Выбрать главу

Gdyby go tak nie mdliło. Dick nie mógłby się doczekać, aż kuter wyląduje. Teraz było mu wszystko jedno.

Lecieli nisko, pod chmurami, niemal dotykając wierzchołków drzew. Dick dokładnie znał kierunek i był pewien, że trafią. Oglądany z góry las wyglądał jak szarozielone morze.

Przelecieli przez rzekę. Trudno sobie było nawet wyobrazić, że przeprawa przez nią zajęła im trzy dni. To była całkiem wąska rzeka. Z lewej strony przemknęły pnie gigantycznych drzew.

— Byliśmy tam — powiedział Dick. — Na górze.

— Tak — powiedziała Sally. — Widzieliśmy balon, ale nie od razu się zorientowaliśmy. A ja nie uwierzyłam. Dopiero Sława…

— Szkoda — przerwał jej Dick. — Trzeba się było wcześniej domyślić.

Patrzył na jej ręce. Ręce były takie białe i gładkie, że kobieta chyba prawie nigdy nie zdejmowała rękawiczek. Teraz ręce tkwiły na sterach i lekkimi muśnięciami palców zmuszały kuter do wznoszenia się, opadania, zmiany kierunku. Dick zapragnął poprosić Sally, żeby pozwoliła mu poprowadzić, ale naturalnie niczego nie powiedział.

Sally zwiększyła prędkość i zieleń pod nimi zlała się w rozmytą masę, a jednak to właśnie Sally pierwsza spostrzegła polanę w lesie i osadę.

Natychmiast zwolniła, ale mimo tego kuter przeleciał nad osadą i wysforował się tak daleko, że musieli ostro zakręcić, aby wylądować koło palisady. Stary dyżurował przy wrotach z głową przykrytą narzutką z rybiej skóry, bo znów się rozpadało, a on był przeziębiony. Jednak jakiś szósty zmysł kazał mu zrzucić narzutkę akurat w tym momencie, kiedy kuter wyskoczył znad drzew i zaczął zataczać koła nad osadą.

Stary dziko wrzasnął i zaczął bić kołatką na trwogę, jakby wieś atakowała cała horda szakali. Ludzie wyskakiwali z domów i niczego nie rozumieli, bo Stary łomotał, krzyczał i jednocześnie podskakiwał w miejscu, jakby go ukąsiła jadowita żmija.

Sally zobaczyła z góry obszerną polanę ogrodzoną długim, pokrzywionym płotem. Na polanie rosły gdzieniegdzie niewysokie krzewy, ciągnęły się nierówne grządki i leżały plamy kałuż, w których odbijały się chmury.

Zobaczyła też domy, w których mieszkali ludzie. Krzywe, żałosne, powykręcane szałasy stały dwoma rzędami wzdłuż błotnistej uliczki. Dróżka podchodziła łukiem do wrót w płocie i rozgałęziała się, wiodąc do dwóch jednospadowych dachów, nad jednym z których unosił się szary dymek. Jeśliby ktoś chciał umyślnie przedstawić nędzę i ubóstwo ludzkiego istnienia, to z pewnością nie potrafiłby narysować smutniejszego obrazu.

Kuter wylądował koło skrajnego domu.

Sally wyłączyła silnik i popatrzyła na Dicka.

Dick jednak milczał. Sally patrzyła na niego i czuła się jak ostatnia świnia, bo miała na sobie skafander i nie odważyła się go zdjąć. Dick wolno odwrócił się i popatrzył jej prosto w oczy. Dickowi było duszno w kabinie, czuł się bardzo niedobrze, ale resztkami sił usiłował się trzymać, nie dać niczego po sobie poznać. Dziwna rzecz, ale Sally to zrozumiała.

Chłopak zaczął szarpać drzwiczki. Sally pomogła mu otworzyć właz i Dick wyskoczył na zewnątrz. Sally wyszła za nim.

Wówczas zobaczyła dzieci. Dzieciarnia biegła przez błoto, przez kałuże, naga, kudłata i bosa. Malcy krzyczeli i machali rękami.

A za nimi biegli dorośli. Trzy lub cztery kobiety, potem mężczyzna z potężną rudą brodą, z której wystawał jedynie czerwony czubek nosa, a nad nim lśniły błękitne oczy. Jedna z kobiet była bardzo tęga i Sally zdążyła się zdziwić na ten widok. Potem zobaczyła wysokiego, przygarbionego starca z jedną ręką, który kuśtykał, ciężko wspierając się na lasce. Otworzyły się drzwi najbliższego domu i jasnowłosa dziewczyna wyprowadziła z niego niewidomą kobietę, która zdawała się wolną ręką wymacywać drogę przed sobą.

Sally stała, czekając aż wszyscy podbiegną i drętwiała na myśl, że mogli odlecieć i zostawić tutaj tych ludzi.

Zatrzymali się o parę kroków od niej. Było bardzo cicho. Nikt nie powiedział słowa przez całą minutę.

Sally nagle zobaczyła, że tęga kobieta płacze. Płakała bezdźwięcznie, połykając łzy, a jej palce przesuwały się po piersiach, jakby szukały guzika.

Popatrzyła na dzieci. Było ich bardzo dużo. Jakoś nie przychodziło jej do głowy, że ludzie właśnie tutaj, w tej brudnej otchłani mogą płodzić dzieci. Było w tym coś zwierzęcego. Widziała w osadzie nie kontynuację Ziemi, lecz wymierającą garstkę goniących resztką sił pogorzelców.

Ciężką ciszę przerwała niewidoma kobieta.

— Gdzie oni są? — zapytała głośno. — Naprawdę przylecieli?

— Dzień dobry — powiedziała wówczas Sally. Najtrudniej było wypowiedzieć pierwsze słowa. Pierwsze słowo…

— Gdzie jest Kazik? — zapytała tęga kobieta. — Nic mu się nie stało?

— Oni tam zostali, ciociu Luizo — odpowiedział jej Dick. — Wyleczą ich, obiecali.

— Ich życiu nie grozi żadne niebezpieczeństwo — zapewniła ją Sally.

— A Oleg? Gdzie jest Oleg? On poszedł w góry! — krzyknęła nagle wynędzniała stara kobieta. — Trzeba go zawrócić…

— Poczekaj, Ireno — powiedział jednoręki starzec o lasce.

— Mam na imię Borys — tu zwrócił się do Sally. — Jestem tu najstarszy. I w imieniu wszystkich pragnąłbym pani podziękować…

Dick odbiegł za dom i ukradkiem zwymiotował. Nikt tego nie widział.

Sally witała się z wszystkimi po kolei. Każdy podawał jej rękę i przedstawiał się, nawet malutkie dzieci. I w tym ceremoniale było coś, co niweczyło wrażenie spotkania z pogorzelcami. Sally cieszyła się, że nie założyła rękawiczek.

Jej uwagę odwróciło w pewnej chwili straszliwe zwierzę, w którym rozpoznała potwora zabitego przez Pawłysza. Potwór otoczony całym stadem nieco mniejszych od siebie koszmarków groźnie galopował ku grupie ludzi otaczających kuter. Sally chciała krzyknąć, ostrzec ludzi, ale jakiś dzieciak wybiegł potworowi naprzeciw, krzycząc przenikliwie.

— Odejdź, Kozo, ludzie do nas przylecieli! Odejdź, głupia!

Potwór, który miał tak dziwne imię, nagle zatrzymał się i zaczął cofać.

A jedno z koźląt, które w żaden sposób nie mogło zrozumieć, dlaczego je odpędzają, maleńka chroma dziewczynka odciągnęła za długie uszy.

„No jasne — zrozumiała nagle Sally — jeśli oni tu żyją, w trudnych warunkach, ale jak ludzie, to muszą oswajać zwierzęta, chodzić do lasu, uprawiać ziemię. A czego ja się spodziewałam?”

— Jeśli nie czuje się pani zbyt zmęczona — powiedział jednoręki starzec — to mielibyśmy prośbę. Siergiejew i Oleg wyprawili się w góry, żeby dotrzeć do „Polusa” i wywołać was przez radio. Ale w górach jest bardzo zła pogoda…

* * *

W dwadzieścia minut później kuter ponownie wystartował. Dickowi zrobiło się lepiej, więc poleciał z Sally. Znał drogę, którą za pierwszym razem szli z osady do „Polusa”.

Wielu chciało polecieć na poszukiwanie Olega i Siergiejewa, zwłaszcza dzieci, matka Olega też się rwała, ale Stary powiedział:

— Daj spokój. Ireno. Poradzą sobie bez ciebie. — Obrócił się do Sally i poprosił: — Wracajcie jak najszybciej.

Powiedział te zwyczajne słowa bardzo poważnym tonem, starając się zachować nie tylko własną godność, lecz również godność całej osady. Stał bardzo prosto. Dick nigdy nie przypuszczał, żeby Stary mógł się tak wyprostować. Jedyną ręką wspierał się na gałce laski. Dzieciarnia przestała hałasować i skakać wokół kutra, a matka Olega wolno cofnęła się do pozostałych.

— Dobrze, Borysie — odparła Sally równie poważnie. — Postaramy się jak najszybciej ich odnaleźć.