ją powstrzymać, ale malutka kobieta wyrwała mu się. Stawiała drobne, szybkie kroczki, jakby była chora.
I wówczas Dick upuścił blaster na podłogę i cofnął się pod ścianę, gdzie na kanapie leżał martwy Kazik. Stał, opuściwszy wzdłuż ciała swoje silne ręce i czekał, co będzie dalej. Teraz już o niczym nie decydował i o nic nie musiał się martwić.
Klaudia błyskawicznymi ruchami wystukała kod otwierający drzwi wejściowe, zrzuciła hełm i rozpięła skafander. Mimo osłabienia jej ręce poruszały się precyzyjnie. Sytuacja, w której się znalazła, mimo całej swej niezwykłości stała się dla niej paragrafem instrukcji, określającym postępowanie w wypadku, gdy jakiś człowiek znajdzie się w niebezpieczeństwie i wymaga natychmiastowej pomocy. Nie na darmo spędziła wiele lat na wyprawach zwiadowczych. Gdy wiedziała dokładnie, co ma robić, robiła to szybciej niż jakikolwiek inny człowiek w całej Galaktyce.
Pawłysz i Sally dopiero odkręcali swoje hełmy, a ona już zdołała się zorientować, że dziko wyglądający, wynędzniały młodzieniec w zwierzęcej skórze nie był na stacji sam. Poza nim były jeszcze dwie osoby. Chłopiec leżący na kanapce w mesie i bardzo chuda, nieprzytomna dziewczyna ze straszliwie spuchniętą nogą.
— Siadaj i odpoczywaj — zwróciła się do Dicka spokojnym, rozkazującym tonem. — I nie wtrącaj się!